wchodzę speszona, przepraszam, że istnieję pochyleniem ciała. podsuwając kolejne papiery obserwuję dłoń. ogromny siniak, kroplówka. wiem, że to może nie być to, ale zbyt dobrze to znam, żeby stwierdzić, że internalizuję fakt, że to może nie być to.
czuję się tak bezsilna. ja w roli, w jednej z wielu, każdej odgrywanej najlepiej jak potrafię, najlepiej jak umiem bez odgrywania gorzej innych ról. tyle, że granice przyzwolenia na zachowanie w danej roli są z góry dane i przekroczyć ich nie mogę, chociaż instynktownie chciałabym powiedzieć głupie: "rozumiem".
i wiem tyle, że nie jestem bogiem. i nie zbawię świata. ani swojego, ani całego. i tylko przełączając moduły między rolami mogę grać zgodnie z wymuszonym na mnie scenariuszem. wolna wola upada pod ciężarem konwencji.
mówię jej: "dziękuję". ona mi mówi: "dziękuję". ja znów, że to po mojej stronie przyjemność. zabójcze maniery. podprogowo chcę przekazać wsparcie, a gęba się uśmiecha, żeby podpróg na jaw wyszedł, nabrał wyrazu twarzy.
moje życie mi lekkim, jak jazda bez hamulców na rowerze.
[plus: to drugi tak staranny podpróg na zeszłych przeszłych dniach ostatnich. tamten nie przebił się przez rozmowy o zupie. to nie literówka. to prawda zbyt prosto powiedziana.]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz