i chodzę taka niewypowiedziana, z tym wszystkim co mi (się) ciśnie na usta, z tym wszystkim co bym wykrzyczała, gdyby nie to, że nikt nie słucha. co bym wyszeptała, gdyby było ucho do wyszeptania się, co po prostu chciałabym zwerbalizować. chciałabym dostać właściwy czas, właściwą okazję, wypowiedzieć się - po czym porozmawiać w stylu rozmów, które zostają w pamięci. chciałabym, żeby znów ktoś mi zadał właściwe pytania, które naprowadzą mnie na drogę, która może nie była przez zapytywacza wytyczonym dla mnie szlakiem - ale którą wybrałam i - tam ta dam - nie żałuję.
i przemieszczam się taka anarracyjna, nie mogąc się przez to uspójnić, zmieszana w jedno tylko z momentem, sytuacją, kontekstem, pozbawiona cech z kategorii 'ser', wszystko jest 'estar'. nie mogę się określić, bo staram się spełnić oczekiwanie pt. "hip-hip-hur..."-em, chórem i hurtem w grupie, byle w grupie. bo już nie wiem, znów już nie wiem, co ja jestem, a co bywam, co mi przechodnie, co zwrotne, ale jednak stałe, co tylko aktywowane ob(e)c(n)ością, co w tym wszystkim jest czymkolwiek, czego mogę się trzymać, żeby się trzymać, może kurwa jeszcze polubię rodzynki? czym ja jeszcze się zaskoczę? co mam zrobić, żeby uświadomić co mi się o sobie wydaje, a co mi się udaje udać, co mam zrobić w ogóle, skoro bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że po drugie i ja tego nie lubię, powinnam nie chcieć robić nic, a po pierwsze, to i tak nie ma nic do zrobienia. tylko to niewypowiedzenie się mnie tak strasznie rozprasza, to wszystko, co się pomyśli, co się pokotłuje, może zniknie, może pomęczy.
to jest to co mi miało minąć dzięki zaburzeniu jesiennego schematu wykrzyknik i jak ja mam się ogarnąć znak zapytania
i tak mi w tym 'mam jedno życie, mam tylko jedno życie i co ja z nim robię?', i z tym 'przecież czuję, że to jest właśnie to, co powinnam robić, żeby się przydać' na płaszczyźnie społeczeństwo, i z tym 'przecież czuję, że to jest właśnie to, co powinnam robić, żeby nie mieć wątpliwości, że robię właśnie to, co powinnam robić z tym jednym życiem, które mam', kiedy widzę dwie linijki i wiem o nich więcej niż o całych księgach mądrych spoczywających na komodzie, na płaszczyźnie ja ze sobą, tak mi z tym chaotycznie, bo tylko konsekwencja mnie trzyma przy podjętych postanowieniach, konsekwencja, którą pomyślałam jako zaletę, jako nawet swoistą przewagę: a teraz mi się myśli jako najgorszy rodzaj zniewolenia, bo jest wewnętrzne. naprawdę: nikt mi nic nie każe, nikt. nic. to ja sobie nakazuję. bez przekonania, z poczucia konieczności domknięcia. ale co dalej?
to jest to, co miało mi minąć ponad trzy lata temu. miałam odkryć co mam robić, żeby wszyscy byli zadowoleni. a tu nic ani swojego języka nie znalazłam ani powołania ani nawet pracy, którą mogłabym rozkawałkować energią zderzeń z zdziwami codzienności i zachwytem nad byciem bytem
i ten sam mechanizm sprawia, że jestem zamknięta w pokoju z kluczem stojącym w przełyku niegotowa go wypluć niegotowa na zrezygnowanie z tego niedawania sobie prawa do przegadania, z tego wynajętego za miliony monet pokoju na godziny
i chodzę taka właśnie, niepolepiona, rozplazmiona w twardym ścisku pięści, która nie umie się obejść owocem, za to całkiem nieźle smakiem, bo to była kwestia smaku i nic więcej. i chodzę taka właśnie, niewypowiedziana, na zajęcia, na zajmowanie się, na przystanek, z przystanku, i żyję tym rytmem ułożonym już w październiku, jakby nigdy nic, i tylko co dziesięć sekund się sama zapytuje na co ja właściwie czekam i co tak w sumie ja mam do wypowiedzenia. a już zwłaszcza, kiedy ktoś skutecznie dobrze dobranym słowem i wyabstrahowaniem z rzeczowników tych paru abstrakcji, których styk z rzeczywistością i dla mnie stanowić mógłby esencję: gdyby nie to, że jestem rozklejona.
bo dopóki tego tam, jak mu, końca świata nie będzie, to taka cecha trwania w rytmie, że zawsze niepozałatwiane sprawy, że ciągle nowe sytuacje, że zmienne wpadają, wypadają, że zamknięte narracje to utęsknienie, bo trzeba nam się odnosić do, osadzać w i ogólnie współdzielić/istnieć/trwać. także pięć dni i będzie wszystko jasne. nuda. każdy protagonista zasugerowany w całej tej historii przeżyje koniec świata samotnie. każdy inny, pominięte 7 miliardów z kawałkiem minus kilka - również.
a jeśli go nie będzie, a przykro mi aż to przyznać, ale pewnie go nie będzie, to będzie trwać układ rozaproszeń wzajemnych do współprac na warunkach dostosowań. i jeszcze trochę, a stanę się przezroczysta przez ten kameleonizm. mogłabym powiedzieć mimikrę.
to setny post. jestem długopis i mam prawo się czasem wypisać, skoro już odbieram sobie prawo się wypowiedzieć.