środa, 5 czerwca 2013

dni, które zasługują na notkę.

stan jest fascynujący. dobrze go znam, znam mechanizmy nim rządzące, ale za każdym razem tak niesamowicie mnie fascynuje. 

bo z jednej strony tego nienawidzę. tego: nauka, kolejka, egzamin, zajęcia, nauka do rana, egzamin, kolejka, wpis, kolejka, wpis, nauka, wpis, nauka, sen, referat, dyżur, podanie, zaliczenie, zajęcia, nauka do rana, zaliczenie, nauka... z drugiej strony uwielbiam to rozmnożenie czasu. każda sekunda zaczyna mieć znaczenie, jazda autobusem jest chwilą oddechu, albo wiecznością zbyt powolnego przemieszczania się. uwielbiam poczucie gromadzenia wiedzy w tempie przyrostu geometrycznego. lubię te przymykające się powieki, którym trzeba mówić: otwarte! fascynuje mnie to towarzyszące wszystkim tym działaniom poczucie jałowości, bo w czasie takich dni jest ono najsilniejsze, najintensywniejsze, najwyraziściej uwypuklone przez nadmiar aktywności.

i ja w tym wszystkim z naukowym agresorem. z organizacyjnym agresorem. z kpiącą miną w tych wszystkich kolejkach nadużywająca wyrazów, które nie zachęcają do wdawania się w pogawędki. ale zarazem w poczuciem, że więcej się nie da zrobić. i poczuciem samotności, atomizacji, kiedy każdy jeden ze swoimi dwoma kierunkami równie zagubiony tylko w innych kolejkach, w innych papierach, wymaganiach, tematach... 

i przesłuchana w spokoju piosenka staje się dużo bardziej przyjemna. 

gdyby tylko nie te chwile, kiedy chciałabym, żeby ktoś mnie złapał za głowę. i gdyby nie te chwile, kiedy wiem, że mogłoby być dużo lepiej. a to jednak substytut. czy ja tak naprawdę w ogóle lubię się uczyć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz