razi mnie to mówienie 'szkoła', bo ja bym chciała studiować a nie się uczyć. ale w tym roku się uczyłam. mimo najlepszych chęci studiowania (może z wyjątkiem pomocy rozwojowej, którą studiowałam). podsumowanie na własny użytek trzech lat studiowania (uczenia się), dlatego samotności, bo w tej drodze przez teksty, książki i kserówki (i, niech będzie, skrypty), każdy jest sam, o czym już ostatnio żem rzekła. zatem: po trzech latach, na trzech kierunkach, bez żadnego dyplomu, chciałabym podsumować ten okres. i chciałabym pisać tylko dobrze, bo krytykowałam i wkurzałam się przez cały ten czas. zatem: plusy nauki - podsumowanie.
1) pierwszy rok: wykłady z hsmu, poranki piątkowe, za każdym razem wydarzenie, stworzenie sobie legendy, która okazała się mitem, ale która wówczas była dla mnie ważna. wycieczki na basen na banacha. wykłady z ekonomii, dające tysiąc okazji do wybuchów głośnego śmiechu. brak sesji zimowej. pierwsze zajęcia na artes: zetknięcie z kochanowskim, z wróblem, z lederem. niesamowite wykłady paczowskiej. porażka na egzaminie z hsmu - a, miały być plusy... - zatem egzamin u paczoskiej oraz okupiony ogromnym wysiłkiem egzamin z dyskursu politycznego rzeczypospolitej obojga narodów. a przede wszystkim: zajęcia z zoją. od pierwszych, do ostatnich, każde miały swój klimat, każde były wyjątkowe, a all in all doprowadziły mnie do pomocy rozwojowej jako formy neokolonializmu, bo były pierwszym zetknięciem z "zagadnieniami cywilizacyjnymi w perspektywie postkolonialnej:".
2) rok drugi: prawo międzynarodowe, zarówno wykłady jak ćwiczenia: kolejne "pierwsze zetknięcie". pojawia się śpiewak, pojawia się obirek. najlepsze pod względem tekstów do tej pory zajęcia z "filozofii o literaturze" (oczywiście z egzaminu 3, ale miało być o plusach...). przede wszystkim zaś pojawia się bucholc i najlepsze zajęcia w czasie całych studiów. egzamin, w czasie którego tworzę tak dobry koncept, że do dziś jestem z niego zadowolona. a przede wszystkim "przeszłość i tożsamość": semestr naprawdę dobrych zajęć, w świetnym składzie, z pięknym zaliczeniem. wystąpienie o roli przedmiotów w mojej rodzinie wygłoszone do jednego widza/słuchacza. drugi semestr, naukowo jałowy, a że tylko naukowości podsumowuję, to na tym skończę, nadmieniając jedynie, że takiego przebiegu sytuacji z prawem się nie spodziewałam, a dzięki niemu po raz drugi: brak sesji.
3) no i domknięcie bez tytułu: dobre zajęcia z "antropologii postsocjalizmu", znów dobra ekipa, dobre dyskusje, dobre teksty. wykłady z "organizacji międzynarodowych" i namiastka, może 5% zachwytu z pierwszego roku. może w sumie 3%. ale usprawiedliwione innymi płaszczyznami życia, których przecież nie podsumowuję. urocze wykłady z "kultury języka polskiego". lektury czytane na seminarium z waśkiewiczem. a przede wszystkim fenomenalna "lektura tekstu artystycznego": zajęcia z rutkowskim i ze stępniem, praca pisana do stępnia, tłumaczenie atwood - wraz z "klasycznymi ideami socjologii" najlepsze zajęcia jakie w czasie tych trzech lat miałam. do tego licencjat ze stosunków, który, kiedy teraz na niego patrzę, kiedy już nie chce mi się rzygać na jego widok, wiem, że jest dobry.
w liczbach, bo zawsze bardziej do mnie przemawiają: 365 ectsów. ok. 400 stron prac pisemnych. 4 sesje.
w odczuciach: było warto. a przede wszystkim: tak miało być. z tekstów myślę, że największe wrażenie deleuze o prouście. adorno o schonbergu przypominany sobie w kontekscie "doktora faustusa". wiara w wykresy u lacana - zawiedziona. kompleksowo: teksty na "przeszłość i tożsamość" oraz teksty na "antropologie postsocjalizmu" i "freak-humanistykę, czyli humanizm w dobie antyhumanizmu" i seminarium z waśkiewiczem.
z czego jestem zadowolona? z zajeć o literaturze. z kontaktu z prowadzącymi na artes. z tego, że nie miałam żadnej poprawki. z tego, że eksperyment tegoroczny zakończył się sukcesem w dziedzinie czarów. że wykorzystałam te trzy lata na studiowanie (i uczenie się) i że mogę od przyszłego roku spróbować czegoś innego. nie oszukujmy się, od czterech lat (od dziewięciu?) dużo się uczyłam. a to takie strasznie samotne zajęcie.
z czego jestem zadowolona? z zajeć o literaturze. z kontaktu z prowadzącymi na artes. z tego, że nie miałam żadnej poprawki. z tego, że eksperyment tegoroczny zakończył się sukcesem w dziedzinie czarów. że wykorzystałam te trzy lata na studiowanie (i uczenie się) i że mogę od przyszłego roku spróbować czegoś innego. nie oszukujmy się, od czterech lat (od dziewięciu?) dużo się uczyłam. a to takie strasznie samotne zajęcie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz