poniedziałek, 30 grudnia 2013

stan zwiększonego napięcia.

jeszcze? jeszcze.

miałam trzy godziny uśmiech bez powodu na gębie. sms. mina rzednie. myślisz: aha, skoro tak wygląda pierwsza noc, to wspaniale rokuje na przyszłość. 

miałam myśl, że w gronie typów, których lubię i czuję się z nimi dobrze. invited. attending. like. aha, czyli pani by wolała z nią? świetnie, zabawa będzie przednia. ona już to lubi. to jeszcze jest "no nie pomyśli?' czy to już jest prowokowanie wkurwa? 

dwa różne egoizmy. egoizm totalnego monogamizmu i egoizm egocentryzmu w okopach potrzeby przestrzeni. naprawdę staram się patrzeć na to obiektywnie. i widzę gesty czy zachowania wychylające się poza skrajny schemat. i staram się hamować moje odruchy. 

tylko nie rozumiem po co prowokować sytuacje wymuszające ciężką pracę: wpierw press it down, potem werbalizacja w tonacji zracjonalizowanej, przejście nad faktem do porządku dziennego, po to żeby po 36 godzinach od nowa być na etapie press it down. 

tyle by było w kwestii poczucia bezpieczeństwa.


środa, 11 grudnia 2013

trochę działa, trochę nie działa.

czyli wobec pytania o sens i jakikolwiek plan, cel, cokolwiek, głupie życzenie świąteczne, jestem bezradna. po prostu mam mniej czasu, żeby się nad tym zastanawiać. oczywiście jako mistrz kreowania czasu nadal mam go wystarczająco dużo, akurat na te pytania zawsze się znajdzie. ale przynajmniej jest go mniej. na mój utarty szlak z góry zawsze czas się znajdzie. wkurwia mnie oczywiście niemiłosiernie. nierzadko. wkurwiam się oczywiście niemiłosiernie. nierzadko. ogólnie: brak autoidentyfikacji. spójności. antykoherencja. utożsamiam się z sobą w tym wkurwie. jestem sobie jedna. 

idę zobaczyć dymiący skłot. ciao.

[edit] jak na hipotetyczność zagadnienia długo myślałam nad kwestią łuszczycy. to trudniejsze niż HIV. HIV jest prosty. ale wniosek mniej więcej jest taki, że to, co może sprawić, że zniknę to zachowanie. nie łuszczyca. [/edit] 

środa, 4 grudnia 2013

dzień w strefie chilloutu.

głupcze. co było z tym głupcem.

UCZUCIA, GŁUPCZE! tak powinno być.

kultury się zachciewa. 



chciałam pozdrowić Walaska. pozdrawiam.

i chciałam pozdrowić Katarzynę. pozdrawiam.


a także mamę Sebastiana, bo chociaż widziałam ją może dwa razy w życiu, to jej sentencja: "jeszcze tego chce, tylko o tym nie wie" robi mi dobrze.

wtorek, 3 grudnia 2013

proste.

że nie powiem ci nic dobrego nic złego też nie. "powiedz mi coś ważnego." "(...)" dialog teatralny, zaprawdę.

sometimes i wonder who actually needs this whole drama. who starts this conversation. who would like to hear things one's unable to say. 

cioran w głowie. nim siebie czytając jestem totalnie genderelastyczna. 

i prześladuje mnie przed prawem. chichot losu. 

czwartek, 28 listopada 2013

i jeszcze to.

(podejrzanie dużo ostatnimi czasy tu plotę i komciam rzeczywistość). chodzi o pewien wzór. 
(poziom zaangażowania w próby robienia czegoś + ilość wysyłanych w kosmos sygnałów, że chcesz coś zrobić) / brak odzewu ze strony adresatów = współczynnik hurraoptymizmu odnośnie do rzeczywistości

to, że zostawię go takim, bez komentarza, może być odczytywane jako informacja o tym jak oceniam jego wartość. 

plus: nadużywam słowa szczęście ostatnimi czasy, nie nawet jako określenie tego jak się czuję, tylko po prostu, w różnych kontekstach. zwróciłam sobie na to uwagę. przemyślałam. i wprowadzam poprawkę do swoich wypowiedzi, jeśli chodzi o szczęście, jako irracjonalny stan zadowolenia i braku niepokoju, to jego momenty jestem w stanie bardzo dokładnie wskazać do mniej więcej 14 miesięcy wstecz. jeśli zaś chodzi o to, co ostatnimi czasy nazywam szczęściem, to powinnam mówić raczej o momentach, które w zracjonalizowanym porównaniu do momentów, które mogłabym określić jako pożądany stan, wypadłyby pozytywnie. także w razie czego: to to ostatnio określam szczęściem. 

gdybym umiała mówić wielką literą byłoby łatwiej. 

poniedziałek, 25 listopada 2013

redukcja. 65 minut.

od kiedy mniej studiuję czuję intensywniej brak jałowych pogawędek o charakterze teoretycznym i brak mechanizmu pisania na określoną ilość stron. brak w sensie tęsknoty ale i brak, jako poczucie wolności od pewnych form, w które studiując się wpada, a które teraz mnie nie trzymają w ryzach pracy na 15 stron czy prezentacji na 15 minut. więc trochę mi się podoba, a trochę mi się nie podoba takie studiowanie na jednym kierunku. najmniejsza linia oporu. minimalizm. redukcja. 

właściwie ten wstęp potrzebny mi do tego, żeby wytłumaczyć się z właściwej treści tej notki. chciałam napisać o "nancy. wywiad". zrobiłam sobie listę scen, o których chciałabym wspomnieć. pięć pozycji, przy czym piąta dopisana bardziej dlatego, że zrobiłam pięciomiejscową listę, niż dlatego, że naprawdę chciałam ją wymienić. nie napiszę o tych scenach po kolei, nie opiszę przebierania rajstop, które mnie wzruszyło w jakiś sposób swą prostotą i bezpośredniością, nie napiszę o pierwszej scenie tańca przy białej ścianie, na którą padające cienie rzucały obraz pomnożony w kończyny, ani nie opiszę innych scen, które mogłabym opisać. 

Nie muszę, bo nie muszę pisać na określoną liczbę stron. Nie muszę, bo mogę się zredukować do wersów Napiszę to tak:

jego ramiona
 wzruszają  do                                           dotrzymują sobie 
    góry nogami                                                kroku. on trzyma
        obraca wizję                                             ona w lot chwyta 
               spod opadającej                                   poziom
                       mu  grzywki                 kurtki, bluzy, t-shirta                  
                           odwróconej na lewą stronę
                              mierzy w prawo                           
                    powszechnego ciążenia         
                  obowiązuje tylko 
              ograniczenie
         pary
     spodni
 na parę
ludzi

czwartek, 21 listopada 2013

prowokacje.

bardzo zdradliwe słowo. tęcza na placu świętego zbawiciela - prowokacja. spalenie tęczy na placu zbawiciela - prowokacja. debata u dominikanów - prowokacja. kobieta na krzyżu - prowokacja. w sferze publicznej prowokacje. podpuszczanie się, darcie mordy, race i świece dymne. 

domeną sfery prywatnej wygaszony dynamit. nie pozwalanie sobie na emocjonalność, na zaangażowanie w działalność o charakterze nieukierunkowanym na osiąganie wpływów, celów zawodowych, realizację projektów i rozwój kariery. społeczeństwo prestiżu (nawet kanały telewizyjne bywają określane jako prestiżowe, naprawdę). musi być głośno i mnogo. po obu stronach. obu trzech. 

a ja jestem bomba tykająca, dynamit. aktywowany przez nieduży przycisk z małym a. nie ufam tym wszystkim zgrupowaniom. po pierwsze - naprawdę nie dzieje się nic. po drugie - jeśli w ogóle coś może się wydarzyć to w skali 1:1. Jedyna skala umożliwiająca budowę jakiejkolwiek wspólności. Teoretycznie. 

rok temu napisałam coś o tym, że "B. czuwa". Dziś znów, swoją drogą o tyle to byłoby śmieszne, gdyby wcale nie było zabawne, miałam ostatnio taką myśl, mogłabym napisać "B. czuwa". Ja jak widzę, to odwracam głowę, nie chcę patrzeć. A ona po prostu powiedziała, a ja o. Aha. To tak? To ja poczytam. Aha. Ok. Spoko. No i co? No nic, nie?

Podoba mi się taka opcja interpunkcyjna: No nic, nie?, ja i tak nic, no wiesz?, nie chcę patrzeć. 

Ja chcę znaleźć sobie taką osłonkę, jak ta, która mnie otula, kiedy pływam. Mieć na sobie wodny kombinezon nieprzepuszczający myśli o pytaniu "tego, naprawdę?" (elipsa). Kombinezon świętej cierpliwości. 

sobota, 16 listopada 2013

autobusem jechałam.

a to nie wymaga tyle uwagi co rower. można pomyśleć o czymś innym, niż to jakie lekkomyślne i przyjemne jest jechanie z kurtką rozpiętą nieco u góry, tak aby powietrze chlastało w klatę, i czujesz przejmujące zimno w środku i jest ci tak śmiertelnie, ulotnie i wiesz, że umrzesz i to jest na prawdę spoko, wiedzieć, że ty też, owszem, umrzesz, ale póki co chlasta cię po klacie powietrze tnące powierzchnię skóry, jak rozbita szyba rozbryzguje się po niej zimno i jest super, czuć, że żyjesz i wiedzieć, że umrzesz. 

ale pojechałam autobusem. i wtedy, o wtedy, to jest zupełnie inna jazda. pojechałam autobusem i wpadały mi dobre pomysły, a ja z zasady potrzebuję motywacji w postaci Innego, żeby mieć jakikolwiek w ogóle pomysł, najlepiej jakieś okazje, urodziny, srodziny, albo miłość, to wtedy od razu łatwiej mieć pomysł, to jest motywacja, naprawdę. a tutaj, nagle, autobus, pomysły.

i myślałam, że bym zrobiła taki funpage, bo to jest, znane od dawna już w psychologii mazurzej, zjawisko siatki pojęciowej facebooka determinującej postrzeganie, czyli kategorie takie jak zdjęcia na facebooka, polubiłabym to, whatever, bym go zrobiła:

365 rzeczy, które powinny mnie obchodzić, ale mnie nie obchodzą, bo obchodzi mnie tylko czubek mojego nosa.

ewentualnie obchodzi mnie czubek Twojego nosa (czubku, haha), może nawet to by było bardziej adekwatne, ale to jest taka rzecz, do której się przecież publicznie bym nie przyznała, a jednak facebook jest dosyć publiczny, publikuj, wizerunek sieciowy (spójny!, niech chociaż on będzie spójny), anyway, do wątku.

umieszczałabym na nim posty takie jak na przykład:

powinno mnie obchodzić, że jest taki dzień w roku, kiedy część warszawy wychodzi z założenia, że lepiej jest nie wychodzić z domu i nie przeszkadza im, że niepodległość, którą świętują, w ich mikro, prywatnej skali, właśnie tego dnia, właśnie w święto niepodległości, jest gwałcona przez to poczucie, że lepiej z domu nie wychodzić, ale mnie to nie obchodzi, bo obchodzi mnie tylko czubek nosa (bezzaimkowo będzie prawdziwiej).

powinno mnie obchodzić, że uspołecznia się najlepszą szkołę w polsce, odcinając od sprzyjającej nauce atmosfery (bo tu nie chodzi o poziom, tu chodzi o warunki do nauki, o pokazanie możliwości) dzieciaki, których rodzice nie zapłacą 7000 PLN rocznie za gimnazjum, ale mnie to nie obchodzi, bo obchodzi mnie tylko czubek nosa.

powinno mnie obchodzić, że typ z poprzedniej epoki głosi na państwowej uczelni materializm dialektyczny jako jedyną słuszną ideologię, determinantę wyborów politycznych członków określonych klas społecznych, ale mnie to nie obchodzi, bo obchodzi mnie tylko czubek nosa.

powinno mnie obchodzić, że krzysztof może się opatrzyć, jak nie nieopatrznie powiedział nie mój czubek nosa, ale jak to, powinnam powiedzieć wtedy tak:

przeintelektualizowany? pani, to jest holistyczna, artystyczna wizja zadająca istotne pytania, to warto próbować poznać, to warto próbować zrozumieć, bo w tym są prawdziwe emocje, te, które są najgłębiej, te lęki, o których nie mówi się na głos, te obawy, z którymi nie zdradzamy się przed samymi sobymi osobami sobie osobnymi, tak pani, tak jest, to, że on ciągle ciągnie to samo, trochę inaczej może, ale tak naprawdę on ciągnie w głąb, w głąb, i pyta: ale co potem? w co ty wierzysz? czy ty potrafisz tak kochać? czy ty w ogóle potrafisz kochać? dlaczego stąd uciekasz? czy ty potrafisz stąd uciec? czy ty sobie radzisz z tym, jaki jesteś poplątany? czy to wszystko, co jest w tobie stłumione, nie rozrywa ci skóry na dłoniach zimą? wersja robocza, gdybym nie pisała pod wpływem chwili ujęłabym to zupełnie inaczej.

ale nie powiedziałam, bo najbardziej obchodzi mnie czubek nosa, obchodzi mnie tylko czubek nosa.

i powinno mnie obchodzić to, że obchodzi mnie tylko czubek mojego nosa, ale mnie to nie obchodzi, bo to gówno prawda i byłabym naprawdę wniebowzięta, gdyby to on mnie obchodził. 

nie chcę się zmienić w samolubny gen. chcę się starać, mimo, że nie wychodzi, mimo, że to beznadziejna sprawa, mimo, że sztuczki mogłyby być skuteczniejsze, nie chodzi o cel, nie chodzi o to, żeby czubek potrafił się określić w dwóch słowach, chodzi o tę pierdoloną drogę, o to ciągłe magnetyzowanie na nie i na tak, na odsuwam się, bo nie mogę znieść, uciekam, bo nie mogę zdzierżyć, po czym jestę rzepę - a może rzep jest rzepem samolubnym? - i'm on my way. kiedy mam ochotę coś powiedzieć, ale przecież jestem przewrażliwiona i to tylko moim zdaniem, prawdopodobnie, jest nietaktem (nie-tak-t, spoko). 

i właściwie cały czas kręci mi się w głowie od tego ruchu przyciągająco-odpychającego. od tego odrzutu, który mógłby mnie spokojnie wyrzucić z kraju tego, gdzie kruszynę chleba rzucają na ziemię na pożer gołębi.

u mnie? w porządku, tak, w porządku. 

tylko jeszcze nie rozpracowałam w jakim porządku. 

czwartek, 14 listopada 2013

wspólność.

czyli kolejne teoretyczne wyzwanie, na temat którego nie mam nic pozytywnego do powiedzenia. 

bo zaczynam odnosić wrażenie, że powolutku udaje mi się dobrze bawić we własnym towarzystwie. nie pytam piąty raz, cztery wystarczą, sama pójdę, też spoko. momentami. ale jednak.

i nie jestem pewna czy mi się to podoba. 

oprócz tego totalnie się autocenzuruję pisząc tu cokolwiek, więc piszę, bo chcę coś z tych tygodni zapisać, jakieś drobiazgi, które de facto umiarkowanie mnie zajmują. o tym co mnie boli nie ma co, bo niezmienne. o tym co mnie cieszy nie ma co, bo się wyda. o tym co mnie wkurwia nie warto, bo to to samo, co to co boli. o tym co mnie uśmiecha... o nie, to już dopiero jest żenujące. 

ale jeśli miałabym jednak coś od siebie bez autocenzury, to napisałabym: syndrom wewnętrznego poczucia konieczności permanentnego obniżania oczekiwań. 

poniedziałek, 11 listopada 2013

obecny, obecna.

poteoretyzuję trochę, skoro tak dużo się dziś działo, a wiadomo, naprawdę nie dzieje się nic.

obecność nieobecna, ta, kiedy wiesz, że zawsze możesz się odezwać, z nagłymi telefonami i wiadomościami zupełnie oderwanymi od rzeczywistości. obecność, z przyzwoitą, lecz niewymuszoną frekwencją niezależną od innych zmiennych. obecność sinusoidalna, czyli kiedy jej nie ma, to nie ma, ale kiedy jest, to jaka ona jest. obecność epizodyczna. zostaje po niej to pytanie: "jakim cudem ja z tą osobą, na taki temat?". permanentnie przepracowywana obecność. nieobecność bez historii i nieobecność z historią. 

do tego nie ma schematu, to tego nie ma systemu. bo niby jaki może być system, kiedy dochodzi milion kanałów komunikacji. i nagle nieobecność z historią coś zakłóci, obecność sinusoidalna jest niby nadal down, ale jakiś kanał nadal wrze. i tyle, i jedyne co można zrobić, to być tak totalnie post, że aż latour i zacząć od opisywania tego czy przy kimś jesteś zabawnym człowiekiem, czy bywasz, czy może w ogóle wam nie do śmiechu. od tego jak trzymasz ułożone nogi, kiedy siedzicie obok siebie. a jak dłonie. 

nie nastawiać się na scenariusze. nie wierzyć w model. ciągle rewidować swoje wyobrażenia przez konfrontację z rzeczywistością. dać spokój teorii, ona nie ogarnia, zająć się praktyką. dawać sobie więcej szans i okazji, mieć tony cierpliwości do braku prawidłowości. jeśli chodzi o relacje to chcąc nie chcąc wszyscy są chociażby minimalnie interakcyjni. więcej wczucia i wyczucia, 

tak mi dopomóż.

[telefon w samą porę]

wtorek, 29 października 2013

WTF?

no przecież zajebiście, przecież nawet wiosna jest za oknem, naprawdę zaprawdę.

więc pomysły mam dwa. albo ktoś się bawi moją laleczką voodoo, albo świat zaczyna się kończyć od naszych głów. 

środa, 16 października 2013

sztuka mówienia

wielkie słowa małą literą nie rażą aż tak jak wielkie słowa powiedziane, nawet jeśli nie głośno, to na głos. 

sens. ważne. priorytety.

prioryte-ty.

ludzie, do których mogę przyłożyć głowę.

praca nad zrozumieniem, uczucia, bycie dla, leżenie do.

słowa jako tworzywo.

poniedziałek, 7 października 2013

ja mam czas.

a kiedy ja go mam to to miasto wydaje mi się też jakieś takie. na spowolnionych obrotach. nie do końca się w nim takim odnajduję, nie do końca się odnajduję w roli osoby, która ma czas. ale uczę się wybierać, codziennie co na tak, a co na nie. bo naprawdę niewiele muszę. a całkiem wiele mi wolno, kiedy tak powoli sobie dobieram sposoby na spędzanie jednostek godzinowych. 

i kiedy dziś tak po prostu prosto stanęłam, bardzo naturalnie, czułam się dobrze. może M. by zrozumiała o co mi chodzi, kiedy przed cały dzień, a właściwie od trzech dni, myślałam o tej chwili raz na jakiś czas. konfrontacja z widmem siebie sprzed półtora roku, na dodatek odbitym od spojrzenia - po takim półtora roku jak ostatnie nawet na odbijającym się zostawia refleksy. chyba po prostu sprostałam. z wzajemnością. 

co do meritum: jestem o-ly a-ed (czyli idealnym materiałem do sprawdzenia, jak będą pracowały pojęcia weberowskiej racjonalizacji czytanej przez eliasa, który przecież czuł na karku oddech maxa, bo minęli się na tym świecie o jedyne trzy lata). 

czwartek, 19 września 2013

bez zbaczania

poza wszystkimi znakami zapytania, które wirują mi wokół głowy, kiedy zostaję sama, i dotyczą pytań, na które odpowiedzi raczej nie są w moich rękach, lub ewentualnie mogę je tylko delikatnie tykać opuszkami palców, nie będąc właściwie pewna czy przypadkiem nie zepchnę ich w ten sposób z właściwego toru jest jedno, na które mogłabym spróbować sama sobie odpowiedzieć. skąd to zaufanie, które mam do samej siebie? nie do czynów, ich nie jestem jeszcze pewna. ale do tego, co w środku i tego, co mieści się w kategorii "don't do that!". zaufanie do własnej gotowości. zaufanie, dla którego nie byłoby łatwo znaleźć podstawy w doświadczeniu. irracjonalne zaufanie do stałości tej zmiennej. 

nie wiem. oczywiście, że nie wiem skąd ono się bierze. ale jest, swoista pewność siebie. i brak mi na określenie jej innego słowa niż po prostu zajebista.

niedziela, 8 września 2013

when i'm wiser and i'm older.

czyli: the time is now. bo było najlepiej, bo jestem pewna K., bo niesamowitość, nieopisywalność, bo tak.

mam siłę i na scenariusz, który dobrze znam, i na scenariusz, który równie dobrze znam. mam siłę i na happy ending i na po prostu the end.

a przynajmniej tak mi się wydaje.

wtorek, 9 lipca 2013

wakacje z krzysztofem.

i billem.

zupełnie inaczej się czuję niż miałam się czuć. bezmyślność i zmęczenie mi w tym roku nie w smak. sprowadzenie się do ciała mi nie w smak. zbyt wiele mi brakuje.

ale leci. dzień za dniem.

czwartek, 27 czerwca 2013

dlaczego naukę prawa warto zaczynać od historii.

dlaczego w ogóle warto zaczynać od historii. nastrój nietęgi. wpadam na pomysł: przyjrzę się sobie sprzed roku, sprawdzę czy naprawdę to jest tak, że gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę czuć pustkę w pokoju w wyniku braku Kai, że będę brać ze sobą czapkę Katarzyny, że będę prosić Paukę o zaopiekowanie się Kalą, która będzie spać na moim łóżku, wyładowanym moimi rzeczami, że zobaczę w Warszawie nieskończoność, że będę mówić "o, jak dobrze, że teatry mają sezon ogórkowy, nic mnie nie ominie", że będę ściągać przed wyjazdem przedstawienia, że będę myśleć o tym, że totalność zawdzięczam zaufaniu do Katarzyny, że będę pakować minimum, bo jest plan wakacyjny... to bym nie uwierzyła.

czytam więc siebie sprzed roku. i, prawdę powiedziawszy, gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że będę mogła napisać dokładnie te same zdania, które rok temu - też bym nie uwierzyła. dokładnie rok temu, o tej porze, pijąc w piasko perłę, próbując mieć swoje pięć minut (właściwie myślałam wtedy o trzech, ale wiadomo, czego się dla frazeologizmu nie zrobi). 

tyle jeśli chodzi o słowa, które mogłabym zapisać. w pozostałych dziedzinach życia to do siebie kieruję zdziwione spojrzenie, looking back on this year, parafrazując jedno z tych zdań, które mogłabym przepisać: "you had no idea...". 

tak, nowe historie warto zaczynać od historii.

środa, 26 czerwca 2013

trzy lata samotności.

razi mnie to mówienie 'szkoła', bo ja bym chciała studiować a nie się uczyć. ale w tym roku się uczyłam. mimo najlepszych chęci studiowania (może z wyjątkiem pomocy rozwojowej, którą studiowałam). podsumowanie na własny użytek trzech lat studiowania (uczenia się), dlatego samotności, bo w tej drodze przez teksty, książki i kserówki (i, niech będzie, skrypty), każdy jest sam, o czym już ostatnio żem rzekła. zatem: po trzech latach, na trzech kierunkach, bez żadnego dyplomu, chciałabym podsumować ten okres. i chciałabym pisać tylko dobrze, bo krytykowałam i wkurzałam się przez cały ten czas. zatem: plusy nauki - podsumowanie.

1) pierwszy rok: wykłady z hsmu, poranki piątkowe, za każdym razem wydarzenie, stworzenie sobie legendy, która okazała się mitem, ale która wówczas była dla mnie ważna. wycieczki na basen na banacha. wykłady z ekonomii, dające tysiąc okazji do wybuchów głośnego śmiechu. brak sesji zimowej. pierwsze zajęcia na artes: zetknięcie z kochanowskim, z wróblem, z lederem. niesamowite wykłady paczowskiej. porażka na egzaminie z hsmu - a, miały być plusy... - zatem egzamin u paczoskiej oraz okupiony ogromnym wysiłkiem egzamin z dyskursu politycznego rzeczypospolitej obojga narodów. a przede wszystkim: zajęcia z zoją. od pierwszych, do ostatnich, każde miały swój klimat, każde były wyjątkowe, a all in all doprowadziły mnie do pomocy rozwojowej jako formy neokolonializmu, bo były pierwszym zetknięciem z "zagadnieniami cywilizacyjnymi w perspektywie postkolonialnej:". 

2) rok drugi: prawo międzynarodowe, zarówno wykłady jak ćwiczenia: kolejne "pierwsze zetknięcie". pojawia się śpiewak, pojawia się obirek. najlepsze pod względem tekstów do tej pory zajęcia z "filozofii o literaturze" (oczywiście z egzaminu 3, ale miało być o plusach...). przede wszystkim zaś pojawia się bucholc i najlepsze zajęcia w czasie całych studiów. egzamin, w czasie którego tworzę tak dobry koncept, że do dziś jestem z niego zadowolona. a przede wszystkim "przeszłość i tożsamość": semestr naprawdę dobrych zajęć, w świetnym składzie, z pięknym zaliczeniem. wystąpienie o roli przedmiotów w mojej rodzinie wygłoszone do jednego widza/słuchacza. drugi semestr, naukowo jałowy, a że tylko naukowości podsumowuję, to na tym skończę, nadmieniając jedynie, że takiego przebiegu sytuacji z prawem się nie spodziewałam, a dzięki niemu po raz drugi: brak sesji. 

3) no i domknięcie bez tytułu: dobre zajęcia z "antropologii postsocjalizmu", znów dobra ekipa, dobre dyskusje, dobre teksty. wykłady z "organizacji międzynarodowych" i namiastka, może 5% zachwytu z pierwszego roku. może w sumie 3%. ale usprawiedliwione innymi płaszczyznami życia, których przecież nie podsumowuję. urocze wykłady z "kultury języka polskiego". lektury czytane na seminarium z waśkiewiczem. a przede wszystkim fenomenalna "lektura tekstu artystycznego": zajęcia z rutkowskim i ze stępniem, praca pisana do stępnia, tłumaczenie atwood - wraz z "klasycznymi ideami socjologii" najlepsze zajęcia jakie w czasie tych trzech lat miałam. do tego licencjat ze stosunków, który, kiedy teraz na niego patrzę, kiedy już nie chce mi się rzygać na jego widok, wiem, że jest dobry. 

w liczbach, bo zawsze bardziej do mnie przemawiają: 365 ectsów. ok. 400 stron prac pisemnych. 4 sesje. 

w odczuciach: było warto. a przede wszystkim: tak miało być. z tekstów myślę, że największe wrażenie deleuze o prouście. adorno o schonbergu przypominany sobie w kontekscie "doktora faustusa". wiara w wykresy u lacana - zawiedziona. kompleksowo: teksty na "przeszłość i tożsamość" oraz teksty na "antropologie postsocjalizmu" i "freak-humanistykę, czyli humanizm w dobie antyhumanizmu" i seminarium z waśkiewiczem.

z czego jestem zadowolona? z zajeć o literaturze. z kontaktu z prowadzącymi na artes. z tego, że nie miałam żadnej poprawki. z tego, że eksperyment tegoroczny zakończył się sukcesem w dziedzinie czarów. że wykorzystałam te trzy lata na studiowanie (i uczenie się) i że mogę od przyszłego roku spróbować czegoś innego. nie oszukujmy się, od czterech lat (od dziewięciu?) dużo się uczyłam. a to takie strasznie samotne zajęcie.

piątek, 14 czerwca 2013

miejsce, gdzie mnie nic nie czeka.

wysiadłam. ruszyłam, bo byłam zbyt zmęczona, żeby czekać. ta satysfakcja z bycia wychowana w jednym z najpiękniejszych miast w Polsce. to miłe uczucie. zobaczyłam nowy most, o którym od kiedy pamiętam jest głośno i o którym zawsze można pogadać z taksówkarzem. minęłam stary most i na ślimaku getyńskim pomyślałam o Kindze. Idąc koło ogródka byłej Wiczy pomysłałam o tym popołudniu z Gosh i Elizą tam, o tej rozmowie na szybko o całym roku, o tym, jak Ola podeszła się pożegnać przed Valencją.  Poszłam dalej, przeszłam pod otwartymi oknami Kierysa i pomyślałam o patencie oficerskim z podpisem Piłsudskiego na jego ścianie, o tamtych emocjach, kiedy wchodziłam do niego. Nie pamiętam klatki schodowej, średnio pamiętam mieszkanie, pamiętam, że był ten patent. Idąc obserwowałam stojaki, które się pojawiły i przypięte do nich rowery, myśląc, że niedługo to się z mojego miasta jakieś Louven zrobi. Miasto uniwersyteckie, rowery, dużo ogródków. Minęła mnie mama Ani Flejszar, uśmiechnęłam się, nie poznała. Minęła mnie Martyna, nad której nazwiskiem zastanawiałam się idąc dalej. Tyle wspólnych dni w świetlicy, a ona mnie nie poznała, nie szkodzi, ja nie pamiętam jej nazwiska. Cały czas, kiedy mijali mnie starzy ludzie, bałam się, że to będą moi dziadkowie. Minęłam mamę koleżanki, a może to była kuzynka, Dominiki Kulęgowskiej. Dlaczego ja pamiętam te nazwiska i te twarze, dlaczego ja nie pamiętam tego nazwiska tej Martyny, jak ona się nazywała nie da mi to spokoju no nie! Jak zapominam, dlaczego ja zapominam, weszłam do domu, wyszłam z domu i pomyślałam znów o Kindze, bo przechodziłam przed jej byłym domem, poszłam dalej, na widok dworca PKS pomyślałam o mkf. Napisałam do niej, idąc, maila, nie wiem po co nie odpisze nawet jeśli odpisze to i tak nie napisze co tak naprawdę u niej, przecież ludzie nie piszą takich rzeczy w mailach, a już na pewno nie ona z jej awersją do pisania, nie szkodzi, tak na prawdę nie oczekuję odpowiedzi, chcę, żeby wiedziała, że wyszłam na ludzi, że wychodzę do ludzi, że wychodzę na człowieka, który ogarnia a od września postara się ogarniać lepiej, samodzielniej, odważniej, praktyczniej. Byłam gawędziarzem, opowiedziałam bez kłamstw, tylko z odrobiną przemilczeń, wiele dobrych historii. Bo z perspektywy toruńskiej w Warszawie jest jeszcze lepiej niż jest. 

Dlatego tak trudno tu być, kiedy słyszy się własny głos mówiący o tym jak tam dobrze. 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

tylko żeby nie było.

dwie rzeczy. jedna to poczucie samotności. może to kwestia totalnej inności tej sesji, które nawet jeśli się nie odbywały były czasem nocnego buwingu. tym razem nie. jest domowość. i poczucie totalnej samotności. nie sądzę, żeby to się lączyło. Dobrze mi się mieszka, nawet nie mam potrzeby mieszkania tylko-dla-siebie-na-chwilę. może nie mam jej właśnie w związku z tym poczuciem samotności. nie wiem. jest ciało strasznie zmęczone. od czytania najbardziej bolą łokcie i nadgarstki. dziś powiedziałam bepowerowi nie (to brzmi dumnie). Styraność. Starość. Samotność.

druga to ten teatr. znów tam byłam (cześć Magdu!). i przestrzeń zupełnie inna, nierozpoznawalna w swej postindustrialności jako teatr. bardzo piękne stare zakurzoności szufladek pomnożonych na ścianie. Piękne, syfiaste szafki, zlewy brudne, podłogo błogosław ten rozkurz (dwie aluzje w czterech słowach, pozdrawiam Mirona). dobrze mi w tym budynku jest, chciałabym tam pracować. nie wiem co miałabym robić, bo nie umiem nic, co mogłoby im się przydać. to trochę jak z p., też byłam miałam uczucie chęci tam pracy.

a skończę za nowym, sterylnym biurkiem, na którym kurz będzie łatwo usuwalny i wyraźnie dostrzegalny w razie jego nieusunięcia.

wracam do "iśćcia". naprawdę, było takie słowo.

środa, 5 czerwca 2013

dni, które zasługują na notkę.

stan jest fascynujący. dobrze go znam, znam mechanizmy nim rządzące, ale za każdym razem tak niesamowicie mnie fascynuje. 

bo z jednej strony tego nienawidzę. tego: nauka, kolejka, egzamin, zajęcia, nauka do rana, egzamin, kolejka, wpis, kolejka, wpis, nauka, wpis, nauka, sen, referat, dyżur, podanie, zaliczenie, zajęcia, nauka do rana, zaliczenie, nauka... z drugiej strony uwielbiam to rozmnożenie czasu. każda sekunda zaczyna mieć znaczenie, jazda autobusem jest chwilą oddechu, albo wiecznością zbyt powolnego przemieszczania się. uwielbiam poczucie gromadzenia wiedzy w tempie przyrostu geometrycznego. lubię te przymykające się powieki, którym trzeba mówić: otwarte! fascynuje mnie to towarzyszące wszystkim tym działaniom poczucie jałowości, bo w czasie takich dni jest ono najsilniejsze, najintensywniejsze, najwyraziściej uwypuklone przez nadmiar aktywności.

i ja w tym wszystkim z naukowym agresorem. z organizacyjnym agresorem. z kpiącą miną w tych wszystkich kolejkach nadużywająca wyrazów, które nie zachęcają do wdawania się w pogawędki. ale zarazem w poczuciem, że więcej się nie da zrobić. i poczuciem samotności, atomizacji, kiedy każdy jeden ze swoimi dwoma kierunkami równie zagubiony tylko w innych kolejkach, w innych papierach, wymaganiach, tematach... 

i przesłuchana w spokoju piosenka staje się dużo bardziej przyjemna. 

gdyby tylko nie te chwile, kiedy chciałabym, żeby ktoś mnie złapał za głowę. i gdyby nie te chwile, kiedy wiem, że mogłoby być dużo lepiej. a to jednak substytut. czy ja tak naprawdę w ogóle lubię się uczyć?

niedziela, 2 czerwca 2013

czas wyrwany z zapętlenia w powtarzaniu zaklęć.

po pierwsze: 

chłopiec w wannie. mówi. mówi, przekręcam, mówi mniej więcej tak: "gdzie ty jesteś? jestem w domu, czekam na ciebie, gdzie ty jesteś?!" i jest w tym tyle bólu. i mówi: "nie brakowało mi ciebie. nie bardziej niż przez całe życie". i taka w tym samotność codzienna. dobrze ubrane w słowa to jak niemożliwym jest bycie razem. takie platońskie połączenie. związki jak te cienie, co one mają w sobie z ich idei.

po drugie:

ten również chłopiec. i krzyk rozpaczającego nad tym: "czy ty nie widzisz jak ja ciebie kocham?". ten chłopiec, który chciał przełomu. który chciałby kochać wszystkich ludzi. ten chłopiec, wam może nie pasować, dla mnie jest ważny. zafiksowany na obdarowywaniu czymś, co nie jest potrzebne, na jakiś poświęceniach, których nikt od niego nie oczekuje. on jest w tym wszystkim ważny, bo on też jest cieniem. 

po trzecie ten brokat, który jest popiołem. 

po czwarte znów, nie umiemy się z tego wyrwać, eros/tanatos. i te zdania, które ujmują: "nie jesteśmy złym snem, który się przyśnił w tym świecie. my jesteśmy tym światem. i dobrze". takie moje: "nie oszukujmy się". nie oszukujmy się, wszyscy mamy z erosem problem. tylko, że to nie jest nic nowego, to od dawna wiadomo, że mamy z nim problem. w sumie, biorąc pod uwagę monolog o dziecięcej love-hate relationship, motyw z "jestem chłopcem i chodzę jak chłopiec", dialog o molestowaniu w dzieciństwie i spojrzeniu chińskiego ojca... to wszystko bardzo - nie, nie wierzę, że to piszę - no niestety, freudowskie. przesycone freudem.

po piąte możliwe, że dlatego, że nowy york nie warszawa. miało być pewnie, miejsce otwarte w dziele, czyli wyobraź sobie pierwszą część, więcej tego krzyczenia z drzwi, tego obrażania, wyzwisk - a zrobiło się psychoanalitycznie, amerykańsko. więc i trauma, zamiast naszej, lokalnej traumy, musiała się przeobrazić w traumę z 11/09. co my o niej możemy wiedzieć. 

po szóste w kwestii kabaretu uznaję dowcipność scen wybranych. 

po siódme wizualność wyrwała mnie z myśli o tym co mam do zrobienia i dlaczego nienawidzę być zależna od ludzi, z którymi trzeba współpracować, chociaż afryka wciągnęła mnie skuteczniej. dziś czułam się bardziej obserwatorem w loży szyderców, który łaskawie spogląda przychylnym okiem na scenę. filmowość i gra kamer niezwykła. bardzo to do mnie przemawia (i nie chcę sobie tego tłumaczyć krótkowzrocznością). szczególnie james i ujęcia z rączki. szczególnie scena doprowadzania do o. na czterech materacach. 

i bardzo lubię poniedziałka. 

a nie, jeszcze dwie rzeczy, techniczne:

1) chciałabym zobaczyć próbę albo przedstawienie, na którym mogłabym siedzieć obok warlikowskiego i zadawać mu na bieżąco pytania o motywacje stojące za takim a innym wyborem, dlaczego to, dlaczego tamto. 

2) chciałabym wiedzieć jakie to uczucie, grać u niego. czy to jest tak, że te role wydobywają z aktorów to co w nich jest, umożliwiają im ekspresję czegoś w nich drzemiącego, czy raczej to nie ma nic wspólnego z ich predyspozycjami. nie umiem dobrze ująć o co mi chodzi. o takie dogranie roli i aktora, na ile ona daje ujście emocjom w aktorze będącym. bo mam takie instynktowne przeczucie, że on to dobrze robi: dobrze wykorzystuje naturalne predyspozycje (powtórzenie) aktorów (kolejne powtórzenie), tworząc dla nich role, dając im do zagrania to, co zagrają dobrze.

i śmiesznie się czuję myśląc o tym, że od jakiegoś czasu oni sobie to ćwiczyli 10 minut drogi rowerem od nas : ) 

kurde no, podobało mi się. inaczej mi się podobało, spokojniej. że lubię poniedziałka już napisałam? (napisałem). wiem, że tak, ale muszę jeszcze raz, bo no, lubię poniedziałka. 

niedziela, 26 maja 2013

cierpliwości.

tracę cierpliwość (wszystko ma swoje granice).

no tak. po prostu tracę cierpliwość. tylko tyle.

mam siebie wkurwioną. i nie chce mi się już gadać.

nie chce mi się tłumaczyć. nie chce mi się small talków.

chce mi się płakać i palić.

wtorek, 21 maja 2013

a co ja myślę?

jest mi smutno. kwestia filtra, przez który oglądasz rzeczywistość. teraz jest ten, który czarno widzi.taki smutek pełen zgody i zrozumienia. bo w tym czarnowidztwie jakoś mi się nie widzi żadne oświecenie.

jak wiem, kiedy czegoś nie ma tego zniknięcie jest niezauważalne. tak mi się wydaje, że może być. i tego mi szkoda. 

jednocześnie wiem, że zaistnienie przerasta. mnie tak naprawdę też. i tylko wydaje mi się, że mogłoby być, bo albo by się potoczyło jak zwykle, czyli koniec końców nie byłoby nic, albo byłoby to niezwykle wymagające. ja lubię, kiedy się ode mnie wymaga. i lubię od siebie wymagać. a kiedy mnie przerasta jest najlepiej, jakkolwiek chaotycznie i histerycznie by nie było. no ale niektórych to przerasta. 

cała ta wiedza jest smutna. świadomość 'lęku przed wpływem' zasmuca. przede wszystkim zaś smuci dysproporcja zrozumienia, wyczulenia na takie kwestie, niedobór krytycznej obserwacji uwzględniającej kontekst. tak, to mnie najbardziej smuci. 

bo ja to wiadomo, prędzej czy później i to raczej prędzej niż później, sobie zracjonalizuje. a tkwienie w impasie (tak, trochę się chociaż na płaszczyźnie zrozumienia, skoro już nie czynów, ruszyłam) jest najmarniejszą z marności. 

a pewnie to wszystko przez to, że jestem pierwszy niecierpliwy. ale drodzy państwo... 

wtorek, 14 maja 2013

meczyk.

rozegrano całkiem udany meczyk.

a teraz wszystko wróciło do patologicznej normy i patrzę na to z tego dystansu, wkurwiam się, milczę, wkurwiam się, wkurwiam się na się, się wkurwiam. 

i coraz bardziej sobą gardzę. i za to jak mam, i za to jak zaczynam mieć. ostatnia rzecz, którą gotowa byłabym przyznać, to, że mogę być z siebie zadowolona. 

ale meczyk był przecież grą wartą świeczki. 

im-pasuje.  

niedziela, 21 kwietnia 2013

tak.

ja wiem, że to się sprowadza do hormonów, ale czasem jak rzeczywistość, oczywista rzeczywistość, taka przecież zracjonalizowana do potęgi entej, znana na wylot, wysłuchana, wypowtarzana sobie, przepowiedziana tysiąckroć, bo przecież repetitio est mater studiorum, czepnie, czaśnie po czapie i powie jak to przecież jest, to mimo oczywistości tej rzeczywistości i teoretycznie wysokiego stopnia jej internalizacji, to boli.

zmęczony jak cholera, beznadziejny, bezradny, bezsporny, bez kitu i bez lipy, zwyczajnie zmęczony. a jeśli tak dalej będzie, to będzie coraz bardziej zmęczony. a będzie tak dalej. albo i jeszcze bardziej męcząco. 

wróżę świetlaną przyszłość rozwojowi zmęczenia. komuś czeba.


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

pieprzona nie-dzielność.

wypluwam pełne niepokoju i smutku zdania, po czym łapię się za twarz, bądź cicho. odgrywam jaką scenkę, pół żartem, pół serio, a przecież to tylko środek do wyrażenia zupełnie innych myśli.

primo - i can get no satisfaction. niejaranie się tym co wykonalne, więc nie daje satysfakcji słowo na 'l'. 

secundo - szalka zrównoważona w kategorii pierwszej nie wystarcza do zrekompensowania - 2 w szalce nr 2 i - 1 w szalce nr 3, jak również - 2 (zob.: primo) w szalce nr 4. plus permanentny niepokój zrównoważenia, poczucie ciszy (dosłownie) przed burzą. you never know. 

tertio - (można się nauczyć, a nie dodawać: po trzecie) brak poczucia mocy sprawczej w szalce nr 1 i w szalce nr 2. 

co ja mogę. oko za oko bym oddała. 

i chciałabym żeby mnie za łeb złapano (hej) i ograniczono przestrzennie. jestem totalnie niesamowystarczalna. brak autarkii w zakresie sensu. bez sensu. 

wtorek, 12 marca 2013

marzec 2013.

bywam zbyt pewna tego, że wiem co gdzieś jest, żeby sprawdzić. czasem przypadkiem natknę się na weryfikację mojego założenia. i widzę takie 'marzec 2013'. jak byk. marzec 2013. 

i tak mnie to trzasnęło. trzask. marzec 2013. weryfikacja wyobrażeń. niemalże tak jak poranne: 'byłam, tydzień temu. nie, czekaj. cztery dni temu'. 

trzask-prask. nie martwi mnie taka werfik-akcja. trzask-prask. dopóki nie puf, to wszystko na 'tak. tak. tak'.  jaki by nie był inny ten marzec 2013. wyrywa mnie stąd ten marzec, ale nie dam się mu. skuję się mrozem w okowach kajdan domowego ogniska i nigdzie nie pójdę. pójdę nigdzie. 

ale luz. nie będę 'powiem wam nic'. 

[edit] zasadnicza różnica zawiera się w fakcie, że jesienny dzień z filmem był dniem, kiedy niczego wyjątkowego nie dokonałam. wiosenny dzień z filmem jest czymś na kształt wielkiej wygranej. ile razy jeszcze złoże sobie gratulacje. [/edit]

środa, 6 marca 2013

nie oszukujmy się.

myślałam dalej. przecież jestem mistrzem w przypisywaniu znaczeń. mistrzem nadawania znaczenia temu, co go pierwotnie nie ma. jestem w tym dobra (matt damon mówi mi 'you did damn good'). 

a warto się spełniać w tym, w czym człowiek jest dobry. 

funkcja ludyczna w społeczeństwie, macham cylindrem na rowerze, zakładam obcas i wystawiam fotel. wystawiam się na trzaskania za to całe przypisywanie znaczenia. zgoda, będę nadawać. odwołuję rewolucję - do następnego nieudanego zamachu stanu. 

piątek, 1 marca 2013

miała być pszypowieść o szewcu.

ale poszłam dalej, zamiast wrócić i się bawić w budowanie fabuły, dialogu.

właściwie zawróciłam do tego, co zawsze jest gdzieś z tyłu głowy. językowy obraz rzeczywistości to ładne sformułowanie. ale fakt faktem (też niczego sobie), że jednak  to tylko obraz. 

stąd myśl o tym pierwotnym braku znaczeń. o tym, że wszystko co istnieje (jeśli zaś nie istnieje - tym bardziej) jest pierwotnie nawet nie pozbawione, w sensie odebrania, raczej ze swej natury po prostu go nie ma, znaczenia. i jak miło się żyje, kiedy to znaczenie się pojawia. jak lubi się tych ludzi, którzy je nadają. jak przyjemne się żyje, kiedy masz to złudzenie znaczenia. 

a kiedy mija zastanawiasz się kiedy wróci fikcja sensu zamiast automatyzmu. w sumie starasz się jakoś ją odtworzyć, przecież to takie miłe uczucie. 

trochę się kitram (lub to słowo, przecież lubisz to słowo, uciesz się nim). maskarada kamuflażu. 

czwartek, 14 lutego 2013

puf.

na słownik zasługują pufy. anyway, nie o tym. w słowach okrężnych parę ziaren. fragmenty może nawet przemówią do pamięci. problem zacznie się tam gdzie zwykle czyli od nadmiaru 'zarazem'ów, 'jednocześnie'ów i tych wszystkich kolejnych 'stron'. odwiecznie ten biedny Fiedia, dziś jego dzień, pozdrawiamy za zdanie 'bo nadmiar świadomości proszę państwa to prawdziwa choroba'.

1. za niezdolność rewizji swych wizji. za niemożność przyjęcia treści ze źródła innego niż to uznane za niemalże objawione. za słomianość zapałów. za poczucie wyższości (maskujące? odgrywane? w mojej głowie?). za zafiksowanie na uniknięciu tego, w czym tkwi (moje odwieczne gratulacje). za niezdolność (brak chęci? potrzeby?) rzeczywistej zmiany. 

2. z drugiej strony: za przenoszenie (hej Sebastian!). za świadomość (a może wcale nie, może wcale nie). za granie kartą, która powinna być czarnym piotrusiem. za niemożność zwrócenia uwagi na uwagi. za to, że mimo wszystko jestem w tej materii o krok do przodu.

1. za to samopogarda, że 'really?'. 2. za to po prostu 'really?'. 

3. za wczorajszy moment zapatrzenia. za przebłysk, że napotykasz rzeczy (przez ciebie) niespotykane. że ani to, ani sio, to nie będzie tak (taaaak). więc zaczekanie niech będzie przeczekiwaniem. i najsilniej odczute to, że jest ta 1. (silna), 3. (fluktuacyjna) dysproporcja zgody na zainteresowanie się. 

entzauberung. bitte. 

sobota, 9 lutego 2013

standardowo.

sama się zaspottuje. standardowo. sobota. 9:00. niestandardowo podwójne,  nie podłużne. standardowo komputer (soboty zawsze były komputerowe). niestandardowo: obłożona książkami (naprawdę miałam powód przyjechać).

tak, jest parę rzeczy do zrobienia, trzeba było wracać. zresztą buw o tej porze roku akademickiego jest najpiękniejszy. prawie brak ludzi (przede mną dwa wolne podwójne, widział to kto jeszcze parę dni temu takie cuda?). prawie brak powodów do wychodzenia na przerwę (tylko ta kawa około 10:00, żeby w końcu złapać rozruch, bo początki zawsze są trudne). 


popatrzyłam. doszłam do jakiś niewymownych wniosków. nawet niektóre przybrały jakieś formy zdań. nawet może je zapamiętam, bo ta dziwność rozumiana jako brak zrozumienia dla motywacji to dużo bardziej uniwersalna kategoria niż kropka otwarta. a zgoda na brak zrozumienia z kolei byłaby kolejną wspólną (omijam bardzo dużo słów, jakby samo "wspólną" było wystarczającym do zrozumienia kluczem, jakby samo "niż" stanowiło wystarczająco wyraźne zasygnalizowanie tego co z czym ja w ogóle porównuję). 

no i tak, no właśnie, no... no tak... to ja sobie zostawię w głowie na jakąś lepszą okazję to wszystko co się spostrzegło. podobno mogę być z siebie zadowolona, także lepiej nic nie mówić, bo zawsze jest ryzyko, że (ja wiem jakie jest ryzyko, kiedy się wypowiada, więc nie muszę przecież dopisać tego zdania do końca). w każdym razie ok, sp-ok-o, oko, sp-ostrzeżenia, zobaczymy. 

piątek, 1 lutego 2013

cytat.

no excuses, cytat, wpadło w głowę, ok, damn right, niech tak będzie, na plus, na plus, kiedy ani nos, ani płuca nie są żadnym usprawiedliwieniem - na plus!

to jeszcze nie koniec, ale to chyba nigdy się nie kończy, bo wykreślanie wykonanego idzie w parze z dopisywaniem nowych wyzwań. to jeszcze nie koniec, ale teraz to już przyjemnie, z tym wszystkim co zostało na i z tylu głowy już spokojnie można się dać oderwać i być znów rozproszoną na wielowektorową życióweczkę, nie zaś całkowicie dać się zwariować temu co to-do (tu-du...du-du!).

więc, od którego nie zaczyna się zdania, kiedy wczoraj wróciłam, położyłam się na łóżku i poczytałam przysłaną przez mamę oli książkę o oswajaniu. trochę po prostu poleżałam, czekając na telefon. ruszyłam się po troszę, pojechałam to tu to tam, bez konkretnego celu, znajdując dziką radość i satysfakcję w samym jechaniu. potem wieczór spokojny, stonowany, analityczny, uroczy w swej niespodziewaności, a zarazem naturalnie wpisujący się w przestrzeń kuchenną. i kiedy rano nie mogłam ogarnąć jak wyłączyć budzik, to i tak nie było wstawanie na mus, lecz wstawanie z poczuciem "ile ja dziś mogę zrobić". i chociaż zgarniam opierdole, a rzeczywistość się do mnie nie uśmiecha, to przecież dziś pierwszy raz od trzech tygodni się pomalowałam, pierwszy raz od dwóch miesięcy jestem niezależna od rozkładu jazdy, a na dodatek  sebastian powiedział, że ten. no, że ten. nie no, nie napiszę tego, ale to miłe do usłyszenia. 

no excuses, to ładne hasło. there's so much to be done. let's do it. 

z przyjemnością. 

niedziela, 20 stycznia 2013

180 stopni.

a to się akurat rzadko udaje, w moim wykonaniu 360 jest częstsze.

zatem: miast chaosu i poczucia bezsensu - jakaś taka konstruktywna koncentracja połączona z poczuciem, że przecież o to chodzi, że miało nie wyjść. mega. 

satysfakcja z odzyskania zdolności do skupienia. satysfakcja z chłonięcia. nawet jeśli niewystarczająco dużo, niewystarczająco szybko - synapsy mi trzaskają spięciami przy intensywnym tworzeniu połączeń. satysfakcja z izolacji, bo to bardzo samotne dni, mimo ich zbiorowości. ale przede wszystkim satysfakcja z realizacji zamiaru: miało właśnie tak być. teraz nie daję się ciszy zwariować. nie daję się wiadomościom zwariować.

i naprawdę ciekawe to są rzeczy, co ja się uczę! CO JA SIĘ NIE UCZĘ, o, to jest pytanie. Prawo bliższości, bardzo życiowe! Funkcjonalny sposób powoływania OM stanowi podstawę dla idealnej analogii do zmian mieszkalnych - boże, jak ja bym chciała o tym komuś opowiedzieć, jaki to dobry pomysł!

A to dopiero początek! I może to nie jest tak, że ja nie mogę spać. Może to jest tak, że tak mi się to wszystko podoba, że mi się nie chce spać. Jest tak, jak miało być. I może nie mówię swoim językiem, ale uczę się nadal tego nienaturalnego mi. Spoko, zawsze spoko.

dopisek bez wielkich liter i bez wykrzykników, bo przemawia zgoda na taki stan, do osoby: z osoby pamięcią, to zanim mnie osoba powie co myśli, to zapomni co tam było i co miała powiedzieć osoba. 

środa, 16 stycznia 2013

w stanie totalnego zakręcenia, kiedy mówię prowadzącym "siemano"

zostało mi uświadomione wprost, że dałam się zwariować. no racja, jak zwykle, tak, jak miałam nie, tak znów tak, dałam się totalnie zwariować. i od dziś, które zaczęłam o 5:00 rano, change. myślę do siebie zdaniami, żeby kontrolować o czym mi się tak myśli. 

w celu obniżenia statystyk - koncepcja. jako jaką postać historyczną widzisz się? jak ja się widzę w życióweczce. najpierw woolf. boże, przecież wcale nie. właśnie nie! może paderewski. nie, nie, też niedobrze. wojskowy? żyd jakiś? 

wilde. oscar wilde. nie szalejesz, będąc delikatną, za tym czarującym skurczysynem. ależ owszem, jednakże tak to się ja widzę w mej najlepszej wersji. 

taksówka podjechała od razu. pomyślnie. kolejki jednej stałej nie zastałam stojącej. też dobrze. druga, też nieobecna, dała czas na napisanie tego właśnie. 8 minut. rewelacja. a miejsce parkingowe podjedzie mi samo pod stopy. 

chociaż imię mi się podoba. od dziś do odwołania, myślę zdaniami (może od razu złote aforyzmy, oskarze?), szpile performatywne wbijam w policzki i będę totalnie wilde. próbować będę. 

pozdrawiam dawanie się zwariować, idzie nam się dogadać.

piątek, 11 stycznia 2013

fuck.

puf i nagle. ups. przeliczam, bo od tego, od tego umiłowania do przeliczania, nie mogę się uwolnić. może to kwestia umiejętności, a nie wiedzy, to co tak w tem przeliczaniu zachwyca. w ogóle to może być kwestia umiejętności. anyway - przeliczam i patrzę na wynik jako na pomnożenie tego puf. pif-paf. 

puf i nagle. ups. naprawdę. ego-i-styczne ups, ale jednak ups. i niemożność od ups się uwolnienia. potrzeba wypowiedzenia, to już tradycyjne. perspektywa, kiedy widzi się z wielu perspektyw, nie sprzyja ustaleniu wspólnej wersji. 

bo i tak, że teraz puf i myślę - aha, czyli całe to puf jest po to, żeby usprawiedliwić swoją bezradność, nieskuteczność, przegraną. zresztą, całe przegranie mogło być motywowane mechanizmem "nie wybaczam sobie". 

że myślenie "nie zasługuje" jest łatwiejsze, bo zwalnia z obowiązku próbowania. bo myślenie "nie wybaczam sobie" zwalnia z obowiązku zmiany, bo przecież i tak już sobie nie wybaczę. i tylko można zawiesić działalność. 

fujka mazur. to już łatwiej ogarnąć emocje. one są jasne. tak jest tak, nie jest nie. kiedy analiza i interpretacja, i analiza, i interpretacja, i jeszcze analiza i interpretacja - to nie ma tak, tak jest na nie, albo i nie ma nie.