poniedziałek, 31 grudnia 2012

2012, czyli rok, który miał być ostatnim.

Nie mam na to weny, nie mam na to pomysłu, ale jakże by nie podsumować. No jakże by nie podsumować tego roku. Wypowiedzenie go od stycznia do dziś - może dać poczucie, że był lepszy, niż dziś o nim myślę.

1. W związku z związkiem - gratuluję sobie do dziś go zakończenia. Jestem z siebie nadal zadowolona, dobry wybór.

2. Gratuluję sobie czerwca, który był miesiącem pięknych wieczorów bez planu, przesiadywań w Piasko, meczyków. Czasu z Olą, czasu w nocnym buwie, czasu w towarzyskich spotkaniach, o których mi się dobrze myśli.

3. Gratuluję sobie i jestem z siebie zadowolona dwóch włosko-austriackich miesięcy, które były mi najlepszymi. Gratuluję sobie i jestem z siebie zadowolona kiedy pomyślę o tym, jak się tam czułam z sobą, jak się tam czułam z osobą, jak mi tam było oderwanie i do rzeczy. Konkret.

4. Gratuluję sobie i jestem z siebie zadowolona w zakresie wrześniowego wojażu, dokonałyśmy żeśmy fenomenalnego doświadczenia, z polotem były te loty, te Valencie, Barcelony, Saragossy i Bruksele, te Sangrie i ta rozmowa na plaży. Tak, to było dobre.

5. Nie gratuluję sobie i nie jestem z siebie zadowolona w zakresie gry. Przegrałam.

6. Nie jestem z siebie zadowolona. Nie jestem z siebie zadowolona. Nie jestem z siebie zadowolona.

piątek, 28 grudnia 2012

fiksacje.


zafiksowanie na idei na tak, zafiksowanie na idei na nie, egal, mechanizm ten sam, nie przetłumaczysz sobie, że tak jest na nie, a nie jest na tak. 

plus na plus: dni widzeń miejsc niegdyś ujrzanych. siedzę spokojnie oczy w litery, a nagle przed nimi Elephant  and Castle. Trzaskają widoki z 468, Croydon - Elephant and Castle właśnie, knajpa, do której zawsze chciałam wejść. Calceranica z S. 

te wszystkie słońca nad. te wszystkie widoki z. te przejścia przez. 

obojętne. nie działa. i tak jestem rozgniecione na chodniku mango z połamaną butem pestką, które mówi: "i feel super thanks for asking". bo "fruźki wolą optymistów". 

"try and touch me so I can scream at you not to touch me". ładna gówno prawda. 

poniedziałek, 24 grudnia 2012

klin.

hopsa. o kurwa, ubodło, ale ubodło, że tak, że kurde ani chwili bez, że ciągle z, z, z, więc hopsa, mam dość, wybieg. hopsa. 

Do przystani. Roland Barthes znający odpowiedzi na każde pytanie. dwie figury klucze: OBWAROWANIE ("ujmować w bezmyślny nawias szerokie przestrzenie depresji, które je rozdzielają" itp.) oraz DEKLARACJA ("kształt (...) komentowany bez końca"), fragmenty dyskursu, księgozbiór dydaktyczny, jestem przypadkiem wszechogarniającym. Zajebiście się zuniwersalizować, stać się jednym z wielu przypadków, zajebiście jest nabrać właściwej perspektywy - siły intelektu górują choć chwilę nad irracjonalnością.

Z przystani do domu (będzie jego zmieniona forma, będzie bez rozkmin konkretnych - słuchaj, słuchaj mnie i zadawaj mi pytania - będzie mi Olka brak). Do dwóch papierosów na wyjaśnienie dziewięciu miesięcy, jaka ja bywam zwięzła, gówno prawda, spoko, spoko, czas zamknąć japę, czas wreszcie zamknąć japę. 

I zwiew, zwiew do epicentrum problematyczności, klin, jaki to jest klin, do źródeł wszystkich dramatów, stawić czoła frontom atmosferycznym i innym oziębłościom. i położyć się na podłogę i zapalić na balkonie, żeby się zakotwiczyć w  Warszawskiej pewności i bezpieczeństwie. 


i tak ja wiem bardzo jak zrobię jak ja to zrobię. Jak tylko zachcę uciec, to ucieknę, na razie się stawiam, się stawiam w pozycjach, się stawiam pod ścianą, się stawiam, na razie do pionu. 

ale sobie pójdę, jak tylko mnie coś zachwieje. wygłoszę swoją kwestię i sobie pójdę, bo bo mam prawo do uciekania, mam prawo do uciekania. niech tylko zaistnieje sytuacja. a potem, potem już naprawdę zamknę japę. nic dobrego z tych wypowiedzeń i tak nie wynika. 


niedziela, 16 grudnia 2012

dwóch odbiorców wirtualnych idealnych, jeden nieświadom i moja odpowiedź na dzień, 5 dni przed końcem świata:

i chodzę taka niewypowiedziana, z tym wszystkim co mi (się) ciśnie na usta, z tym wszystkim co bym wykrzyczała, gdyby nie to, że nikt nie słucha. co bym wyszeptała, gdyby było ucho do wyszeptania się, co po prostu chciałabym zwerbalizować. chciałabym dostać właściwy czas, właściwą okazję, wypowiedzieć się - po czym porozmawiać w stylu rozmów, które zostają w pamięci. chciałabym, żeby znów ktoś mi zadał właściwe pytania, które naprowadzą mnie na drogę, która może nie była przez zapytywacza wytyczonym dla mnie szlakiem - ale którą wybrałam i - tam ta dam - nie żałuję. 

i przemieszczam się taka anarracyjna, nie mogąc się przez to uspójnić, zmieszana w jedno tylko z momentem, sytuacją, kontekstem, pozbawiona cech z kategorii 'ser', wszystko jest 'estar'. nie mogę się określić, bo staram się spełnić oczekiwanie pt. "hip-hip-hur..."-em, chórem i hurtem w grupie, byle w grupie. bo już nie wiem, znów już nie wiem, co ja jestem, a co bywam, co mi przechodnie, co zwrotne, ale jednak stałe, co tylko aktywowane ob(e)c(n)ością, co w tym wszystkim jest czymkolwiek, czego mogę się trzymać, żeby się trzymać, może kurwa jeszcze polubię rodzynki? czym ja jeszcze się zaskoczę? co mam zrobić, żeby uświadomić co mi się o sobie wydaje, a co mi się udaje udać, co mam zrobić w ogóle, skoro bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że po drugie i ja tego nie lubię, powinnam nie chcieć robić nic, a po pierwsze, to i tak nie ma nic do zrobienia. tylko to niewypowiedzenie się mnie tak strasznie rozprasza, to wszystko, co się pomyśli, co się pokotłuje, może zniknie, może pomęczy.

to jest to co mi miało minąć dzięki zaburzeniu jesiennego schematu wykrzyknik i jak ja mam się ogarnąć znak zapytania 

i tak mi w tym 'mam jedno życie, mam tylko jedno życie i co ja z nim robię?', i z tym 'przecież czuję, że to jest właśnie to, co powinnam robić, żeby się przydać' na płaszczyźnie społeczeństwo, i z tym 'przecież czuję, że to jest właśnie to, co powinnam robić, żeby nie mieć wątpliwości, że robię właśnie to, co powinnam robić z tym jednym życiem, które mam', kiedy widzę dwie linijki i wiem o nich więcej niż o całych księgach mądrych spoczywających na komodzie, na płaszczyźnie ja ze sobą, tak mi z tym chaotycznie, bo tylko konsekwencja mnie trzyma przy podjętych postanowieniach, konsekwencja, którą pomyślałam jako zaletę, jako nawet swoistą przewagę: a teraz mi się myśli jako najgorszy rodzaj zniewolenia, bo jest wewnętrzne. naprawdę: nikt mi nic nie każe, nikt. nic. to ja sobie nakazuję. bez przekonania, z poczucia konieczności domknięcia. ale co dalej?

to jest to, co miało mi minąć ponad trzy lata temu. miałam odkryć co mam robić, żeby wszyscy byli zadowoleni. a tu nic ani swojego języka nie znalazłam ani powołania ani nawet pracy, którą mogłabym rozkawałkować energią zderzeń z zdziwami codzienności i zachwytem nad byciem bytem

i ten sam mechanizm sprawia, że jestem zamknięta w pokoju z kluczem stojącym w przełyku niegotowa go wypluć niegotowa na zrezygnowanie z tego niedawania sobie prawa do przegadania, z tego wynajętego za miliony monet pokoju na godziny 

i chodzę taka właśnie, niepolepiona, rozplazmiona w twardym ścisku pięści, która nie umie się obejść owocem, za to całkiem nieźle smakiem, bo to była kwestia smaku i nic więcej. i chodzę taka właśnie, niewypowiedziana, na zajęcia, na zajmowanie się, na przystanek, z przystanku, i żyję tym rytmem ułożonym już w październiku, jakby nigdy nic, i tylko co dziesięć sekund się sama zapytuje na co ja właściwie czekam i co tak w sumie ja mam do wypowiedzenia. a już zwłaszcza, kiedy ktoś skutecznie dobrze dobranym słowem i wyabstrahowaniem z rzeczowników tych paru abstrakcji, których styk z rzeczywistością i dla mnie stanowić mógłby esencję: gdyby nie to, że jestem rozklejona.

bo dopóki tego tam, jak mu, końca świata nie będzie, to taka cecha trwania w rytmie, że zawsze niepozałatwiane sprawy, że ciągle nowe sytuacje, że zmienne wpadają, wypadają, że zamknięte narracje to utęsknienie, bo trzeba nam się odnosić do, osadzać w i ogólnie współdzielić/istnieć/trwać. także pięć dni i będzie wszystko jasne. nuda. każdy protagonista zasugerowany w całej tej historii przeżyje koniec świata samotnie. każdy inny, pominięte 7 miliardów z kawałkiem minus kilka - również. 

a jeśli go nie będzie, a przykro mi aż to przyznać, ale pewnie go nie będzie, to będzie trwać układ rozaproszeń wzajemnych do współprac na warunkach dostosowań. i jeszcze trochę, a stanę się przezroczysta przez ten kameleonizm. mogłabym powiedzieć mimikrę.

to setny post. jestem długopis i mam prawo się czasem wypisać, skoro już odbieram sobie prawo się wypowiedzieć. 

sobota, 8 grudnia 2012

what's for you won't pass you by.


bo nie może być inaczej. 

na wszystko zgoda. minął dysonans nomenklatury, wyrzuciłam go na 2xA4 i kiedy zapisałam swoją wersję, to zbladła mi w pamięci. 

na wszystko zgoda. bo większość nie w mojej mocy.

na wszystko zgoda. na moje nie trzymanie się postanowień tanecznych, na instynktowną potrzebę przełamywania przestrzennego, na wystawianie się na bęcki - zgoda.

na wszystko zgoda. na próby wytrącenia, na mimowolne wytrącenie - czy mi ktoś kiedyś wszczypał w zamek szyję, czy może potrzebowałam tylko pretekstu, żeby buchnąć, nie wiem, zgoda na załzawianie się.

na wszystko zgoda, na wszystko przeczekiwanie, na wszystko rozpiski, na wszystko ujęcie w słowach pomoże.

jak przyjemnie jest posiedzieć do rana nad książką, wstać po jedenastej i zająć się znów nauką. to taki dobry stan, kiedy jest we mnie wszystkiego akceptacja. nie mnie zmieniać. 


oparzenie numer dwa, dostrzegam paralele. pierwsze jeszcze nie zeszło, a już trzask-prask, bęcek drugi. na nie również zgoda. jeśli paralelne, to nie, że się podpuszczam, ale jako prometeusz jestem oswojona z igraniem z ogniem. 'only the one that hurts you can make you feel better', ha, na oparzenia kubeł zimnej wody na głowę. 

piątek, 23 listopada 2012

Czytam z syfu. Fusow.

Znaki.

Stan moich sprzętów elektro. jest moim stanem.
Stan moich spodni, smolnych, kultowych i opłotków, jest moim  stanem.
Stan mojego skupienia w ciele stałym, jest moim stanem.

(bo ile cię trzeba dotknąć razy, żeby się człowiek oparzył, kaloryferze. Raz. Przygoda życia, pobiłam siebie tym jaraniem się, naprawdę, pobiłam).

Skupienie na każdej czynności i słowie, z uwagą.
Opanowanie.
Odgrywać swoją rolę, B. czuwa.
Od poniedziałku.
Na razie skupienie na się w nią wczuciu.
Przecież na tym polega gra.

Na skupieniu na każdej czynności i słowie.
A potem nerwice.

sobota, 10 listopada 2012

hop. niech będzie moment szczerości. stop.

ok. moment szczerości. 

to jest czysta przekora. hop, jedna anegdota. hop, Facebook podpowiada znajomych. ups, obsuwa. byłaby taka obsuwa. ale myślę. nie, to nie jest powód. to nie jest sensowny do niej powód. może ludzie się uczą na błędach i może tak powinnam to odczytywać. 

hop, telefon. opowieść, od pół roku już ta sama historia. moment zastanowienia. nigdy nie było tak źle. zwyczajnie 'najgorzej'. byłaby taka obsuwa, gdybym się zatrzymała. gdybym przyjęła do wiadomości to jak jest źle. 

hop, spojrzenie z boku pod wpływem cudzej historii. robię błąd, znów popełniam ten sam błąd, pakując się w coś, co nie jest moim dyskursem, w język, który nie jest moim językiem. byłaby taka obsuwa, takie zsunięcie, tąpnięcie. 

hop, kiedyś widziałam to jako system szalek i języczków u wagi, które robią góra-dół w zależności od tego, w której dziedzinie życia jak się one's układa. hop, teraz bym miała dwie szalki na samym dole, w tym jedna z nich wkopana w ziemię, jedną wykonującą ruch góra-dół z amplitudą od w pół drogi między dołem a neutralnym w górę, do mniej więcej trzech czwartych i jedną na stałym, wysokim poziomie. 

hop, dobrze, że nie wierzę w podróże, bo bym uciekła. a tak to tylko hop hop. mechanizm obronny. hop hop. do przodu.  

poniedziałek, 5 listopada 2012

podmiot.

no a jakże, nie, że sobie dodaję, ale podmiot. miałam chwile pokusy pozrzucania odpowiedzialności, żeby dostać scenariusz (aluzja, Banan Banan!), pomyśleć: "a, to taką dobrego fachowca (Ż-aluzja!) mam grać? oks, niech się dzieje wola reżysera". chwilo, byłaś piękna, przeminęłaś (aluzja, Hejka Halo!), pomysł na oddanie się w ręce dziania się minął, teraz już wszystko wiem, wiem co robić, prostuję ścieżki. racjonalizacja, jak najdalej posunięta racjonalizacja nieracjonalna.

życie łapie za kolana. 

poniedziałek, 29 października 2012

jutro to się wykasuję.

tak, dramaty, to jest moje dzieło, arcy, kurwa, arcydzieło, mistrz dramatów, których teoretycznie nienawidzę, mistrz dobrego samopoczuwania sie w dramatach, których zaprawdę przecież nienawidzę, ale cóż czynić, kiedy jest możliwa najbardziej skomplikowana wersja, nie odmawiać, nie odmawiać, żyję nadal na słodkim niczym, którego niczość przejawia się w każdym niedotyku, niezbliżeniu, każdej niegatywności. i mimo chęci powiedzenia pierdolę i zrobienia tego, co lubię robić jesienią, mówię sobie ostatecznie - ok, niech i tak będzie, niech się dzieje moja wola, skoro taka moja wola jest, żeby dramat był, niech i dramat będzie. podmiotowość, ta głupia, prześladująca mnie bycz, w każdym geście, w każdym znaczącym geście. tylko nikt nie umie czytać, bo ludzie, Państwo moi drodzy, to tępe dzidy wbite w ciało umierającego Zamojskiego. jest najlepiej, mimo wszystko jest najlepiej. 

środa, 24 października 2012

jak ona kroi tę natkę?!

ok, kolejny symboliczny poniedziałek minął, ja nie-ogarniam jeszcze bardziej niż żem była nie-ogarniała, tak jest! Muszę to opisać, no naprawdę, ja muszę to opisać, to kuriozum szczęśliwego Polaka w moim wydaniu.

sinusoida zamiast nastroju to standard. ale jeszcze nigdy, n-ever, nie miała takiej rozpiętości. roller coaster emocjonalny, smielid 24/7, brak jakiegokolwiek poczucia stałości czegokolwiek, all that's solid melts into air, jestem lostem, jestem straceńcem, jestem, co najważniejsze, kamikadze. wyznaczanie sobie kolejnych granic: od dziś, od jutra, od poniedziałku - nic nie daje! jestem stanem nie-skupienia. powinnam się martwić, naprawdę, jest much to be done - zrobione jest nothing, sweet, sweet nothing. 

to już nawet nie jest tak, że nie mam nie zrobionych rzeczy na piątek. do niemienia gotowego niczego na zapas przywykłam. ja nie mam na dzisiaj nic gotowe. naprawdę powinnam się zacząć martwić, chociaż martwić, żeby nie powiedzieć: zacząć coś z tym robić. ale ja nie mogę. kiedy zacznie się spełniać marzenia, od małego jakiegoś poczynając, ciężko jest się powstrzymać przed spełnianiem kolejnych. szczególnie, kiedy nagle dopada upadek sinusoidy i coś trzeba zrobić, żeby się podnieść. tudzież podlecieć, bo jakoś mi wszystko dynamicznie się czai. 

plan był prosty: mieć tak nawalone, żeby nie myśleć. mam tak nawalone, że nie potrzebuję się przed sobą usprawiedliwiać, kiedy coś olewam. wykłady to w większości substytuty, jak nie ten, to inny. przy czym poczucie obowiązku przestaje być normą najwyższego rzędu. jeśli mogę przyjść na zajęcia ze skryptem na kindlu i błyszczeć wiedzą - dlaczego miałabym poświęcać cenny czas na czytanie dokumentów źródłowych? 

ja nie wiem jak to się skończy. ile jeszcze osób spyta mnie o to co ćpię. nie ćpię. jestem zgubiona, straceńcy nie mają nic do stracenia, a już na pewno nie mają czasu, które potem trzeba by szukać. dlatego życie jak na  speedzie. a potem nagle budzę się na chwilę, myślę: oj Mazur, najgorzej, naprawdę źle, co najmniej nie najlepiej, a nawet w sumie to dramat.

i nagle człowiek, typ, osoba, kontakt, rozmowa, interakcja, obserwacja, zdziw - i wyrywa mnie, ciągnie do świata, do dziania się. 

także naprawdę, Proszę Państwa, ja nie wiem, już nic nie wiem. ale kiedy usłyszałam to słowo: spekulować, to jakoś mnie przekonało. jasne, nic nie wiem, bo skąd mam niby wiedzieć, ale spekulować... o Proszę Państwa, ile ja się naspekuluję. jak ona kroi tę natkę. 

wtorek, 16 października 2012

zająć się.

być wolną, a zarazem zajętą. zajęciami. przede wszystkim zajęciami się. mieć zadaniową orientację na co chwilę, to tu to tam, pomykam, przemieszczam się i rozśmiewam świat. Piotrek, błaznuję, wiem. Grzegorz, tak, robię z siebie świadomie idiotkę. Wiewiór, stary, nie myśl, że to na poważnie. 

co ja miałabym innego robić. zaangażować się w życie tą częścią, która pozostała. resztą wziąć na przeczekanie. i powtarzać sobie w nieskończoność, że jakby nie było i tak fajnie jest być człowiekiem. proste. naprawdę fajnie jest być człowiekiem. 

a od jutra nie tylko chodzę na zajęcia. zacznę na nich na nie uważać, zamiast wyszukiwać swojemu adhd kolejnych pożywek. po kuchni jakoś trudno mi wysiedzieć, trudniej niż zwykle. nosi mnie. zdematerializowałabym się. 

poniedziałek, 8 października 2012

'you're giving me such sweet nothing'.

"i'm living on such sweet nothing,
and it's hard to learn 
when you're giving me such sweet nothing"

smielid. i jadę. po to to, żeby tak jak nie-wcale-nie-jest nie było, więc do roboty. przecież mam takie ładne podręczniki i białe kartki na notatki. 

niedziela, 23 września 2012

elbrus.

faza mazur. już nie prymas, od dawna. już nie pe, chociaż akurat z pe nie mogę się jakoś rozstać. już nie aśka, aśka nadal gdzieś tam czeka na 15:00. nie johanna, której hurraoptymizm i hiperaktywność zostały left behind. znów jestem mazur i przyznaję, że mi dobrze z tym mazurzeniem.


wojaże zarówno pod względem relacji międzyludzkich jak i poznawania świata za udane uznaję oficjalnie informując, że od 1 października już naprawdę, na dłużej niż weekend to ja z tego miasta nie wyjeżdżam. bo jakby miło nie było w innych, jakby piękne nie były i jakby nie było "i zobaczył pan, że było dobre", to nie to, co tutaj. w tym jesiennym chłodzie, pod skapującym niebem, w tych skupionych wzdłuż linii prostych wyrysowujących topografię najistotniejszych dzielni budynkach. gdzie nic za darmo - ale i nic za euro. 


wykorzystuję czas, który pozostał. one week to go. i w kierat. w rytm. w porządek i bezpieczeństwo. a za rok o tej porze będę na elbrusie. 

sobota, 1 września 2012

brak mi cytatów, żeby się wyrazić.

1.a to już naprawdę przesada. wypowiedziane nabrało ciężaru i przeżywam brak przeżywania, spotęgowany sytuacjami, które powinnam przeżywać, a zamiast się tym zająć, jakoś je bardziej przeoczyłam, niż przeżywałam. 

nieco teoretyzuję, to mnie osadza, ale nie wiem na jak długo starczy pomysłów na teorie, żeby już nie wspominać o faktach, na których mogę je budować. 

pocieszam się myślą, że to urok bycia w rodzinnym domu, ten zawrót braku przeżywania, bo przeżywać tego, co przeżywałam 2 lata temu już nie powinnam i właściwie to dobrze o 2 ostatnich latach świadczy, że już nie przeżywam. 

2. to co się dzieje w planie rzeczywistym przerasta moją cierpliwość, czego się wstydzę i za co nawet nie umiem przeprosić, bo musiałabym co chwilę przepraszać. przerasta moje wyobrażenie. ironizuję, sarkastycznuję, naśmiewam się i dworuję sobie bez ustanku, choć najbardziej nie na serio jest właśnie ironizowanie, sarkazm, naśmiewanie się i dworowanie. od-reagowuję w momencie się-dziania słowami, gębą  głosząc niezgodę, czynami starając się gębowej niezgodzie zadośćuczynić. 

3. i trochę odespałam, chociaż bardziej odeśniłam. wpierw zapytując się czy to nie sen, po czym śniąc zdając sobie sprawę z tego, że śnię, bo się tak nie prowadzi, jak mi się śniło. 

4. a z wszystkich pożegnań na to dzisiejsze najbardziej się nie godzę. więc 24 godziny po nim zacznę rokroczną walkę o przetrwanie, żeby się czymś zająć, zamiast gubić się w braku przeżyć i sennych zjawach, które źle się prowadzą. 

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

satisfaction.

satysfakcja, którą odczuwam jest zwielokrotniona. 

po pierwsze - jest to czysta przyjemność. przyjemność, która daje mi satysfakcję. bo jest niesprowokowana, bo jest efektem brudnych koszulek roboczych i postawy 'i don't give a damn'. bo jest wynikiem nieudawania. 

po drugie - jest to satysfakcja związana z poczuciem: 'a nie mówiłam, że nie trzeba tyle gadać'. niemożność wypowiedzenia się nie stanowi problemu, skoro nie ma potrzeby mówienia. 

po trzecie - jest to satysfakcja, którą daje upewnienie się, że to nie tylko ze mną jest coś nie tak, skoro ze mną może być 'tak'. a nawet, żart, 'tak, tak, tak' (dziękuję Ave Marii za ten żart).

po czwarte - jest to satysfakcja, którą daje mi z zasady tymczasowość i świadomość, że nie może być inaczej, więc nie będzie mojej w niej winy. to jest również bezpieczeństwo.

i po piąte, to satysfakcja, którą odczuwam niekiedy, kiedy zdaję sobie sprawę z tego, jak dobrze znam mechanizmy rządzące moimi odczuciami. to takie 'ja wiedziałam, że tak będzie', ja wiedziałam, że to jest swoją drogą, ale zawsze musi być ta druga droga. i jest. 

no i po szóste, wymiar społeczny, który daje satysfakcję. z niemożności tej możliwości w możność, w wyjątkowość, w nikt inny, a ja owszem, a ja tak. 

piątek, 27 lipca 2012

tongue tied.


tęsknota to te chwile, kiedy czuję sytuację, których tu nie ma, które były kiedy indziej, gdzie indziej, z ludźmi, których brak wtedy dziobie mi klatkę piersiową. tęsknota to te chwile, kiedy widzę inne miejsca, nagle przede mną wyrasta Plac Bankowy, przystanek 160 przy Feminie, murek pod buwem (skrót biblioteki po niemiecku: Bibo). tęsknota to te chwile, kiedy nagle stają mi przed oczami chociażby najzgrabniejsze nogi na świecie. kiedy zamiast tej burzy, która jest nade mną, czuję inną burzę. tęsknota to momenty, w których świadomość istnienia alternatywnej rzeczywistości robi krzywdę teraźniejszości. ten moment, kiedy zamiast być w mojej nowej sytuacji (jak zwykle lepszej, jak zwykle - najlepszej), nagle wszystko ucicha i widzę najpiękniejszy uśmiech na świecie. 

lekiem na tęsknotę jest świadomość, że kiedy wrócę to i tak tego wszystkiego już nie będzie tam, gdzie było. nic na swoim miejscu. chyba nie za bardzo mam dokąd wracać. nie planuję jeżdżenia po zakończeniu, nie planuję powrotu. z planów wyobrażam sobie tylko gdzie bym chciała w tym roku mieszkać. reszta: egal. 

wtorek, 17 lipca 2012

miej wątpliwość.

manchmal sehe ich alles mit richtig perspektiv. dann alles sieht nicht so gut aus. 


1. z przedramion na dłonie przepełzły wysiłki. 
2. a głowa - gone. nie mam myśli. 
3. i sen pożądany.
4. i to pytanie czy wy rzeczywiście nie macie alternatywy dla small talku, czy to tylko bariera językowa sprawia, że nie Rozmawiamy ze sobą wcale.
5. i moje ulubione pytanie: Freund? Kein Freund. I ciągłe uważanie na bycie w normie. A zarazem ciągłe bycie poza normą. tylko, że to się w waszej wyobraźni już nie mieści, więc jestem nie-do-końca-ale-w-normie. to by było za dużo, taka opcja nie istnieje.
6. i front, w którym niepewność - że może jednak nienormalność, 1/10, 2 by było genug. 
7. i bez pożegnania raus. to nawet nie była historia.


właściwa perspektywa i patrz szerzej, patrz trochę szerzej, daje niepokój. więc wąsko patrzę, zadaniowo. wtedy: es geht, alles gut. 

czwartek, 12 lipca 2012

równowaga, na niej polegam?

nie. skrajności. teraz jestem ciałem i tylko ciałem. jestem biegiem, jestem rowerem, jestem ruchem, jestem aktywnością. moja głowa śpi. teraz jestem ludźmi, jestem poszukiwaniem języka, który poszedł w zapomnienie, jestem ciągłą nauką nowych słów, jestem próbą porozumienia w dengliszu, w jakimkolwiek języku - byle rozmawiać. jestem uciekaniem przed samotnością, jestem poszukiwaniem kontaktu. nie jestem głową, biblioteką, nie jestem książkami, nie jestem - dajcie mi wszyscy spokój. jestem dajcie mi rozmowę, dajcie mi kontakt. 

jestem wybaczaniem chaotycznych zdań. jestem cierpliwością wobec pytań: Polska jest w  Unii Europejskiej? Macie euro? To też są skrajności. Wiedza, z którego roku jest austriacka konstytucja czy od kiedy są w UE. Lucky me, lucky European, lucky Polish girl in Italy.

i jestem brakiem żalu do sytuacji. do siebie. brakiem wyrzutów sumienia, brakiem złych myśli, jestem brakiem pożądań i pragnienia zmiany, brakiem regrets, brakiem pretensji. nawet do siebie. nie mogłam inaczej i inaczej nie mogę. momentami próbuję się zmusić do pomyślenia o tym. 

codziennie wygrywam swoje życie. 

niedziela, 1 lipca 2012

'i'm bulletproof, nothing to lose, far away, far away'

trochę dysonans, ale to takie motto. 11 dni. mam 11 dni, żeby oszukać przeznaczenie. zanim miną chcę sobie na głosy rozpisać możliwe scenariusze i odczucia związane z scenerią:

1) nie zrobię nic, bo:
a) bo mi nie zależy, 
b) bo lubię nic nie robić w takich sytuacjach, same sytuacje mnie satysfakcjonują,
c) bo cała koncepcja inkarnacji/klonowania przecież tak naprawdę mnie nie przekonuje,
d) bo mogę pokrzywdzić, a przecież nie o to chodzi,
e) bo to nie w moim stylu, mimo wszystko, robić coś takiego, kiedy mogłoby mi zależeć
f) czas, czas, czas,
g) bo to nieracjonalne, głupie, ryzykowne i... no tak, ryzykowne.

2) zrobię mały krok człowieka, bo:
a) bo mi kiedyś bardzo zależało i nadal mi nie przeszło,
b) bo de facto nie mam wiele do stracenia, bo jeszcze nie przywykłam,
c) bo nigdy tego nie zrobiłam
d) bo jak kiedyś słuchałam jak ktoś mówi o takich sytuacjach, w których ja zawsze zachowuję się do tego kogoś podobnie, to mnie mroziło, że tak biernym można być, więc powinnam coś zrobić, żeby sobie udowodnić, że mogę spróbować
e) bo klinem, klinem proszę gawiedzi, niczem innem. a najlepiej całą klinianą armią.

ergo: mogę się wstrzymać i zdać na okoliczności. granica zdawania - 10 lipca. jeśli nie do wtedy, pewnie nigdy. 

sobota, 30 czerwca 2012

'atmosfera jest tu przecież taka międzynarodowa'

To jest pytanie skierowane do mnie: 'czy myślisz, że miałby dość odwagi de se perdre ou meme de se laisser deperir?'. Odpowiedź, mimo czynu mogącego być odczytywanym jako ucieczka, brzmi: oui. I na tym polega problem tej zawiłej sytuacji, że zgoda na zatratę byłaby obustronna. Zakładam się z sobą, że zapomni, że nieprzypominana niezazdrość umknie - i nie przyjedzie. 

Przywykam do piękna szybko, zgadzam się na góry wokół mnie, zgadzam się na 35 stopni, zgadzam się na uroki świata mi przedstawionego, na architekturę i na ogólny klimat. 

Nie zgadzam się na zapomnienie, którego się boję. Zapisuję zdania 'mam uwiązaną tobą tętnicę', patrząc na prawe ramię (mam nadzieję, że wytrzyma, chcę mieć dwumiesięczny ucisk pamięci), piszę sobie 'znajdę cię, gdziekolwiek będziesz, zbyt wiele mam do zaoferowania, żeby sobie darować', takie bzdury wynikające z nadmiaru wyobraźni co do tego, co się dzieje tam, gdzie nas nie ma. 

poniedziałek, 25 czerwca 2012

byłam u Ciebie w te dni przed-ostatnie.

kojarzymy ten moment, kiedy ktoś z dosyć brzydko wyglądającą twarzą, nieco się krzywiąc, mówi do rozmówcy: "you have no idea". To taki specyficzny moment, moment nadświadomości drugiej osoby. Ostatnio mi nie obcy. Tyle, że nie zwerbalizowany. Jestem nosicielem permanentnego potencjalnego "you have no idea". 

znów nie mam rzeczy. nie szkodzi. lżej bez nich, i tak za dużo zostało, zorientowałam się dziś, że mogłam była więcej oddać, że w sumie nadal jestem tym człowiekiem, którego przekonuje myśl o 16 przedmiotach na własność. 

przecież nie potrzebuję książek, nie potrzebuję boomerangów, nie potrzebuję notatek, nie potrzebuję patelni, nie potrzebuję tylu ubrań, nie potrzebuję lampki, nie potrzebuję pościeli, nie potrzebuję tylu różnych rzeczy. nie potrzebuję przełamywać niepewności zamieszkiwania stawianiem na parapecie pudełeczek. wręcz nie powinnam. dom jest dobrem, na które mój popyt powinien być doskonale elastyczny. 

wiem, że jadę, wiem, że dobrze, że jadę. bo wyjeżdżać po to, żeby wracać. 

wtorek, 19 czerwca 2012

nie jesteś bogiem.

wchodzę speszona, przepraszam, że istnieję pochyleniem ciała. podsuwając kolejne papiery obserwuję dłoń. ogromny siniak, kroplówka. wiem, że to może nie być to, ale zbyt dobrze to znam, żeby stwierdzić, że internalizuję fakt, że to może nie być to. 

czuję się tak bezsilna. ja w roli, w jednej z wielu, każdej odgrywanej najlepiej jak potrafię, najlepiej jak umiem bez odgrywania gorzej innych ról. tyle, że granice przyzwolenia na zachowanie w danej roli są z góry dane i przekroczyć ich nie mogę, chociaż instynktownie chciałabym powiedzieć głupie: "rozumiem".

i wiem tyle, że nie jestem bogiem. i nie zbawię świata. ani swojego, ani całego. i tylko przełączając moduły między rolami mogę grać zgodnie z wymuszonym na mnie scenariuszem. wolna wola upada pod ciężarem konwencji. 

mówię jej: "dziękuję". ona mi mówi: "dziękuję". ja znów, że to po mojej stronie przyjemność. zabójcze maniery. podprogowo chcę przekazać wsparcie, a gęba się uśmiecha, żeby podpróg na jaw wyszedł, nabrał wyrazu twarzy.

moje życie mi lekkim, jak jazda bez hamulców na rowerze.

[plus: to drugi tak staranny podpróg na zeszłych przeszłych dniach ostatnich. tamten nie przebił się przez rozmowy o zupie. to nie literówka. to prawda zbyt prosto powiedziana.]

niedziela, 10 czerwca 2012

'cieszę się strasznie bo sprawiasz wrażenie szczęśliwej'

długie, duże słowo. jakieś nieadekwatnie ogromne w stosunku do mojego ty-ci-ty-ci żyćka. niby nieadekwatne, w zestawieniu z tym, że nic nie jest tak, jak być powinno, żeby móc go użyć, jako określenia, tego co jest. niby nie tak, zgodnie z ogólnie przyjętymi standardami powinnam się wyprzeć tego słowa, zaprzeczyć. 

ale instynktownie mówię 'I am indeed'. Siła przekonania, że jest jak być powinno. Kiedy wpadają frazy 'nie chodzę, tylko cz-łapię się ziemi' nie można mówić światu 'nie'. 

względy estetyczne przemawiają na 'tak'. przyjęcie właściwej optyki. kiedy brak soczewki koncentrującej wiązkę promieniowania okazuje się, że światło zewsząd bije po oczach. 

niedziela, 3 czerwca 2012

'słuchaj mnie jeszcze'

'warunek słuchania (w sensie skupienia uwagi i pokładania zaufania)'. 

***


tak, to jest problem. bo nie powiem, że żałuję. gdybym miała coś powiedzieć, powiedziałabym, że to jest do pogodzenia. ja - gianni vattimo. 

'religia życia skończonego (...), która nie pragnie nieskończoności i nieśmiertelności, nie pragnie życia po życiu, ale za to z całej siły pragnie życia za życia". 

trzeba mieć guts i złapać go za stopę. 

***

1. to nie jest tak, że nie czuję się częścią żadnej grupy (przemyślałam, wiem).

po prostu nie czuję się częścią tej grupy. nigdy do niej nie należałam (w sensie bycia częścią grona ją tworzącego), znam ją z serialu i z opowieści, nigdy niczego od niej nie oczekiwałam. grupa również nie wykazywała nigdy specjalnego zainteresowania moją osobą. istniejemy więc niejako w tym samym nurcie, chociaż równolegle. społecznie jestem wyprostowana - tak wyszło, to nie był żaden świadomy wybór. 

stąd moje poczucie wolności od przymusu uczestniczenia. 

2. a oprócz tego: po mamie. genetyczna spuścizna nakazująca unikać policji.



ale obiecuję w razie wojny być dzielną sanitariuszką. 

wtorek, 22 maja 2012

moja mowa jest. tak-tak, nie-nie.

coś jest nie tak. cyk cyk, moment nie-takości. nie-tak-stuk-puk. 

pojechałabym gdzieś na dzień. to złudne wrażenie, że zostawi się siebie w miejscu ruszając się z niego. wy-ploty. wiadomo, wszystko będzie tak samo. słowa mi się cisną na palce, wrażenia, odczucia. zbyt emocjonalnie, zbyt  jestem w życiu jak, za często się śmieję. vanitas vanitatum pe, remember. ale jak to, ale dlaczego, przecież jestem tak bardzo tak-tak-życie. 

histeria związana nie z so-called sesją, ale właśnie z tym - co po niej? ja w przyszłym roku? jak? niemożność uwierzenia, że da radę inaczej, niż jest. niemożność naiwnego założenia, że wcale nie będzie inaczej. więc moja mowa jest tak-tak-bądźmy tu i teraz, jest tak jak powinno być, i moja mowa jest nie-nie-nie zgadzam się na przemijanie teraźniejszości.

przy czym coraz mniej widzę chwilę, coraz bardziej odcinek. gorsza perspektywa. chwilami się uraczam, odcinek mnie przerasta. jestem krótsza, jednodniowa. dlatego tak rzadko pamiętam o tym, co wczoraj postanawiam, że zrobię dzisiaj. jakie wczoraj? istniałam wczoraj? chcę chłonąć dziś bez wczorarzenia. razi mnie odpływ.

naprawdę zapominam. te-raz. jednokrotne i nic poza tym. 

środa, 9 maja 2012

czy-czy-czy-changes?

tak leżę i spać nie mogę, bom takam zajaranam, że nie-wychodzi-nie-szkodzi, że bez-szans-i-tak-lans, że to-nic-że-źle-bo-wcale-nie, i takie inne składanki, o-sOm, takie mam plany na prze-ży-cie, że-o-ja-cie, że: 

idę w bezsens/bezsen/bezcen
z pełnym siebie przekonaniem,

że właśnie rakiem/wrakiem/brakiem
chcę być i niech mi się coś stanie

niech mi się dzieje wola/swawola/niewola - 
byle działo, ciągle nakręcać się w sobie
na siebie jakiej mnie mi mało

i nic, że nie spaciam - i tak obudzę się, bo mam obowiązki wobec świata, ja, budzikorynka. fajnie jak jest fajnie, bez lipy jest wówczas fajowo. 

i z dedykacją, właśnie mi żart wpadł do głowy:

i don't give. a fuck. 

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

bo wybaczać trzeba siedemdziesiąt siedem razy.

ludziom. więc sobie też. dzisiaj wybaczę sobie chwilę namysłu: a może nie pojadę w ogóle? skoro się nie wyrobię między 11:00 a 15:00 to może w ogóle nie pojadę? wybaczę sobie momenty, w których świadomość równoległości zostaje wyparta i ustępuje instynktowi podążania za instynktem prze-trwonienia się, rozdrobnienia się na tysiące, oddania się na rozdanie. 7,9. 13. zawsze coś z 3 i 1, zawsze coś. od zawsze właśnie tak. 

You're right, I should. but I won't.

bo wybaczam to sobie. to i wszystkie inne powody, z których powinnam. w pogoni nie mam czasu na przeglądanie się we wstecznych. 

piątek, 6 kwietnia 2012

emo.

she has chosen like the least appropriate timing for being emo. well, the truth is that she's never choosing it. it usually just happens. no solution. working without net is solution impossible. no work'd be even worse. she's so emo today. it's not like she's a kiddo. it's just her imagination telling her that people tend to see her this way which make her feel childish, tough she's not. it's third terrible night this week. some people really can't stand going to bed early. to tell somebody whole story'd take life time. this is the reason why all the decidions she's always obliged to make herself. nobody else see them from right perspective. 

fuck yeah, so good not to be her. 

wtorek, 3 kwietnia 2012

ciśnienie.

to wszystko jest kwestia biologicznych podstaw zachowania człowieka. ciśnienie - niskie ciśnienie wykańcza. hormony - wiadomo, rozbijają. decyzje - przecież to nie moje decyzje, przecież to dzieło zespołu czynników umiarkowanie ode mnie zależnych.

neutralizując te wpływy akceptuję coraz szybciej, godzę się. na świat - ale i na siebie. i dlatego - moment, kiedy pada logika - trudno jest się godzić na sprzeciw wobec mojej zgody na siebie, na przyjęcie, że tak wolę, więc tak mam. że jest dokładnie tak jak być powinno.

dużo o tym mówię i dużo się z tego śmieję. ośmieszam się czy ośmieszam sytuację, okraszam ją śmieszkiem, uśmieszkiem i śmiechem. 

chociaż nie do końca. za dużo rozważań. za mało odhaczania na liście rzeczy do zrobienia rzeczy zrobionych. obiecuję sobie poprawę na najbliższe 12 tygodni. Także czas - start!

niedziela, 25 marca 2012

jowejowe lowe.

"zrozumienia więcej dla słabego ciała,
że na część dnia się kładzie i naciska bym nie wstawała,
że raz na czas jakiś się rozkłada na dłużej - a i zawsze,
że nie więzi, lecz w więzi, z tym w co ja patrzę,
że bez niego by było ulotnie i dusznie

więc więcej mi dla niego trzeba zrozumienia,
bo choć mu odmawiam do potrzeb prawa,
przecież wytrwale do pionu mi się stawia,
niech ten upór czymś że mu wynagrodzę,
niechże przepływem endorfiny i głowie dogodzę"

po takiej rozkminie szybciutko je się podniosło
poszerzyło o koła i z po schodach zniosło -
już nie walcem, co co dzień walczy, lecz rombem co rombie było
i rombało w ulicach korytarze powietrzne, aż się za nim kurzyło,

także napad troski nieznanej pokrzyżował łbie plany,
no trudno, pewnie zgłupnę, ale dzień odjechany,
i jak rzadko się zdarza tak dzisiaj to powiem,
jesteś piękna chwilo i już tęsknię ku Tobie.

wtorek, 20 marca 2012

"życie składa się z tych małych dotknięć samotności"

już myślałam, że znalazłam taki ładny cytat i się zmarnuje, bo nie znajdę dla niego pokrycia w (mojej, a czyjej by, kursywa czytane zgodnie z zasadami szybkiego czytania, innej?) rzeczywistości. a tu jednak, a tu proszę, jak na zawołanie. a przełączając t9 na słowacki, to nawet bym powiedziała, że jak nie zavolanie. więc czuję się w pełni uprawniona do narzekania na małe dotknięcia samotności.

oddalenia. napisałam wczoraj wiersz. w ogóle mam już na paczki, na pęczki, na pączki na drzewach i na każdy fenomen mam słów w bród. bo choć czasem się boję, że jestem zamknięte ucho bo ktoś mi w nie wdepnął, i że to miasto zbyt się hałasi mi i przymila, żebym coś mogła na nie, to i tak się dużo zapisuje się kopii roboczych (Koncepty, trzymając nowe t9). 

I ciągle nie mogę przestać myśleć o tym, co Marta powiedziała, że to miasto za duże, że chaos, że czas ucieka,... Bo ma rację. I ja to widzę tak, że to są możliwości, więcej ścieżek - że po to ludzie tu przyjeżdżają. A ja to chyba tu jestem po to, żeby usprawiedliwiać brak umiejętności wybrania ścieżki nadmiarem czasostrat na organizowanie codzienności. Trochę wstyd, ale to nadal jest sukces i ogar, że mam na jutro bułki kupione, że kawa jest, że pranie się suszy i że legitymacja przypieczętowana. 

tak strasznie chaotycznie to napisałam co nie miałam napisać, ale napisałam, bo mnie samotność mała dotknęła. szczypie mnie w udo i mówi "idź na rower!". ja, że nie, że praca, że ciemno. ona wtedy za powieki, że w dół, że ciemno, że sen. ja, że nie, że praca, że zajęcia, że teksty. ona mi na to zaświeca ni z tego, ni z owego, telefon sam ni z siebie, a ja twardo, że nie, że teraz to ja poczekam, że mam uszy zamknięte i że praca. i wtedy ona tak z rozpędu, zmasowany atak w samopoczucie. 

i tak z małego dotknięcia samotności robi się samo-poczucie. jak się zawczasu nie zwalczy, to już potem nie da rady. samowłada nad samą mną, więc idę się jej oddać z pełnym o legitymizacij jej paniowania przekonaniem. 

środa, 7 marca 2012

'I'm not what I was last summer...

...not who I was in the spring'

'well the years start coming and they don't stop coming, fed to the rules and hit the ground running, didn't make sense not to live for fun, your brain gets smart but your head gets dumb, so much to do so much to see, so what's wrong with taking the back streets - you'll never know if you don't go'.

Z kategorii zachwytów: ostatnie procenty pierwszego tomu 'czarodziejskiej góry': 'panie tomaszu, jestem z pana dumna, napisał pan to dokładnie tak, jak powinno było zostać napisane!'. 

Z innych kategorii: słowo klucz na dzisiaj - zaufanie. Przyjmuję je, internalizuje i ufam. Ufam w cierpliwość do mnie, ufam, że kiedy dostaję esemesa: 'jesteś dobrym człowiekiem', to znaczy, że mój  jedyny stały życiowy cel się realizuje, ufam, że 'i can change' ('it's not as if I don't try.. I just fuck up, try as I might')... także zaufanie. 

sobota, 3 marca 2012

wusznik.

tabliczka 'silentium'. dlatego ludzie nie są cicho, nie znamy się na łacinie. człowiek spacerujący między ławkami, nieco pochylony, trochę rozprasza. pytanie retoryczne: który to już raz? w tej wbitej w uszy ciszy, dźwięki odgradzamy od siebie masą plastelinowej papy, żeby móc choć raz w tygodniu pomyśleć, zapisać, utworzyć. pięć dni słuchania, pięć dni dźwięków, a szóstego dnia stwarzamy sobie ciszę. czuję żutą gumę, czuję głośniejsze sygnały, ale to wszystko jakby z oddali. mój dźwiękoszczelny mikrokosmos samoświadomości. dziś dogonię obowiązki, dziś dopadnę zaległości - po tym, jak dzielnie słuchałam - wypowiem się na piśmie, recenzurując własne poglądy do formatowania Times New Roman, 12, interlinia 1,5, wyjustowane, marginesy 1,5 i 3,5. 

i dlatego tutaj arialem. i dlatego folder 'wytwórczość' -> 'niewiązana', wiecznie niespełniony folder, on w każdym razie courierem new, dlatego szybkie notatki notatnikowe, albo calibri. przycinanie się do czcionki - ma znaczenie. 

dzisiaj patrzyłam na charakter pisma. na same litery, niewidząc treści, analizowałam ich formę i próbowałam oderwać się od tego, co wydaje mi się, że trochę wiem, chociaż pewnie nie wiem nic, bo jak można coś wiedzieć o kimś innym, jeśli się nic nie wie o sobie. powiedziały mi tyle, co myślę, że wiem. także albo nie umiem się oderwać, albo naprawdę to mówią litery. 

miało być o ciszy, jest o czcionkach (swoją drogą - skąd to słowo? co ono ma do czczenia?). trochę over-dygresyjnie, ale trochę w tym jest prawdy, że jeśli zapis, to w ciszy. kto by pomyślał, że z adh-dziecka taki cichy człowiek się zdarzy?

czwartek, 23 lutego 2012

znajomi nieznajomi.

jest ich wielu. przyrastają w tempie geometrycznym. nigdy nie jestem przekonana, czy imię, które im przypisuję, jeśli w ogóle przypisuję im jakiekolwiek imię, jest tym, które im nadali rodzice (bo nie powiem prawdziwym, skoro tak często rodzice się mylą i złe człowiekowi nadają imię, które potem nijak do istoty, którą nazywa, nie przystaje). niektórych dodam do przyjaciół, nie zaszkodzi wiedzieć, jaka piosenka ich danego dnia kręci czy tam, że mają urodziny. niektórych po pół roku widywania widywać przestanę i tylko czasem ich twarz przemknie mi przez myśl.

niektórzy natomiast poddadzą mnie konieczności przyswojenia siebie jako bardziej zindywidualizowanych podmiotów. uczynią zwierzenie tak dziwne, że aż zapamiętane. rozpoczną rozmowę tak nietypową i tak pełną interakcji, że nie zachowam się zachowawczo. nadal nie zapamiętam ich imion, ale zacznę mieć miejsco-skojarzenia.

i to wszystko jest w porządku - czytane dosłownie - wpisuje się w porządek rzeczy. tak jest. jednak czasem po długich godzinach spędzonych wśród takich znajomych nieznajomych, z którymi trzyma się odpowiedni dystans - fizyczny, psychiczny, zwierzeniowy, narzekaniowy - jest się tak zmęczonym tą nieznajomością, że właściwie to chcesz tylko tyle, żeby móc się przytulić do kogoś, kto wie ile śpisz, a nie co sądzisz na temat "Krytyki politycznej" i "Literatury na świecie", kto ogarnia co jest niewymienialnym napojem do śniadania, a nie, że tekst twoim zdaniem argumentacja Dovida Kotza jest oparta na naciąganych zestawieniach, kto wie, że masz sanki w pokoju, a nie, że zawsze masz przy sobie kartkę, na której można zrobić listę i długopis, który możesz pożyczyć. 

ale oni nacierają. oni zawsze mają czas - przerwy z dnia zajęć dają półtorej godziny. oni zawsze mają siłę, bo to znajomi nieznajomi, myślą, że rozmowa jest znakiem sympatii czy szacunku. i im silniej czujesz ich obecność tym bardziej chcesz uciec. a jeśli ci się uda, to już naprawdę nie masz siły mówić. po tych godzinach budowania mikronarracji, hiperuprzejmychstruktur - nie masz siły. i nie masz też czasu. ale za to ilu masz przyjaciół.  

poniedziałek, 20 lutego 2012

raz się kulę, raz się wożę.

wiesnę niesę w onuce,
w śniegu się pławam
i rozrywa mie życie,
i świat mie zabawia
i gwizdam z rękoma poza,
i nucę melodie skoczne

a co najbardziej uroczne,
mylę wersy leśmiana -

i zamiast się pytać rozpacznie
o świata innego istnienie
se kojarzem opacznie:
optymizm - onieleśmienie

'do pracy!'

poniedziałek, 13 lutego 2012

stan wewnętrzny.

był taki film. jest to aluzja do mojej nie-zgody na teatr, ale zgody na granie. przy czym pretekst do opowiedzenia epifanii, powielonej epifanii. zbyt wewnętrznej, aby epifanią się stała.

zatem kiedyś napisałam komuś, że dla mnie to wir daje możliwość działania, bez wiru nie mogę myśleć. sprawdzam się. ledwo się zaczęło i już wrażenia. 

zbieg sytuacyjny. kiedyś zapisałam pod wrażeniem epizodu, który umknął bohaterowi historii coś takiego:


"Zbyt pewnie odpowiedziałam. od razu wyczułam, że naruszyłam granice między jego dostojeństwem a ma nędzną osobą. Nie dał po sobie poznać zaskoczenia moją hardością, co tylko ugruntowało jego wyższość. Aby odpokutować swój występek przeciwko hierarchi uklękłam, udając, że podnoszę z podłogi śmiecia. Uczyniłam scenę symbolem, oddałam mu hołd, cześć. Zwróciłam honor i błagałam o przebaczenie mego niepoważnego momentu siły, przekutej teraz w słabość. A on łaskawie ominął mnie, klęczącą u jego stóp, zachowując swą prostą posturę i twarz bez miny. Przyjął ukorzenie i w swej łaskawości nie chciał więcej. Kara musi być bowiem proporcjonalna do winy. A wina moja choć wielka - nie była efektem błędu w myśleniu, lecz tylko chwila uniesienia, poddaniu się emocjom, momentem wiary we własną wartość. Okazując skruchę- zyskałam wybaczenie. Wybaczając mi – pokazał swą wyższość. Mogliśmy wrócić do normalności. Poszłam zmywać."

W czasie początków lata zeszłego roku, jadąc 105, miałam z kolei poczucie bycia CS, panem i władcą w centrum świata, ale o tym to żem pisała niegdyś. 

Jeszcze innego dnia ktoś zwrócił mi uwagę na to, że przyjmuję formę męskoosobową, kiedy piszę. Ktoś inny rzekł na to, że uznaje się ją za bardziej uniwersalną.

Dziś zaprzeczam i uzupełniam. Że CS ma swój żeński odpowiednik i właśnie nią dziś byłam. Że kiedy natknęłam się na zagubienie, na skrajne zmieszanie, na potrzebę przerwy u osoby, która powinna stanowić autorytet - mogłam nawet temu dać wyraz. Opuszczając wzrok nie wstydziłam się za nią. Raczej wydałam wyrok zaoszczędzenia wstydu. Niech zna moją łaskę. 

Charakteryzując zatem tę żeńskoosobową odmianę poczucia bycia CS - czyli bycia GS bez G., powiedziałabym - godność. Pogarda. Wyniosłość. A zarazem takie to mi obce, że aż cieszy, kiedy się pojawia. Tak sobie myślę, że nieco mi się poprzewracało. 

a przy tym wszystkim tyle czułości. i przeciwieństw wspomnianych cech. we mnie. taki jest właśnie ten stan wewnętrzny. 

wtorek, 7 lutego 2012

odtwórczo.

'You make me feel a little older
like a full grown woman might
but when You're gone I grow colder 
come to me again in the cold, cold night'. 

wtorek, 24 stycznia 2012

paraantynormalne.

kiwam z powagą głową, mówię masz rację, bo obiektywnie, to tak, masz rację. ale z jakiegoś powodu nie napiszę dziś o tym co się udało, co się nie (wystarczająco dobrze) udało (1:2), tylko właśnie o tym, co sprawia, że kiedy kiwam z powagą głową i mówię, że masz rację to wchodzę w rolę społeczną, której anty-odgrywaniem  zajmowałam się długi czas i którą nadal z przyjemnością odgrywam, aczkolwiek epizodycznie.

istnieje bowiem folder ze skarbami, takimi jak 'i jeszcze przyjaciele. mam nadzieję, że dołączę do tego zacnego grona.', z jakiegoś powodu mój pełnoletni prezent jest zeszytem (następuje długa lista przesłanek udowadniających prawdziwość teorii obalającej prawdziwą teorię, których, wzorem tłumaczki Iliady, nie wymienię). w każdym razie: źródło frustracji, źródło rozpaczy, źródło (...), ale i źródło niezakłóconej pełni szczęścia.

bo mimo dysproporcji i ryzyka związanego ze skracaniem dystansu bywają takie chwile, kiedy wszystkie te zagrania spotykają się z odpowiedzią. to trochę tak, jakby (wracając do metafory piłeczek) na kilkaset nieudanych serwów trafiał się jeden, który kończy się efektowną wymianą.

i dlatego dzisiejsze 1:2 jest 1>2. bo wygrać z systemem, wydobyć z niego człowieka - to jest coś, za co się wygrywa na punkty.

środa, 18 stycznia 2012

typologia dni.

bywają dni zajebiste, wiadomo, bywają. bywają dni codzienne, no jasne, takich jest najwięcej. i bywają takie dni, kiedy od rana do... no właśnie, to jest przedmiotem zainteresowania notki, do kiedy? świat bije one po pysku, każdym kolejnym pacnięciem mówiąc: ogarnij się, jesteś pyłkiem, to, że w ciebie napierdalam i tak nic nie znaczy.

zaczyna się niewinnie, pozory normalności. nie spierdoli autobus, dotrzesz na czas. po czym trzask - nie było potrzeby docierania. to na -1, ale bez przesady z bolesnością. po czym się zawiedziesz na sobie - jesteś na -2. Po czym objawisz pełnię swej niezgrabności i nieskoordynowanych ruchów - -3. Stajesz przed obliczem czegoś ponad twoje umiejętności - -4. Czekasz na coś, co może nigdy nie przyjść - -5. Spotykasz się z niesprawiedliwością, bo tylko tobie przydarza się tak, że kiedy raz, jedyny raz, zdarzy ci się nie przeczytać - okazuje się, że wszyscy-2 nie przeczytali: -6. Rezygnujesz, masz dość, jedyne, czego chcesz, to następnego dnia, nowej szansy na ułożenie. Wracasz do siebie, do swojego łóżka, komputera, chcesz spełnić swoje święte obowiązki doczytania, żeby uniknąć powtórzenia sytuacji. I wtedy dzwoni Tata. 


Tata. O którym myślałam wracając na piechotę (punkty minusowe zaczęły się jednak naliczać już o 1:30, kiedy okazało się, że kalkulacje odnośnie rozkładu jazdy nocnych były miskalkulacjami i trzeba się było przejść) 3,7 kilometra w mrozie. Myślałam o tym ile to wyniosłam z domu rodzinnego, jacy to oni mądrzy, rozważni, uczciwi ... (litania) ... wieżo z kości słoniowej ... 


Także dzwoni Tata. I czyni z -6 -7. Bo wiadomo, zapomniałam o impulsywności i przenoszeniu konfliktów na linii ognia na spokojne fronty. Rozumiem, jasne, że go rozumiem, sama jestem w tej, za przeproszeniem i pozwoleniem zacytuję Martę, dupie, od >20 lat, nawet nie i've been there, po prostu i am there. Ale nadal, co -7, to -7. Także dzień ma jeszcze 116 minut, żeby mi czymś przewalić. 

I niech bije. Niech bije sobie nawet w tarabany ('ale co to jest tarabana?'), niech trzaska i plaska w te wszystkie sferostrefy. Bo to, co wyniosłam z domu rodzinnego to też parę dobrych cytatów. I wiem, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy 

środa, 11 stycznia 2012

'Czemu idziesz na tę wojnę?'

To jest bardzo rozbudowany cytat. Właściwie cały tekst. Właściwie - cała prawda. Przypis / bibliografia / źródło.


"(...) na temat przyczyn słabości siostrzanej solidarności pisane są z punktu widzenia kobiety jako strony słabszej: manipulowanej, indoktrynowanej, zadręczanej i odrywanej od własnej autentycznej, siostrzanej natury. Taki obraz wojny kobiet uważam za odległy od placu boju tak mniej więcej, jak analizy sztabowców oddalone są od rzeczywistości widzianej oczyma szeregowca w okopach. Chciałam więc zapytać, dlaczego mianowicie na tę wojnę idziemy?

Po pierwsze – dosłownie: czemu idziemy na wojnę? Dlaczego wydłużamy sobie rzęsy, pokrywamy twarze warstwami lepkich substancji, do których zmywania trzeba używać rozpuszczalników, dorabiamy się stóp o dziwacznym kształcie, nosząc buty, których nie stworzyłaby najbardziej perwersyjna katowska wyobraźnia, dlaczego się wdzięczymy i robimy numery z mruganiem à la Myszka Minnie? „Ubieram się dla siebie?” „Lubię czuć się ładna?” Terefere, fałszywa świadomość. Zbroimy się, opancerzamy, kształcimy w rozmaitych sztukach walki – i idziemy na wojnę. Walczymy ze sobą nawzajem, wykorzystując wszelkie atuty i wszelkie możliwe blefy.

Po drugie – przenośnie: czemu na to idziemy? Skoro nam to nie pasuje, odczłowiecza nas, krzywdzi, męczy i odbiera naszym uczuciom względem innych kobiet autentyczność? (...) Zmusza nas do tego przemoc (fizyczna, ekonomiczna i symboliczna), zmuszają brutalne realia życia, które wszak nie my stworzyłyśmy: my jesteśmy niewinnymi ofiarami dyskryminacji płacowej, braku przedszkoli, patriarchalnych wyobrażeń naszych babć oraz byłych, teraźniejszych i potencjalnych partnerów (lub partnerek). To prawda – ale nie cała.

Uderzmy się dla odmiany we własne piersi, co skądinąd kobietę boli jak wiadomo bardziej i dlatego być może ten gest tak trudno jej przychodzi. Skoro kobiety prowadzą ze sobą wojnę, to zapewne któraś z nich wygrywa. Czy my aby nie chcemy wygrać? Odwieczny dylemat polityki rozbrojenia: a może by tak wyrzucić szminki, spalić po raz kolejny biustonosze i wytrząsnąć do zlewu kremy przeciwzmarszczkowe? Ile kobiet na to pójdzie? Drogie siostry, wojnę – zgodnie z naukami von Clausewitza – prowadzi się w celu zniszczenia wroga, nie po to, by się z nim (tak właśnie) bratać. Lubimy nasze kobiece tryumfy, lubimy błysk pożądania w cudzych oczach, nawet jeśli nic bardziej realnego z niego nie wynika, lubimy też błysk zazdrości, choćby oznaczał tylko kłopoty. Cenimy sobie nasze małe, taktyczne zwycięstwa, choć są one – jak zapewne słusznie dowodzą feminiści i feministki – owocami strategii pyrrusowej.

Piszę celowo o takim interakcyjnym mikrowymiarze wojny kobiet, bo na tym poziomie dopiero widać, że bój nie toczy się o rzeczy wymierne i zasadnicze. (...) walka o rzeczy wymierne i zasadnicze rozgrywa się zwykle na innych polach, według innych reguł, inną bronią, płeć miewa tam znaczenie drugorzędne. Walczymy o drobiazgi, nagradzające jak nic innego, niezastępowalne, nieodzowne. Gdyby było inaczej, kobiety, które osiągnęły sukces w nauce, sztuce, polityce czy biznesie, odrzucałyby z ulgą kobiece parafernalia wojenne i osuwałyby się w pokojową, siostrzaną autentyczność. Patrząc na moje znakomite przyjaciółki, koleżanki i nauczycielki nie mam jednak wrażenia, żeby powodzenie odbierało im wolę walki. Wręcz przeciwnie.

Tryumfujący pochód kobiecości kroczy naprzód po zgliszczach siostrzanej solidarności, napędzany nadzieją każdej małej dziewczynki, że kiedyś będzie królową balu, przedmiotem zazdrości wszystkich innych dziewczynek. Nie miałaś nigdy takiej nadziei? Jesteś pacyfistką? Siostry, namawiam – uderzmy się w piersi. Kostium pokutnicy bywa przecież niezwykle twarzowy."

To jak to było z tym inwestowaniem w spódniczki... 

poniedziałek, 9 stycznia 2012

konstrukt teoretyczno-abstrakcyjny rodem z autobusu nr 190.

czyli myśl matka, że imię 44 zostało nadane nie przez przypadek. i myśli pochodne - jest powołaniem, misją. Że JB (vide) to nie tylko tęsknota za prostotą lecz etyka pluralizmu, chrześcijański immanentny potencjał (byłaby taką dobrą katoliczką!), moralne wezwanie do przepychu agape. Termin komplementarno-opozycyjny (przeskok od syntezy do tezy, cóż za malwersacje intelektualne) staje się errosem, błędem systemu, nie indywidualnym celem, lecz narzuconym instrumentem. Konstrukcja podmiotowości u-oparta na egzogenicznych de-stabilizatorach - czyli kłaniają się w pas studia nad stadiami Sørena - tyle, że zapośredniczonymi - agon z przypadkowością indywiduacji.

i tak to by wyglądało, gdyby nie istniała alternatywa dla wychodzenia z załamania świata przez włączenie się do zewnętrzności. i tak to nie wygląda, bo powołana została przywołana alternatywa - autarkiczna i jej racja wspierana przez wyzna-nie 'lubię mówić o swoich emocjach'. Bardziej konsekwentna i umożliwiająca odżegnanie się od permanentnej, wymuszonej dyskontynuacji. skąd wniosek o wyższości bycia alternatywnym wobec własnej jaźni-odzwierciedlonej. akt stworzenia, zgodnie z Słuchowym Potencjałem Wywołanym Z Pnia Mózgu, rozpoczął się bowiem od destrukcji tego, co nie było wystarczająco dobre. 

czwartek, 5 stycznia 2012

lust zu fabulieren już zużyte, a tak to miało być ochrzczone.

znamy znaczek negacji ~? Znamy. Skoro uwspólniłam kod, przecież nie wszyscy mieli obowiązkową maturę podstawową z matmy tudzież szczęście przejścia przez maglowanie logiczne na studiach (muszę nadrobić), mogę przystąpić do cytowania i opisu przeżyć wewnętrznych podmiotu, tym razem nie za pomocą przemilczeń, lecz poprzez posłużenie się właśnie znakiem ~: 


like to keep some things to myself   can never leave the past behind  done with graceless heart ⇒ ~ can see no way  ready to hope.


[edit] and it hits me that it hurts me that you won't like my friends. even worse due to my invisibility to friends of my friends. [/edit]

niedziela, 1 stycznia 2012

onirism, czyli ta zabawa nie jest dla dziewczynek.

przez przeważającą część mojego życia nie zapamiętuję snów. trochę mi żal z tego powodu, ale nie do końca - dlaczego? dlatego, że kiedy już zapamiętam, to jest tak jak dzisiaj - myśli nieuczesane i niewie-mość jak obrócić (ol)śnienie w żart, kiedy empirycznie moguję poczuć sprawczość myśli sennych - a kiedy sam(a)nie zdziwiam ich antysymbolicznością, jak można tak wprost takie nieuświadomione, nienazwane? straszek przed głową, bo ona umie łączyć niebo z szyją, które w szyje wpada poprzez głowę, głowa często lubi być niczyją (mówi: lubię kiedy mówię, lubię głowić się i lubię lubić, lubię łudzić się i łudzę ludzi, że odcinam się by ich nie nudzić).

skróciłam czasoprzestrzeń rozbijając barierę wyobrażenia za pomocą dowodu, potwierdziło się moje przekonanie o zaufaniu i wspólnocie getta, miałam poczucie bycia we właściwym miejscu we właściwym czasie oraz opuszczenia go w idealnej chwili - więc póki co 12,5 godziny 2012 pod znakiem lękowego stanu stoickiej afirmacji istnienia w jego najpełniejszej, wyrzmiętej formie.

i czego nie będzie, żebym mieć oparcie - nie będzie papci, nie będzie piżam, nie będzie kawy jeśli-w-ogóle-to-z-mlekiem, nie będzie innych lęków niż przed wymy(s)w-ła-sny-mi i, dygresja:

[idea czarnego punktu, który w miarę rozwoju sytuacji, tudzież socjologii, zmienia swoje znaczenie, w każdym razie pozostaje tym stałym i wspólnym elementem - przewartościować, rozbić - jako własny i wyjątkowy element składowy, dodając do tego przesunięcie odcinka przecinającego okrąg obrazujący moje-ja i społeczne-ja aby zwiększyć pole powierzchni mojego ja]

i na dygresję: <ok>. mój core, przewartościowany, pozostaje heart-corem.