sobota, 27 grudnia 2014

zranione A.

skorzystam z tej myśli, w inny kontekst ją wrzucę, bo zranione A. 

mogłabym odpisać coś ironicznego, jakoś odbić tę obrazkową piłeczkę. mogłabym odpisać coś serio i najlepiej wulgarnego. albo po prostu wysłać selfie-z-fuckiem. a nie odpiszę nic, bo to nie jest powód ani do żartów, ani do nerwów. po raz kolejny się przejechałam na zaufaniu w przyjacielskość, och, jaka ona jednak niestała, jak ona się pięknie rozpływa w zimnym powietrzu.

nie pojadę do Ciebie na urodziny.
nie zadzwonię do Ciebie bez powodu, żeby Cię usłyszeć.
nie wyślę Ci niczego do przeczytania, chociaż nadal liczę się z Twoją opinią.
nie chcę nawet wiedzieć czy miałaś dobry powód, nie interesuje mnie to.

chyba się odwiązałam od idei naszej friendship, siema. A. ma również prawo do bycia zranionym. i, a masz, a masz to wyznanie, do którego nigdy nie dotrzesz, przeholowałaś, nie tym tonem młoda damo, żebyś to chociaż ujęła w I'm so sorry formie. byłaby inna gadka. chyba już mi niewystarczająco mocno zależy, żeby się starać i cieszyć z małych rzeczy. są za małe na nasze duże możliwości. 

sobota, 13 grudnia 2014

pionteczek, oho.

bardzo doceniłabym gdyby ktoś mi nakreślił co się właściwie stało z moim piąteczkiem.

może dlatego ten sceptycyzm wobec zabawy w habit rpg - nie przewidzisz spacerów w poszukiwaniu apteki 24/7 o 3 nad ranem, wizyt mam po 1:00 w nocy, no tego to nie przewidzisz, że nagle total reset zmienia się w fatal error i budzisz się o 12 ani nie wypoczętym, ani nie nadal porobionym. no nie, tego nie ogarniesz jak w ogóle do tego doszło.

i senne majaki wypowiedzeń, które się w głowie czają i nie dają spokoju przesunięte zostają na poranek, kiedy nie spotykają się ze zrozumieniem (czy kiedykolwiek się z nim spotykają, hejka?), i jawa się jawi jakaś podejrzanie oniryczna, to przez te nocne spacery.

naprawdę nie rozumiem gdzie się podział piąteczek. "przeze mnie, wszystko przeze mnie, bo nie umiem słuchać i za mało mam słów".

a najgorsze jest to, że ja naprawdę mam ochotę się spokojnie pouczyć. a tutaj nagle okazuje się, że grafik buwu i mój to jakieś totalne nieporozumienie, znów chyba będę musiała iść na wagary, żeby chociaż przez chwilę pooddychać pełnym roztocza powietrzem stojącym od 15 lat nad okładkami "tylu pięknych kobiet". i świąteczną przerwę rozpisałam - 22, 29, 30, 5 - wtedy gwiazdy powinny mi pozwolić znaleźć drogę do domu. I zajmę się katalogami arrasów i wkręcę się, bo (tylko po to o tych arrasach) - "Pani to chyba się szybko zapala". 

Żebyś wiedział, typie idealny. Żebyś wiedział. 

wtorek, 9 grudnia 2014

światło.

1/ są takie dni, kiedy w CI I na schodach tworzą się miniaturowe tęcze, bo ktoś pomyślał albo i nie pomyślał, ale mu wyszło tak, że światło pada ukośnie na schody i tworzy okładki floydów na wybranych płytkach. 

są takie dni, że kiedy patrzę na panią Magdę (której pierwszej to powiem, że świat współczesny opiera się na zbiorze fikcji), patrzę na słońce wznoszące się nad powiślem, uderzające w okna CI II. 

to nie jest jeden z takich dni. 

2/ poszłam kupić czarne spodnie. i nawet przymierzałam czarne spodnie. ale wyszłam z czerwonymi. dlaczego? co mi się stało (kto mi to zrobił?), że musiałam dokonać wyboru, że przestało być oczywiste, że biorę czarne spodnie, lepiej, że naprawdę chciałam wziąć czerwone? to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy, jakby powiedział Łona?

3/ Natalia Przybysz - Prąd. Repeat. Play. Shuffle repeat. Play. Shuffle. Play. Repeat track. Play. 

4/ nie myśl, że się tego nie spodziewałam. Nie wszyscy są Jacyno.  

poniedziałek, 1 grudnia 2014

siema K.

i sprawdzam ten chiński horoskop, jestę kozą, next year will be mine, the world is mine, najgorzej. jeszcze raz - najgorzej. żarty się mnie trzymają jak nigdy, skąd te żarty, nie ma co się śmiać. czytam strony internetowe, które wyglądają jak okładki książek w Twojej podokiennej księgarni. beka z typiary, jak nic.

najgorzej tak się dać porwać tym witalizmom, w tym punkcie, chociaż nadal nie doczytałam, myślę sobie:

ERROS.

siema, jestem erros. fatal erros. klawo, że grudzień, mogę coś napisać i nie wyjdzie grafomańsko, bo przecież to już nowy miesiąc. 

"Zdrowie Kozy (Owcy) w 2015 roku. Mimo że jest to generalnie dobry rok dla twojego zdrowia, możesz mieć skłonność do wypadków, zwłaszcza związanych z ostrymi przedmiotami. Zachowaj ostrożność."

Niby chiński, a czarny humor. Haha. Mówiłam, że słabe żarty. 

niedziela, 23 listopada 2014

lista.

Klucze do URSUSa w mojej nerce. Kluczę po tych wszystkich miejscach, jaka to była piękna sytuacja i jakie to było piękne słońce, nie sposób siedzieć w dziupli, jak powiedział, trzeba w końcu zapisać, zanim mi poumykają, chcę pamiętać:

1) Szucha. Smar na szarych spodniach zmywany przy kranie na Piaseczyńskiej, jaki to był wieczór, jakie to były tropiki.
2) Nieskończoność. I raz, i dwa, i trzy.
3) Papiernia, majowe majdfaki, niekonieczność mówienia.
4) FOTON, widoki ze szczytu świata, stopnie szuflad prowadzące to w górę, to w dół.
5) Otwock raz, powrotna droga z Kazimierza, a tak, na chwilę, chociaż nie było nawet potrzebne, bo dzień, wtedy też to światło, to też musiał być listopad, i tak był przedni.
6) Otwock dwa, z Izaakiem, z drzewem na dachu i autem pod nami.
7) Domki ze zwierzaczkami, nie pamiętam co to za miejsce, co to za nazwa, ale w środku lasu, na pewno dałoby się łatwo zlokalizować.
8) Utrata, znów spodnie w jakimś szlamie, to trawa, to tory, tramwaje, które zniknęły i statek kosmiczny kolei.
9) Browarnia po raz i po dwa, skarby pod nosem i Białoszewski o etykiecie ze sfinksem.
10) URSUS, dachy świata, rozmnożenia lustrzanych odbić nas samych po drugiej stronie i kustosz, którego lepiej nie można było wymyślić niż to, jak sam się wymyślił.

Mogło być coś jeszcze, co akurat mi wypadło, to jak z tym zapisywaniem książek, które się przeczytało ostatnimi czasy, ale wpadają do głowy kiedy już zamkniesz listę. Mogło, ale nie musiało, bo w międzyczasie było wiele mojego czekania na K., dzwonienia do niej: "Chodź!", mówienia do niej: "Chodźmy!", z którego w najlepszym razie wynikało piwo, a to nie o piwo, nie o piwo chodzi. Widoki, powidoki, rzeczywistość w swej najlepszej, rozpadającej się formie. 

Sobotni przegrany zwycięzcą niedzieli. 

środa, 19 listopada 2014

nihil. novi.

ale i tak mam ochotę coś zapisać, spoko, kto w dobie internetu mi zabroni. przecież wcale nie jestem głupią blogerką, parafrazując panią z pociągu. wcale.

zależność momentu, w którym jesteś w stanie powiedzieć komuś o czymś co w jakiś sposób boli od bliskości znajomości. na gorąco idzie do najbliższych, im bardziej przepowiedziane - tym łatwiej to sprzedać jako historię przy fajku mniej znajomym.

niezadawanie pytań. ludzie naprawdę nie zadają pytań. pytań w stylu skąd ty się w ogóle wziąłeś rozumiane jako co cię ukształtowało, jakie doświadczenia odcisnęły na tobie piętno. ja słucham, staram się zapamiętywać, łączyć, ja, ja, ja staram się was wszystkich nie tyle zrozumieć, co współodczuć, chociaż może trochę zrozumieć skąd jesteście tacy, jakimi mi się wydajecie.

jest brak czasu na sen, jest nadmiar rzeczy do zrobienia i miejsc do bycia, jest dość intensywnie jak na to, że zimno, potrzebuję czasu na samotność, a tego zawsze jako pierwszego brakuje, czasu na relację ja-klawiatura, zapisać melodię tej jesieni. wracają do mnie stare pomysły, wracają do mnie stare problemy, stare sądy o sobie, których dawno na siebie nie wydawałam, ale przecież zawsze warto się zastanowić nad fundamentalnym problemem wynikającym ze stwierdzenia Rada, że "Ludzie się nie zmieniają". 

środa, 12 listopada 2014

gimbaza forever.

Piotrusiu Pani, nie oszukujmy się, będąc od urodzenia starym nie masz żadnego obowiązku dorastać. Możesz sobie nie spać i marzyć, wymyślać sobie w myślach za te wszystkie pomysły, które nie pozwalają śnić, bo strach, strach śnić, 

Być lepszym człowiekiem, nie mieć pretensji. Po prostu nie mieć do niczego pretensji i nie mieć do nikogo pretensji. Nie popełniać dwa razy tych samych błędów. A przede wszystkim uważniej się przyglądać, żeby orientować się zanim popełniam błąd, że to ten moment, a nie wtedy, kiedy już kombinować trzeba nad odwracaniem konsekwencji. 

Jednym słowem - zwolnić. Mniej impulsywnie.

Jeden problem z tą permanentnie odkrywaną Ameryką - przyjemność z życia zgodnie z tymi niezwykle odkrywczymi przykazaniami nigdy nie wznosi się ponad "miło", "spoko", jest dobrym scenariuszem dla unikania nieprzyjemności. A ja naprawdę lubię 10/10. Nawet kiedy jest nieprzyjemnym rozbiciem rąk na ruch każdego palca. Nawet kiedy się je zwraca, haha. 

Także rozchwianie między let's make it (awefully unpleasent) ten i you love your state. Gimbaza forever. 

niedziela, 9 listopada 2014

zasad-niczo.

nic co dzieje się zbyt szybko nie kończy się dobrze. także troszkę obawa związana z intensywnością ostatnich dwóch dni. troszkę, bo zarazem dwa dni nie rodzą zbytniego przywiązania do tematu i w razie jego wyparowania owszem będzie szkoda, ale i przecież to nie jest tak, że TINA. 

jednocześnie jednak byłoby to bardzo zaskakujące i dość przyjemne, gdyby ułożyło się klawo. tak po prostu - bezwisiłkowo klawo. wszyscy kumple nie od zawsze byli kumplami, kiedyś coś się wydarzyło, bywało intensywnie, różnie bywało, ale przecież niektórzy kumple są na zawsze kumplami. 

a mamy wspólne elementy mianownika. to zostało ustalone. obawa obawą (Polska Polska, hola, hola), zawsze można wsiąść do jakiegoś tira, tirowcy przecież raczej biorą. 

czwartek, 6 listopada 2014

ale jak to?

chodzę po mieście i mówię ale jak to,
albo bardzo mi się tu podoba (światła, samochody, cement się kręci),
uwiera brak poczucia stabilności, paradoksalnie,
poczucie, że w kategoriach celów stoję pod znakiem zapytania,
permanentna obecność niepewności czy to to to czy to to nie to,
już od dawna brak zaufania do what's for you will not pass you by,
how to disappear completely,
przymus przemieszczania się.

sobota, 25 października 2014

zima na ramiona moje spadła.


nawet nie narzekam jakoś bardzo. nawet nie jestem zdziwiona. wbrew postawionej niegdyś z bananem tezie, że z roku na rok coraz trudniej się tę zimę przechodzi tym razem czuję leniwą akceptację takiej kolei rzeczy, konieczność stawienia jej czoła i poniekąd nieco mnie kręci koncepcja nie kupienia karty miejskiej przez cały czas tego skazania. nieco. na razie. 

nie zajęłam się hazardem, nie uczę się hebrajskiego, nie czuję się dobrze na Artes (no, inaczej, czasem czuję się dobrze słuchając czegoś co ktoś mówi. czasem. czegoś. obserwując i słuchając. miałam im do powiedzenia o tym misiu, jaki on pano tadeuszowy, ale nie miałam szansy, więc im nie powiedziałam. trudno). nie piszę, bo chce mi się rzygać, kiedy myślę o tym ile niepotrzebnych rzeczy zostało napisanych. boska brzytwa ockhama powinna odciąć od całej bazy naszego świata nadbudowę. niechby się okazało co tak naprawdę ma znaczenie.

btw, co zabawne, mam wrażenie że oswajam się z koncepcją istnienia jakiegoś boga. nie na płaszczyźnie racjonalnej i nie na płaszczyźnie mojej wiary/niewiary, raczej jako jakiegoś społecznego konstruktu. chyba przez czytanie kołakowskiego o sacrum. i to bardziej na zasadzie zgody z jego stwierdzeniami o braku sensu w sytuacji braku sacrum - raczej tylko na tyle. faktycznie, no nie ma. bez sacrum nie ma sensu. i tak sobie dryfujemy. intelektualne i emocjonalne zombiaki.

przymiotniki tworzone od nazwisk działają emytogennie. prekariat, który już zaznał życia jako prekariat i wdziera się na uczelnie jest nieco zniesmaczony brakiem konkretu. świetnie, że to opisujecie i nazywacie na tyle różnych sposobów - a gdybyście tak wpadli na jakiś pomysł rozwiązania któregokolwiek z tych problemów? 

i nie mówcie, że to nie wasza rola. owszem. to powinna być wasza rola. mistrzowie komentowania i analizy, odniesień, cytatów, zestawień i porównań. mistrzowie słowa. niekwestionowami, to fakt. aż się ciśnie na usta gdzie oni, z tą ich wiedzą i erudycją, byli, kiedy robiło się tutaj tak zombiaszczo. 

Na wyspach jakby lżej znosili tę pustkę. U nas bardziej cierpimy z powodu braku dramatów. No ale co zrobisz, skoro absolutnie nie ma dramatu. 

piątek, 26 września 2014

ja i dwa komputery razem bawimy się świetnie.

jest super. 

znów mnie wszystko interesuje i nie nadążam nad otwieraniem wszystkich kart, które chcę otworzyć. komputer, drugi komputer, myszka, tacz pad, zabawa. jack white taki przystojny. 

aż żałuję, że nie kupiłam prawdziwych papierosów, tak się dobrze dzisiaj z sobą dogaduję. klawo. 

jednak może faktycznie mam kryzys w związku z warszawą. 

nie, nic mądrego, nic oryginalnego, ale wróciłam do tego co zaczęłam w danii i wylewam całą gorycz w wordzie patrząc na jacka. spo. 

trochę sobie myślę w kategoriach: jeszcze wam pokażę. a trochę: nic wam nie pokażę! taki jestem trefniś.

niedziela, 7 września 2014

szalki.


jakoś powrót uderzył mnie po głowie tym, że chyba to jest ten moment, kiedy nam się wszystkim poprzewartościowywało. każdemu inaczej, ale wszystkim przyjaźń w hierarchi wartości gdzieś się obsunęła. podium różnie - związek-praca-ja, praca-ja-związek, ja-związek-praca, związek-ja-praca... ale przyjaźń poza podium. tak może mi się tylko wydawać, ale nie wydaje mi się, żeby mi się wydawało, chyba jednak to "ja", ten "związek" i ta "praca" jakoś podbili nasz czas i energię. 

"ja" jakoś obok. to mnie linka hamulcowa rozstroi, to mnie coś ucieszy czy rozbawi, ale ogólnie jestem gdzieś obok "ja", jakiś pomysł, jakaś zgoda, niby moja, ale w sumie, to jestem tłoczkiem, który się uciska, zaciska, kurczy i napiętrza w dół, żeby tylko nie buchnąć, i tylko smutna piosenka o łampeczce przypomina, że jesień i tak idzie.

dużo myślimy o tej wojnie, która nam się wszystkim nasuwa na myśl, taka niby to możliwe, ale przecież nierealna. nasze czasy to nie czasy wojny, a nawet jeśli - to nie u nas, demokracje ze sobą nie walczą (jaka z nich niby demokracja?). 

przede wszystkim "ja", to myślę, że mnie tak uderza, "związek" też jest jakąś formą ja (pomnożoną przez dwa, takie ja i ty, ja dla ciebie i ty dla mnie?), może jednak jakoś mnie to razi, skoro w ogóle to dostrzegam, zresztą moje związkowe ja też jest przecież dominantą planów na dziś, na jutro, na wakacje. 

no oprócz tej linki. linka jest moim jutrem. linka ratunkowa.

wtorek, 29 lipca 2014

update.

[somehow] i'm [kind of] happy here, on island. 

somehow, cause it's not exactly what i'd described if i were to describe happiness.

kind of, cause most of the time i don't look like happy person.

but there are moments when i truely laugh, moments when i truely feel something, kind of care, which is somehow nice. 

of course there is whole bunch of things which drive me crazy, but still i get something here what i would not being anywhere else, so all in all, as usually since pretty long time, it's worth it, (you know).

and yesterday i thought about piaseczyńska and it was so foggy in my memories, like it would have never existed. neverland.

and i already know it would be hard to get back to the previous state of living (no, not life. living).

wtorek, 22 lipca 2014

connections.

przebłysk poczucia łączności z wszystkimi ludźmi, których kiedykolwiek poznałam. technologie czy metafizyka.

kiedy młody Zygmunt mówi o wiecznym stanie wyjątkowym myślę: panie, wpadnij pan do T-rex, u niej permanentne napięcie, wpadnie, wydrze jakieś słowo, pracę mamy Syzyfa, trzy razy wyjąć każe i trzy razy włożyć to samo w to samo miejsce, bo coś jej się nie podoba. a nawet nie tyle, ze nie podoba, co nie jest tak jak przecież powiedziała. a piać od nowa jak powiadamy, ponoć z ruska.

administracja kafkowska. w ogóle kafkowsko. a babuszka franza.

piątek, 11 lipca 2014

na +.

1. Fizycznie to naprawdę miłe pracować. Oprócz zmęczenia jest też takie nieporównywalne do biegania/basenu/czegokolwiek uczucie pracy wszystkich mięśni, tego, że nabiera się sprawności  i pewności w ruchach.

2. Nikt, przez jakieś 15 godzin na dobę, nie może mi niczego nakazać, zakazać. Sama decyduję co jest na obiad, a nawet - póki co - o której wstaję.

3. Mieszkanie z N. - podoba mi się. Pewnie będzie mi się ciężko potem odzwyczaić od spania na jednym materacu codziennie.

4. Mam czas na czytanie (i gdybym miała bardziej sprecyzowany pomysł i więcej samozaparcia do siedzenia w nocy: nawet na pisanie).

5. Oddzielenie miejsca pracy od miejsca zamieszkania. Nawet te 200 metrów robi różnicę: wracam to wracam, nie zejdę zaraz dla rozrywki poobierać mrkv.

niedziela, 6 lipca 2014

wspólny mianownik.

"Noce są najgorsze. udręka bezsennego leżenie obok osoby, której się pożąda i w której nei sposób wzbudzić pożądanie, gdyż nie ma metody, by się do niej przebić. Jedno obok drugiego. Albo na boku, jak łyżeczki. Uwaga, nie dotykać! [...]

W ostatnich dniach kilkakrotnie ledwie powstrzymałam się od tego, by chwycić ją za ramiona i potrząsnąć. Mam ochotę ją spoliczkować - nie po to, żeby ją unicestwić czy zniszczyć (ta intencje przyświeca jej kuksańcom i szturchnięciom, które mi wymierza), ale by zmusić ją do tego, by zwróciła na mnie uwagę, choćby nienawistną, i by skończyć z tą idiotyczną sytuacją, w której nasze serca i ciała są od siebie odwrócone".

"W każdym związku jedno z dwojga gra rolę kronikarza".

"Dla mnie miłość to sprawa postanowienia: jak się zakochałam, to się tego trzymam. Zawsze jestem dobrze poinformowana". 

_

S.S. - wpisuje się do mojego kanonu nieracjonalnych faworytów. Jak V.W. - kwestia gustibus a nie techniki, stylu, epifanii literackich, whatever. To nie Marcel, to nie Mann, to nie Kafka, których po prostu każdy zdolny do czytania człowiek musi szanować i nie da się nimi nie zachwycać, ich - nie bójmy się tego słowa - kunsztem. 

To bardziej kwestia jakiegoś tam współodczuwania lebenslaufu. 

Czyli o tym co u mnie opowiada mi S.S. O tym co u mnie dowiaduję się z .mobi. I wolę zostać w literkach, niż patrzeć na siebie bez tego lusterka odbić ad infinitum w przeszłość ducha L-dziejów, powielonych schematów fabularnych naszych historii, niż zerknąć na siebie bez żadnej soczewki. 

__

Bo bez soczewki wygląda to mniej więcej tak:

- $.$
- <333
- $.$
- <333. <3?
- :/ ?
- :<
- -.- -> $.$!
- oook.

piątek, 4 lipca 2014

no surprises.

wszyscy, którzy odchodzili: odeszli.

miałabym cokolwiek, żeby się napić, to bym się napiła.

kolejna osoba, która nigdy się nie dowie, jak była dla mnie ważna.

[pieprz się bóg, mam nadzieję, że nie istniejesz]

niedziela, 15 czerwca 2014

systematyzacja.

pisanie systematyzuje myślenie. zatem:

1. przysięga - ostatnie zaklęcie w odczarowanym świecie?

czyli pomyślałam o tym temacie zanim to stało się modne. gdybyśmy byli w Krakowie... - chcielibyśmy przysięgać na Boga.

2. ruda wariatka, elfi wyraz twarzy, szeptucha, wiedźma, czarownica, co tej pani dolega?

pierwszy raz w życiu widziałam twarz o tak abwechslungsreich mimice a zarazem bez wyrazu twarzy. uśmiech szaleńca, spojrzenie czarownicy. brokat srokat ozłacający teksty, które są z dna.

[wymiana zdań z perkusista, coś się pomieszało, pokrywa to śmiechem szaleńca i mówi]: actually this song fits... - oh, I think I'm breaking down again // oh, I think I'm breaking down - no tak, śmiech jako strategia przetrwania, sweet to see it on stage. 

bo ja w sumie po to chodzę na koncerty, żeby zobaczyć twarz, żeby zobaczyć mimikę, żeby skonfrontować. i po wczoraj dużo we mnie współczucia dla F., bo chyba mało kto słucha jej serio enough. chyba zasługuje na słuchanie jej raczej jak poezji śpiewanej, niż jako brokat srokat.

i jest w niej coś wspólnego z patrickiem, chciałabym usłyszeć jakby razem zaśpiewali jakąś złotą nutę.

3.  nie umiem nazwać uczucia sprzed chwili. ledwo pamiętam jej twarz, nie mam żadnego konkretnego wspomnienia związanego tylko z nią, po prostu byłyśmy ze trzy razy przez dwa tygodnie w tym samym miejscu w tym samym czasie, była starsza jakieś 4 lata, wtedy to było bardzo dużo, kiedy ja miałam 11, ona 15, to było dużo, nie wiedziałam, że była w warszawie, nie poznałabym jej na ulicy, nie myślałam o niej, chociaż pamiętam imię i nazwisko, i że była bardzo chuda i raczej nic więcej, niewiele, i nagle fejsbuk mówi mi, że nie żyje i dziwnie mnie ściska, chociaż przecież ledwo pamiętam jej twarz i nie umiałabym pewnie jej poznać na ulicy. "it is possible to die", a nieśmiertelni jesteśmy dopóki nam śmierć nie udowodni, że nie jesteśmy, jednak "it is possible to die". 

4. i jeszcze E., która znika 1000 kilometrów stąd, wiem że ja nie mam w tej sytuacji znaczenia, ale nie umiem się odnaleźć w tej świadomości, że ona umiera, nie umiem pogodzić się z tym, że to jest prawdopodobne, że już jej nigdy nie spotkam, wiem, że to nie chodzi tu w najmniejszym stopniu o mnie, mam tego świadomość, ale po prostu nie wiem czy ona wie jak bardzo ważna jest dla mnie. kropka. 

kiedyś, miałam 13 lat, pojechałyśmy renault express na zakupy. trzymałam kierownicę siedząc na miejscu pasażera, nie wiem dlaczego. rozmawiałyśmy, nie pamiętam o czym. kupowałyśmy rzeczy na jej urodziny. bez puenty. po prostu była taka sytuacja. 

nieuchronność. świadomość. nie ma cudów. chodzi po prostu o to, że nawet nie wiem jak przekazać to, co nawet nie wiem dokładnie jak nazwać, bezsensu.

po prostu nie tak powinno być. 

niedziela, 8 czerwca 2014

odwołuję.

stwierdzenie pt. "nauka to takie samotne zajęcie". inaczej. wspólna nauka zbliża. w tej rzekomej odwołanej samotności dużo sprawniej idzie kumpelstwo. niby to wiedziałam, nie pierwszy raz to się tak zdarza, ale zarazem tym razem jest inaczej, zawsze spoko, jestem zadowolona, podoba mi się ten czas i naprawdę jestem zdolna powiedzieć, że czuję się dobrze. 

nie wyprowadza mnie z równowagi przesłyszane "głupie koleżanki", chyba już mi to obojętne. nie przeszkadza mi brak czasu, odwrotnie, brak czasu robi mi dobrze. dobrze robi mi bycie cały czas poza domem, small talki mi dobrze robią, mam bekę, jest super, bez ironii, jest spoko, jeszcze Trybunał Konstytucyjny (z tego wszystkiego to aż sobie sprawdzę jaką większością się wybiera sędziów, a co - już wiem, bezwgl > w ob. 1/2) zrobił mi zagwostkę czy nie przejebać jeszcze roku za darmo, a może w ogóle zająć się czymś innym, nie wiem, zobaczę.

a zachwianie nastroju to pewnie hormony. wiadomo, kiedy się nieregularnie śpi, je w nocy, krótko śpi, wstaje rano i cały dzień wysila głowę nad książkami, to takie jazdy są normalne. i dlatego te okulary, o których ni widu ni słychu, te od spania dokładnie REM faz, to byłoby niebezpieczne. powariowaliby ludzie.  jako i ja wariuje.

btw, niezłożenie przez kandydata na sędziego TK ślubowania równe jest zrzeczeniu się powołania. o co cho z temi przysięgami?

i wpadło mi jeszcze, myśląc o współlokatorkach nie moich (hint), że boją się ludzie, którzy mają coś do ukrycia i sumienie. nie wiem czy to prawda, może za rok odwołam, ale brzmi zajebiście. 

jest super. 

środa, 28 maja 2014

sonett.

The doorbell rang.
intensively, aggressively, irresistibly.
I could not have dared not to open.
So I did.

No surprise. Expected guest.
Tough I thought somebody else would have come –
it was expected guest,
just this guest.

The doors were opened, funny thing, joked, choked, 
the g. came in, stupid joke of mine,
what a drag as we’re swag.

Too much of a smell was is the air,
that  this doors were meant not to be opened,
Mine was only the stupid joke.

poniedziałek, 26 maja 2014

wstyd.

wstyd mi za Europę.

co gorsza, nawet nie mogę powiedzieć, że przynajmniej nie pada. pada.

tak bardzo mi wstyd za Europę.

wtorek, 13 maja 2014

#anderethema

#geschichte wie in film ist was ich brauche um zufrieden zu sein

[tłum.: i don't want realism, i want magic]

#drei dinge welche ich mag uber rennen - macht mir denken uber sommer, warschau in neue licht und satisfaction (everybody says: satisfaction!)

#jetzt ich fuhle dass wir sein in erste schwer moment, welche ist wirklich schwer und nicht nur schwer weil wir haben das schwer gemacht. und dass ist richtig scheisse. 

[tłum: przekleństwo prekariatu, niepewny kapitalizm, hajs się nie zgadza i na dodatek terminy też ssą, więc chyba mogę zrobić aufwiedersehen artes, wir sehen uns nachste jahr?]

#and that it way i like past so much, there is no place for uncertaintity [sic!?]. Ich bin sicher ich hatte diese geschichte.

I to całkiem urocze, zestawienie mojego kultywowania z S. mówiącym: nie mogę mieć jeszcze trochę beki? 

środa, 7 maja 2014

najlepiej rozmawia się nocą.

kiedy mijam te regały zapełnione literaturą dociera do mnie, że proporcja między liczbą wydanych pozycji, które może i momentami są zabawne, może opowiadają całkiem śmieszną historię, ale właściwie niczego nie mówią o człowieku, o jego naturze, o uczuciach (emocje, głupcze) czy tam o czymś ważnym a literaturą, która o czymś ważnym mówi coś ważnego są mniej więcej takie jak między liczbą small talkowych rozmów, w czasie których lanie wody z gęby uprawiane jest z takim wdziękiem, że nawet owszem, powstają bańki mydlane świetnych żartów, a liczbą rozmów, które coś w Tobie zmieniają. proporcja? dysproporcja.

zastanów się ile miałaś w życiu takich naprawdę znaczących rozmów? nawet wliczając te po pijaku, których może i nie pamiętasz, ale swą autentycznością nadrabiają luki w przekazie, nie jest tego zbyt dużo. 

ok, masz rację, te rozmowy mogą nic nie wnosić. mogą nic nie znaczyć, mimo swej wzniosłej tematyki i pięknych słów padających z gęb rozmówców. mimo tego brakuje mi takich rozmów. wkopywania się w głowę, szukania wszystkich możliwych interpretacji, nazywania najdelikatniejszych przeczuć, konstruowania teorii wokół swoich emocji. brakuje mi pytań, które ułatwiają werbalizację, nadają kierunek chaosowi i natłokowi wrażeń. w chuj brakuje mi psychoterapeuty? 

może. nie wiem. nie chcę tak o tym myśleć, jako chorobie. chcę o tym myśleć jako o ludzkiej potrzebie. potrzebie, która sprawia, że W. potrafi podejść i powiedzieć "chodźasiaporozmawiamy". 

zatem czuję się niewypowiedziana, niewypytana, niewyrozmawiana, niedoinformowana, nieinteresująca, niegodna uwagi, a moja potrzeba czuje się nieodwzajemniona. a im bardziej tak się czuje tym mniej chce mi się próbować to zmienić. nie chce mi się dobijać, dopraszać, domagać, dopominać. i przestaje mi się chcieć dopuszczać. 

#karma #ironialosu #szeregświadomychwyborów #ludziesieniezmieniaja

czwartek, 24 kwietnia 2014

1000.

Whatever I feel for you you only seem to care about you, is there any chance you could see me too? Is there anything I could do just to get some attention from you? 



przechodzą mi przez głowę myśli o różnych historiach, takie historie z serii a imię moje czterdzieści i cztery, stare (dobre) historie, myślę sobie "no, no, jak to się było działo?", nawet nie do końca wiem o co mi chodzi, chyba trochę o takie zachowania, jak rysowanie, chyba najsłodsza rzecz, którą mi kiedykolwiek kto zrobił, albo jedna z dwóch, takie rzeczy, to jest część 90% potrzeb. taki telefon na przykład, który odbieram i słyszę "stęskniłam się" i myślę, hej, to miłe, ale to nie ten numer, to wszystko mnie trochę wkurwia a najgorsze jest to, że zamiast być wkurwiona, to dzwonię i po raz milijonowy próbuję usłyszeć dobre słowo, a słyszę samą zadaniowość i pragmatyzm, i uznaję oczywiście priorytetowość zadaniowości i pragmatyzmu, ale nie czuję się dobrze ze sobą dzięki tej historii i jestem zmęczona a zarazem ufam ale bardziej sobie, bo w sumie to o co mi chodzi, skoro przecież nawet nie ma opcji przestania, kiedy nie zaczęło się, a końce znam już na wylot, wiążę koniec z końcem... a zaczęłam od tego, że mi się przypominają dobre historie i myślę sobie "jak to możliwe, że mi się takie rzeczy przydarzyły i dlaczego nie może to tak zadziałaś" i to pytanie retoryczne na wskroś, bo  wiem dlaczego nie. keep calm and 1000. 

czwartek, 10 kwietnia 2014

sprawdziłam.

przegrałam. szkoda, dobrze wiedziałam jak zainwestować 50 000. nie szkodzi, napiszę lepszą sztukę. szkoda, nie jesteś sarah kane. nie szkodzi, przecież dopiero od 15 miesięcy nie nienawidzisz teatru. szkoda. patrzę i widzę jakieś magiczne roczniki 1977, 1983... Btw, gdyby oni byli sarah kane już by nie żyli. Czego ja bym chciała. Pięć napisanych sztuk, laboratoria dramatu, nagrody... Można? Można. Nie jestem pisarzem.  Nie robię tego dobrze, to to robi pisarza. Klejmoklepcą jestem, to można robić źle, no i robię. Źle. 

Jestem potrzebą TU I TERAZ bycia kogoś, kto mi powie, że nie szkodzi. W sumie nie, bo szkodzi, a nie chcę takiego kłamania. Nawet lepiej, żeby nic nie mówił. Żeby mnie głaskał i żebym się nie czuła przegranym. 

Kurwa mać, to żenujące, ale byłoby spoko się poczuć ważną. Nawet nie tu i teraz, tak raczej mieć to z tyłu głowy cały czas, że się jest. A nie, że się nie jest. A jeszcze gorzej, że mogłoby się nie być. Na domiar złego jutro piątek. W ogóle. 

Ale jeszcze napiszę coś ważnego. Nieważna osoba mogłaby chociaż napisać coś ważnego. 

Btw nie umiałam napisać: hej, wzięli moją sztukę do drugiego etapu!, a świetnie mi idzie rozwodzenie się nad tym, że nie jest ona w finale. 

wtorek, 1 kwietnia 2014

łaknąć. łyknąć.

my new favourite suicide. właściwie powód jest jeden. kiedy czytam o tym jak wyjaśnia pod-tekst i dokładnie wiem o czym mówi, bo i've been there, to trudno się nie zajarać. wystarczy. 

co ciekawe doceniam to, że nie jestem w tym momencie w tym stanie, w którym byłam czytając ją lipcem i sierpniem. doceniam, bo mogę spojrzeć jak na warsztat krawca literatury, a nie jak na odbicie w lustrze. dystans. 

tak, bo jest ok. gdybym miała powiedzieć co ostatnio mi się podobało, to podobało mi się spotkanie z K. na polach. poczułam jakby zszedł ze mnie ten nieokreślony rodzaj zawodu brakiem takiego wyjątkowego porozumienia, do którego między nami jakoś przywykłam. może nie rozmawiałyśmy symultanicznie, może nie złapała mnie za głowę i może nie było Najlepiej, ale było tak jak powinno między nami bywać, chociaż czasem. ja jestem cierpliwym typem, przynajmniej behawioralnie, i nie łatwo mnie wprawić w ten stan, a jej się udało i dobrze wyczuła moment, żeby to odkręcić, mój przyjaciel to jest mój przyjaciel, ja wiem, tylko nie czułam ostatnio i dobrze to było poczuć, tak tak.

to co mi się nie podoba nadal jest za grubą szklaną szybą. po tej stronie szyby mam niedzielny poranek, weekend na P., spotkania sobotnie, spotkania niedzielne i pod-tekst. 

I parę cytatów, żeby nie zaginęły:

"Myślę, że jeśli ktoś nas źle traktuje, ale robi to z poczuciem humoru, to tak naprawdę można mu wybaczyć". 

"Ludźmi kieruje potrzeba, nie przeszkoda".

[btw, znaleźć "Fragmenty dyskursu miłosnego" w rozdziale o "Oczyszczonych" - bezcenne. Przypomniał mi się 21 grudnia 2013. Ucieczka do buwu i lektura Barthesa. Jak ja wtedy kurwa czułam. Czułam tak, jak wtedy "Gdy traci się siebie, dokąd można pójść? Nie ma dokąd pójść, tak naprawdę to coś w rodzaju szaleństwa". I jak ja Cię nienawidziłam za to, że kiedy ja nie miałam dokąd pójść i w końcu wróciłam, i poszłam do pokoju, to do mnie nie przyszłaś. Człowiek, który zakopał swoją siekierę.]

 "Myślę, że (...) dążyła między innymi właśnie do tego, żebyśmy ponownie otworzyli się na swoje uczucia - nawet jeśli jest to bardzo ryzykowne".

"Myślę, że do pewnego stopnia trzeba przytępić swoją zdolność postrzegania i odczuwania. Trzeba wyłączyć przynajmniej część własnego umysłu, żeby móc funkcjonować. Inaczej pozostaje się chronicznie normalnym w społeczeństwie, które jest chronicznie nienormalne".

Piszę to wszystko a chciałam napisać jedno zdanie: poczułabym Londyn. 

niedziela, 23 marca 2014

swary.

pamiętam ten mechanizm jeszcze z torunia. kiedy toczy się kłótnia, dzwoni telefon, a głos, który chwilę wcześniej głosił pretensje, słodzi. pierwsze wspomnienia wstrętu przed taką dwulicowością tonacji. 

fu!

mówię cioci z Norwegii, że myślałam, że mamy tak samo. a teraz widzę, że nie. że jednak ja mam bardziej na szukanie w sobie rozwiązań, na przede wszystkim szukanie w sobie zgody i akceptacji, jeśli nie potrafię znaleźć zrozumienia. na jednak cierpliwość. bo wiem trochę, że ja też potrzebuję cierpliwości. że mi nie wszystko przechodzi przez gardło i często myślę "jeju, no, przecież tyle powiedziałam (tyle co nic?), to chyba już jasne było"... Ciocia z Norwegii o innym porównaniu, mówi, że myślała, że ja nieszczęśliwa. a ja co, ja znów miałam dobry weekend. i niezły tydzień. 

ha!

tego już nie mówię, ale w głowie mam to postanowienie, żeby nigdy-przenigdy-nie w ten sposób. Ty mówisz kiedyś i może jeszcze powiesz o oczyszczającej roli kłótni. a ja myślę o tym dwulicowym głosie. nie chcę zdradzać powiedzenia "Lubię cię" powiedzeniem nie na żarty czegoś gniewnego. z tej samej japy do tego samego ucha: za duża amplituda tonu. 

no!

plus: odnotowuję. miła niespodziewanka. gdybym zbierała dobre myśli do słoika na nowy rok zapisałabym: 

wraz z wiosną przyszła do mnie Buka. spodziewałam się wariatki. nie spodziewałam się gości. wracając do domu po trzeciej poczułam lato. i nawet szarość i deszcz następnego dnia nie zatarły tego, jak miło było poprzedniej nocy. 

back to work. no excuses. niech mi jutro wzejdzie słońce!

wtorek, 18 marca 2014

powierzchnia.

całkiem ostatnio gładka. tak jakbym na wszystko położyła grubą szybę i przemieszczała się po szkle. kiedy spojrzę na dół widzę wszystkie rzeczy, o które z zasady się potykam. ale po pierwsze: są za szybą, która jest równa i gładka. a po drugie: przecież często muszę patrzeć dokąd idę, więc nie mam czasu patrzeć w dół. 

na szybie spędza się czas, nie rozwiązuje problemy. na szybie prowadzi się small talki, nie rozmowy. na szybie kolejne dni szybko, bezboleśnie mijają i już mamy drugą połowę marca. 10 dni temu przestało nawet być mi przykro. 

teoria wyjaśnia część rzeczy spod szyby. albo może usprawiedliwia. trochę za bardzo. kiedy szyba zmienia się w lupę to wszystkie niestaranności i zaniedbania staja się dużo wyraźniejsze. nadal są za szybą. i mogę na nie popatrzeć i pomyśleć:

no, moje gratulacje. chujowo. 

niedziela, 9 marca 2014

liczba pierwsza.

powinnam gdzie indziej stawiać znaki, ale że matki boskie żartobliwe, podwójna aluzja do dzisiejszego dnia, trochę mnie powycinały, to mam ochotę tu coś nakreślić, chociaż sama właściwie nie wiem do końca co się stało.

może to na chwilę, a może to jest jakiś ważny moment, nie mam pojęcia. raczej na chwilę, ale to dziwne, bo prawdę mówiąc, a że tylko prawdę tu mówię, to po prostu mówiąc, strasznie dziwnie się czuję. w sensie zupełnie inaczej dziwnie niż zwykle.

w sensie nie jest mi smutno czy coś, nie, właśnie nie jest mi smutno czy przykro, czy jakoś negatywnie. myślę, że miło spędziłam weekend, jestem z niego zadowolona, właściwie od czwartku po niedzielę podobało mi się moje życie, co w kontekście jednej z poprzednich notek jest naprawdę postępem. i nawet dzisiaj miałam rano moment silniejszej emocji, bardzo ulotnej, ale czystej emocji. także no same propsy, nie powiem.

ale jednocześnie mam poczucie, jakby mi coś oprócz śrubki od noska odpadło wczoraj po drodze. nie wiem, naprawdę nie wiem czy to złudzenie, czy naprawdę coś zgubiłam. 

mówiąc tutaj: jeśli bym to zgubiła, co myślę, że mogłam była zgubić, to nie będę za tym płakać i nie będę tego szukać. byłabym o tonę lżejsza bez tego, taki drobiazg, a ciąży jak cholera. 

niedziela, 23 lutego 2014

weekend.

poczytałam. dużo. byłam na zewnątrz. trochę. napisałam recenzję. jedną.

to nie tak, że miałam zły weekend. to tylko tak, że to wcale nie jest takie piękne, kiedy się ma zawsze rację w swoich przewidywaniach.

i myślę sobie, że abstrahując, to mi się po prostu nie podoba taki sposób traktowania człowieka. bezkompromisowy terroryzm. z terrorystami się nie negocjuje. próbowałam.

nie warto.

poniedziałek, 17 lutego 2014

emytogenny facebook.

czyli humor miałam dobry, dopóki nie wpadłam na świetny pomysł obczajenia face'a i nie zachciało mi się rzygać. niemniej wcześniej humor miałam dobry.

wypad udany, nie powiem że nie. 

tak sobie myślę źle o sobie. że i am not enough. że brakuje mi obojętności. że brakuje mi może cierpliwości. że może za łatwo mnie wkurwić. przede wszystkim, że zbyt poważnie traktuję. że to dla mnie zbyt istotne. że mogłoby się coś zmienić, ale raczej nie zmienia się nic. że kiedy szukam przestrzeni dla kompromisu widzę tylko albo-albo. 

jestem niemalże ciągle zły. z przerwami. czyli może raczej jestem często zły. przy czym raczej na siebie, że czegoś chcę. 

sobota, 8 lutego 2014

coś jest nie tak.

totalnie.

chwila szczerości. nie tak miało być. ale, gorzej, nie tylko nie tak miało być, ale i nie wychodzi inaczej a lepiej. nie szaleję za poniedziałkami, za wtorkami, za środami, za czwartkami, piąteczki są znośniejsze, choć trudne, weekendy są różne. w tej niezachwycającej rutynie trafiają się odmienności, na przykład czwartek w tym tygodniu był bardzo udany, piątek też mi się podobał, ale już na przykład dzisiaj czuję się primo chodzącym not-enough, secundo natrętem (co w jakiś sposób wiąże się z piąteczkowym "no excuses", ale nie do końca), tertio to ten moment, kiedy uderza mnie nie-taczność, ergo dupy ta sobota nie urywa.

po pierwsze kwestia braku bazy, która wydaje mi się kluczowa dla zagadnienia. praca dla bazy usprawiedliwia pracę.

po drugie problem sprawdzania możliwości, które na razie sprowadza się do odrzucania możliwości.

po trzecie poczucie stąpania po niepewnym gruncie. jeśli nie baza, to chociaż poczucie stabilności gruntu. a czuję się bardziej jak w podchodach, w których chodzę jak głupia za strzałkami prowadzącymi do niekończących się niewykonalnych zadań.

po czwarte czuję jakbym nie nadążała - a zarazem wiem, że to wszystko za czym nie nadążam to bardzo ulotne koncepcje. erasmus srazmus, sregia, sraków z kategorii press it down. z kategorii po prostu nie nadążam to pustynia, przestrzeń, mikroskop, rosyjski, praca... Dziesięć koncepcji na spotkanie. Z jednej strony poczucie: dorośnij! Skup się, wybierz coś, do czego realizacji można konsekwentnie dążyć, określ się, to chętnie będę w tym uczestniczyć. Z drugiej strony: przepraszam, nie mam pustyni w kieszeni ani nie wygrałam w pokera, szkoda, że nie chcesz pojechać za miasto na spacer, bo mogłabyś poczuć trochę przestrzeni, ale skoro nie chcesz, a ja nie mam w kieszeni pustyni i nie wygrałam w pokera, to zawodzę.

po piąte chciałabym, żeby przytrafiło mi się coś tak po prostu miłego. miła niespodzianka. to dziecinne, wiem, ale naprawdę mam wrażenie jakbym się starała za trzech a powyższymi czterema punktami dostała non stop po dupie. mam nadzieję, że Tata już tu nie wchodzi, bo nie pozostaje mi napisać nic innego niż: chujowo.

po szóste to wszystko to hormony i biologiczne mechanizmy zachowań człowieka. regularne godziny snu, posiłków i wysiłek fizyczny rozwiązałby moje wszystkie powyższe problemy, bo tak naprawdę wszystko sprowadza się do tego, że najpierw śpię po 3-5 godzin, potem 10, najpierw nie jem przez 12, a potem w przeciągu 5 obfite śniadanie i ciepły obiad. pozostałe problemy są urojone i tak naprawdę jest przecież w porządku. 

wtorek, 14 stycznia 2014

o życiu bez powietrza.

ten frazeologizm "take one's breath away". doppeldeutig. 

bez powietrza w ustach otwartych. bezdech. 

bez powietrze ze ściśniętym gardłem. bezdech.

jedno przez czynność.

drugie często przez brak czynności.

bo te dni niewidzialne mają to do siebie, że dominuje (jaki żart) myśl o tym, jak bardzo nie słuchasz, a już na pewno nie rozumiesz o co ja proszę, co do ciebie mówię. chciałabym wiedzieć jak to wygląda w innych relacjach, ale nawet nie za bardzo mam do jakiej porównywać i kogo spytać. otwarte usta mają tę zaletę, że chociaż przez chwilę wydaje mi się, że mam więcej znaczenia i że trochę ci zależy. ściśnięte gardło ma tę wadę, że jasno widzę, jak bardzo mi się wydaje. 

wtorek, 7 stycznia 2014

if i were a writer.

he knew her too long
and too well
not to know
she will not change

he realized soon enough
that her animal nature
will never be touched
by human thought

that she will never be 
touched by a man
in any other way
than by the way

and his hand on her neck
can break her back
but she is still untouched
her nature stays the same

she knew well
that he waited too long
on his knees to stand
up to her 

untouched by human 
thought nature 
can break
but 

cannot
be broken
cannot 
be moved
cannot
be changed

should be left alone
before will make you
break her neck
in powerless gesture

evolutionary precedent
of human precedence