czwartek, 14 listopada 2013

wspólność.

czyli kolejne teoretyczne wyzwanie, na temat którego nie mam nic pozytywnego do powiedzenia. 

bo zaczynam odnosić wrażenie, że powolutku udaje mi się dobrze bawić we własnym towarzystwie. nie pytam piąty raz, cztery wystarczą, sama pójdę, też spoko. momentami. ale jednak.

i nie jestem pewna czy mi się to podoba. 

oprócz tego totalnie się autocenzuruję pisząc tu cokolwiek, więc piszę, bo chcę coś z tych tygodni zapisać, jakieś drobiazgi, które de facto umiarkowanie mnie zajmują. o tym co mnie boli nie ma co, bo niezmienne. o tym co mnie cieszy nie ma co, bo się wyda. o tym co mnie wkurwia nie warto, bo to to samo, co to co boli. o tym co mnie uśmiecha... o nie, to już dopiero jest żenujące. 

ale jeśli miałabym jednak coś od siebie bez autocenzury, to napisałabym: syndrom wewnętrznego poczucia konieczności permanentnego obniżania oczekiwań. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz