czwartek, 29 grudnia 2011

może jeszcze się do siebie odezwę. a może już nie.

przy czym raczej już się przed sobą za bardzo nie popiszę w tym roku, więc mogę sobie pozwolić na jakieś obiecanki, planki, postanowionka i inne takie nic nie warte podsumowanka. 

nigdy tego nie robiłam, teraz tego potrzebuję - ergo - osiągnięcia tego roku:

1. nie wróciłam wtedy, kiedy myślałam o tym, żeby wrócić;
2. doszłam do 19 pod względem ludności na świecie miasta na piechotę, po czym odnalazłam się w nim bez planu;
3. noce w buwie;
4. sprawdziłam czy istnieje autorka zdania 'Dlaczego my, postromantycy, musimy być nadal ironiczni?'
5. the room on one's own;
6. finding rodmell;
7. osiągnięciem jest zarówno podbicie od x do, tajemnica, x+y=kwiecień , po czym od x+y+1=czerwiec, po czym jeszcze x+y+1+z= wrzesień, po czym dojście do października - i - to największe osiągnięcie - zatrzymanie się na grudniu, nie osiągnąwszy tego, co zapowiedziane zostało w maju, przy czym nie z powodu stracenia rezonu...
dojrzenie do nierealizacji jednego z dwóch życiowych planów okazuje się nawet już nie osiągnięciem. to byłby jedyny w tym roku sukces, gdybym robiła coś takiego, jak podsumowania roku.

i z nikim nie łączą mnie swary i kłótnie. 

porażki roku:
1. HSM;
2. to, że nie uciekłam, kiedy powinnam była uciec;
3. niepojechanie do Krakowa - gdyby nie to, że jednak nie;

cele na przyszły rok:
1. gdybym wpadła na podobnie idiotyczny pomysł na przełomie 2012/2013 roku - chciałabym podobnego bilansu. Ze szczególnym uwzględnieniem sukcesu.

A co do drugiego życiowego planu, z dedykacją:




sobota, 24 grudnia 2011

demiurg, w akcie kreacji, tworzy świeckie święta.

when it comes to x-mas i just have to admitt - every year i'm getting better at this. i've learned to choose in which aspects of celebrating i want to participate.  i've grown to not care. 

when it comes to coming home i just have to admitt - every time i do come home it's better. i've learned not to take it as obligation, cause there is no such obligation. i've grown to appreciate changes, which let me feel here the way i'm now, not the way i used to be the time i was living here.

when it comes to music i just have to admitt - one time experience made me long for wordless music. but still muvo full of my music, listened for lyrics (nigdy nie każ mi wybierać, bo jeszcze wybiorę źle) - which allows me to long. 

when it comes to english - i just have to admitt - it's becoming less and less correct - and same time more and more mine. 

cause there is only one mission for these days. let them know it's christmas time. and i do. cause i want to, not cause i have to. because i want them to send me one day this christmas baby please come home message.  


piątek, 16 grudnia 2011

intertekstualna notka hermetyczna.

wpierw fakty - podpubliczkowa niewidzialna ręka numer minus jeden została odpokutowana. bilans - plus dwie. brak rąk.

po czym poprawki, uchwalone jednomyślnie, przy jednoosobowym kworum. mianowicie:

primo - serialność nie zakłada wyłączności serii, ergo dopuszczalne jest istnienie serii równoległych, zawieszanie serii, powroty do serii. jakby powiedział p. prof. W. 'teraz widzę to wyraźnie' - miast podporządkowywać elementy odkrytej serii trzeba było od początku nie zakładać jednolitości i nie próbować odmawiać prawa do bycia częścią całości elementom nie wpisującym się w dostrzeżony mechanizm.

secundo - odwrócenie sytuacji, rozpoczęcie od teorii i abstrakcji, ustanawia niesamowicie wymagający próg - a zarazem udowadnia możliwość zaistnienia procesu, nazwijmy go reversed-re-adding (odwrócone-od-doczytywanie?) znaków, począwszy od znaków sztuki, przez znaki zmysłowe i inne, dochodząc do światowych. potencjalnie.

sobota, 3 grudnia 2011

‘nic bowiem nie daje bardziej do myślenia niż to, co dzieje się w głowie głupca’.

‘Być może przyjaźń żywi się obserwacją i rozmową, miłość jednak rodzi się i rozwija w milczącej interpretacji  (…) Kochać to starać się rozwikłać, wywołać owe nieznane światy, kryjące się w ukochanym. Oto dlaczego tak łatwo jest nam się zakochać w kobietach nienależących do naszego świata, niebędących w naszym typie’. 

‘Obiektywnie rzecz biorąc, miłość heteroseksualna nie jest tak głęboka, jak miłość homoseksualna, w której odnajduje ona swą prawdę.’.

‘Miłość nie ustaje w przygotowaniu własnego zniknięcia, w naśladowaniu swej klęski (…)  To prawda, że powtarzamy nasze uprzednie miłości; prawdą jest jednak i to, że nasza obecna miłość, w całej swej żywotności, powtarza moment zerwania lub antycypuje swój kres”. 

‘Obraz, idea lub esencja wystarczająco bogata, by rozmnożyć się w tych, których kochamy, a nawet w kimś jedynym, ale też na tyle bogata, by powtarzać się w naszych kolejnych miłościach, w każdej z nich z osobna’. 

Za każdym razem powtarzamy więc inne cierpienie, ale samo powtórzenie zawsze jest radosne, fakt powtórzenia tworzy uogólnioną radość. Albo raczej, fakty są zawsze smutne, a wesoła jest radość ogólnej idei, jaką z nich wyciągamy, albowiem miłosne powtórzenie nie oddziela się od prawa rozwoju, dzięki któremy zaczynami powoli zyskiwać świadomość, przekształcając nasze cierpienia w radości (…) w tym co się powtarza, tkwi pewna tragiczność, lecz w samym powtórzeniu objawia się komizm, a jeszcze głębiej radość ze zrozumienia powtórzenia lub zrozumienia prawa’.

‘Nic lepiej nie pokazuje zewnętrzności selekcji niż przypadkowość wyboru ukochanej osoby. Nie chodzi tylko o to, że umknęły nam niektóre miłości, o których wiemy, że mogły odnieść sukces, gdyby nie drobne niedogodności’.

i przy tym ‘wszędzie paraduje orszak minionych przyległości’.

fragmenty wywodu z tekstu, który we wtorek będę referować. ogólnie - <ok>, jak powiada Te. Tylko jedna informacja mnie nieco zmartwiła. Otóż moment, w którym dostrzegasz prawo rządzące Twoimi miłościami - to jednocześnie moment, w którym przestajesz się zakochiwać. Mój stan euforyczny sprzed miesiąca i dwóch dni był wynikiem ostatecznego odkrycia prawa oraz zgody na nie. Także tak, zgodnie z teorią, od kiedy wyłapałam moje prawo nie mam prawa się zakochać. A co na pocieszenie? Wiedza, moi państwo. Wiedza.

niedziela, 27 listopada 2011

odbijanie piłeczki.

chciałam zrobić z tej wizji epifanię, ale bo badaniach terenowych okazało się, że oprócz mnie nikogo nie bawi, więc oczywiście muszę się jej z głowy pozbyć, jako tak słabo nośnego pomysłu, także wylanie gorzkich mych żali:

tytuł znaczący, odbijanie piłeczki. tudzież nieodbijanie. i o to się wszystko rozbija. bo ludzie w takiego tenisa socjalnego nieco pogrywają sobie, napierdalanie we wszystkie strony, próbując ścinać i szukając tych do seta, którzy dadzą radę poodbijać. ale strasznie to niezgrabnie wychodzi, a to komuś wymiana piłeczka-oczko, a to jakieś piłeczki w krtaniach. i tak to właśnie, kiedy niesposób znaleźć sobie odpowiednich partnerów do gry.

a wszystko to po to, żeby jeszcze nacisk silniejszy, trzask rakietką w piłeczkę, furkocze jak znicz niemalże, położyć na to jak miło, kiedy można tak sobie poodbijać nad siateczką, zamiast się krztusić własnym żartem. także w górę paletki, wznosimy się do siebie i dzięki składajmy za tych nielicznych.

czwartek, 17 listopada 2011

nie mam czasu na sen gdy mam siłę i moc?

nie mam czasu być ładnym ... ja muszę być ponad tym. 

lakonicznie, bo szkoda słów. jest sytuacja. mi brak cierpiwości. zaprawdę.

dwa mechanizmy. pierwszy oparty na wnioskowaniu z doświadczenia - że czasem się udaje. drugi natomiast, oczywiście wykorzystuje nietożsamość kategorii czasem i zawsze.

tradycyjna dysproporcja interessementu. wyzwalanie we mnie mnie, budzenie ze stanu hibernacji potrzeb, o których zapominam. czuję się jakbym nigdy niczego nie doświadczyła. 

z serii kiedyś się tego nauczę: semiotyka, logika, alfabet lorma, jezyk migowy, hebrajski i czytanie przyzwolenia, tudzież braku przyzwolenia, bez potrzeby uciekania się do słów. 

wtorek, 8 listopada 2011

gdyby nie to...

..., że zatraciłam umiejętność płakania, to bym płakała. elementy mojej sieci relacji społecznych, jeden po drugim, zrobiły nie wiem co. bo to takie małe nieistotne rzeczy. w sumie to nic nie zmienia. właściwie, to się nic nie stało. oczywiście, wszystko moja wina. za dużo bym chciała, za dużo wymagam, w ogóle... no oczywiście, moja wina. nad sobą płaczcie. czy ja nie napisałam właśnie, że zatraciłam umiejętność płakania? chciałabym jeszcze tę kulkę z gardła umieć wyrzucić. tak to jest, pakować się w wieloelementowe układy ewentualnie układy starej daty. tak to właśnie jest. i wszystko moja wina. i brak mi nawet konceptu jak napisać co jest nie tak, tak wielką ochotę mam napisać wprost dlaczego jest mi smutno i źle. 

w związku z czym mamy dwie rączki. lewej rączki kciuk zgina się, zwija się i chciałby płakać, bo palec wskazujący właśnie siedzi ze swoim facetem i nie chce słuchać telefonicznego jęczenia kciuka. moja wina, trzeba było nie dzwonić. jęczenie spowodowane jest telefonem od palca środkowego, który powiedział, że palec serdeczny odwiedził miasto palca środkowego i nieszczęśliwego kciuka, nie powiadamiając kciuka, w związku z czym kciuk czuje się paskudnie, bo nie wie co zrobił źle, oprócz tego, że oczywiście uznaje swoją niższość wobec palca środkowego, który jest najmądrzejszym z całej ręki, oraz wobec palca serdecznego zresztą też. mały palec to taki palec, którego w sumie mogłoby nie być, ale skoro już jest, ale nie daje znaku życia, to też drażni. no i jeszcze całą druga ręka! kciuk, który się również zwija z cierpienia, a który wprawił dziś kciuka pierwszego w taką konsternację, że już kciuk pierwszy na prawdę nie wie co ma robić. bo nie chce źle, a źle wychodzi. chciałby kręcić z drugim kciukiem młynka, ale wyszukana metafora, ale w sumie to jest przecież ten tam wskazujacy, który pokazuje je palcem nawet, kiedy nie patrzy. potem kolejny środkowy, który jest ponad tym wszystkim i samą obecnością wprowadza zamęt, bo wykazuje chęci komunikacji w najmniej odpowiednich momentach. drugi serdeczny, który idzie w parze z małym, dosłownie są jednym palcem (na razie), który sieje ogromny zamęt w paliczku kciuka, właściwie to go paraliżuje. ale zarazem sprawia, że mimo tego siedmiopalczastego zawodu dzisiejszego dnia, dochodząc do tego punktu opisu kciuk jakoś powoli się prostuje. 

i myśli: spoko, po prostu się pouczę. 

niedziela, 30 października 2011

3:20

za to lubię wolne - za możliwość niedospania. siedzenia do nadrana. wczorajszodzisiejsze siedzenie do nadrana: tylko ja i moje hobby. google. 

także znalazłam coś o czym istnieniu wiedziałam, ale nigdy nie miałam wystarczającej motywacji, żeby sprawdzić. skoro jednak okazało się, że potencjalna motywacja sprawia, że wbiegam po schodach, wydłużam trasę, myślę o trzy tygodnie (a i trzy miesiące, prawie rok oraz prawie dwa lata) wprzód - uznałam ją za wystarczającą do sprawdzenia.

i słusznie. bo, co prawda, wpadłam w histeryczny nastrój pt. ryczę ze śmiechu, po czym ryczę z ryczenia, po czym znów ze śmiechu, po czym po prostu reirse, po czym w ogóle już nie wiem co robię, tylko google, czytam, myślę, szukam... w każdym razie zreinterpretowałam dotychczasowy determinizm, robiąc z niego amor fati. i przydając mu cechy postęu. 

bo nie mogę zaprzeczyć, że zataczam koła. ale mogę z tych kół ułożyć pawie oczko i płakać ze śmiechu radości, że tak świadomie przeskakuję na kolejny level. jestem dzisiaj pierwsza szczęśliwa. bo zamiast tragizmu poszukiwania ideału po prostu czuję, jak wiele jest na świecie ideałów. 

a najzabawniejsze jest to, że wiem, że gdybym była starsza i była tam wtedy, a nie moja ulubiona liczba lat później, to nie ma opcji - na pewno bym była pierwsza... nieszczęśliwa. II miejsce? to trzeba być nienormalnym. co najgorsze, to że nadal nic nie wiem, poza tym, co potęguje moją niewiedzę o pytania, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałam byłam.

tak bardzo bym chciała pocytować, ale nein, no way. i paradoksalnie, z każdą chwilą czuję się dojrzalsza i starsza. na przykład już zaraz się położę spać. to takie rozsądne. 

btw, strasznie się rzucam po tym blogu, jak mam pseudowolne i jestem tu sama. ale tak się cieszę, naprawdę, cieszę się, bo lubię te znane nieszczęścia.  zawsze mnie zaskakują.

piątek, 28 października 2011

nic się nie wydarzyło, końca świata nie było...

są takie cytaty, których nie można się pozbyć. posiłkując się jednym z moich ulubionych obcych mi języków, do którego próby zbliżenia od ośmiu prawie lat kończą się niepowodzeniem - Ohrwurm. na przykład często męczy mnie to zdanie - i to jest wiara warta krwi, twojej krwi z podciętych żył, idź i się zabij. koszmar, idę ulicą i melorecytuję. co ja właściwie chciałam?

chyba piszę, żeby się wdrożyć w pisanie, bo próbuję o-r-well-a (to nieco echlalialowo do o(h)rw...urma, nie?), ale mimo udanej burzy mózgu jakoś przepapierzenie nie idzie, moi Państwo, nie idzie. Dlaczego? O tym chciałam napisać. Bo o tym chciałabym mówić. Ale nie jest mi dane, więc piszę, (choć nie wyślę listu), mać, właśnie o to chodzi. że wysłałam i nie mogę się skupić, bo czekam na odpowiedź, nie będzie mi dana, nie będzie mi dana, niech będzie mi dana.

bo się zaczęło, mili państwo, o-ho, ho! pełną gębą, wystudiowane czekanie (na coś co może, co może nigdy nie przyjść) i nie przyszło, ale bardzo profesjonalnie grałam wczucie w lekturę, w intelektualny uśmiech wywołany pięknym fragmentem, w zaczytaną naukową pozę. bez widza, proszę państwa, bez wiedzy widza. i czekam. i nadal bez odpowiedzi. 

a potem poszłam, bo ja tak mam, że mnie jara iście mnie jara, intelektualizm, także żem poszła i żem posłuchała i ludzie, to był błąd. bo nagle się okazało, że powtarza coś, co powiedziała. no bez przesady, tyle cytatów na świecie, a ona powtarza? i się okazało, że nie wszyscy są na ty z piotrkiem sz. (to jest ta wyrafinowana aluzja, że jedynie ja, i to ja z dzisiaj, jestem dla siebie idealnym czytelnikiem, co za narcyzm, co za wsobność! ale gdyby ktoś był zainteresowany historią, to służę wyjaśnieniem), w ogóle służę. 

i takam dzisiejsza i tykam nakofeinowana, pukstukam w klawisze i jakoś tak bym nic nie robiła (a ja czekam i czekam, i czekam, i ciszę wplatam we włosy i na palce nawlekam, a ja leżę i leżę, i leżę, i nikomu nie ufam, i nikomu nie wierzę). Zaufanie. Niech to! (el o el, ale to Konradowskie!). 

nie-ch odpisze, bo nie napiszę! a tak ogólnie, to lubię zostawać na wszystkich zmarłych (kontaminacja) we wareszawije. i chyba jakbym teraz zaczęła o-r-well-a, to by mi wyszła sztuka. bynajmniej nie pracy naukowej.  bo ja bym tak bardzo dziś chciała z kimś porozmawiać (filozofia dialogu). jestem taka zawiedziona. nie-po-cieszona. indeed.

i spostrzeżenie, co wywiozłam z wijelkijej brytaniji - tykam wielką literą, zamiast państwować. czy ludzie zrozumieją?

piątek, 21 października 2011

Pani Doktor, pукописи не горят!

Z esemesów niewysłanych, w poszukiwaniu własnego idiomu:

Właśnie uderzyło mnie coś z zakresu korespondencji sztuk. Jest to w stosunkach - jako wartość dodana do zjawisk w państwach, coś uniknalnego, co powstaje tylko na płaszczyźnie wielouczestniczącej, jest w socjologii jako de facto przedmiot badań, czyli to co jest w zbiorowości, a czego nie mają jednostki. I jest to do przeniesienia na człowieka - co przeczy tezie, jakoby wszystko już było. W sensie tworzenia nowej jakości w samym procesie styku i warunkach w jakich zachodzi. Ecce wartość dodana.

Plus ciąg dalszy analizy dojrzewania, jako tego, co zaczynamy akceptować. Dojrzewanie jest zobojętnieniem na własną omylność i słabość. Mierzeniem się własną miarą.

Odzywa się we mnie umiłowanie prostych zasad takich w stylu prawa grawitacji przeniesionego na płaszczyznę psychologii. Chcociażby - if one could be with everyone it means that one cannot be with anyone. Of course everyone should be considered as symbolic category witch includes groups with more than the-one.

And when I say take care I mean it. And I wish to here it back, as a sign, that somebody cares. Cause my body's not working. It's expire date comes closer every day.

And, last but not least, I took the reality on my senses and it was just like virtual one. She talks the way she writes. Personal excursion: I write the way I think - still no way I could speak the way I think. Back to topic. She glows with words. She's looking for Him with her hands. She's playing. She's playing indeed. She checks her body. She knows rules of reinterpratating. She's able to laugh. This is really kind of discovery. Still unsatisfied, though the only disappointment there was my reaction. Or lack of proper reaction. But She (skipping to another Her, ukłon) gave me a reason why and I just wish it's not the right one - though I'm subconsciously sure it is. Because it's always like this. Because, though I've learned to write I with the capital letter, I'm so much the same. Same needs. And I'm so glad to get the abstraction-exceptional solutions. 

And word-game. natychMIASTOwy. Say what You want, it is fucking great to be in love with Warsaw.

piątek, 14 października 2011

pure borderline.

wynika z zakochania w życiu. z tej niestabiloności uczucia. podskoków, uskoków, zeskoków. a jako, że dziś podskok, to napiszę, żeby mieć świadectwo jednego z tych dni, kiedy uczucie kwitnie. 

bardzo przyjemnie jest poczuć się sobą taką, jaką się się pamięta. a zarazem nieco inną. z obsesji w podjaranie kontrolowane. z wzroku w deskę w wytrzymujące spojrzenie. z wierności przekonaniom w równomierne rozłożenie pomiędzy różnorakie przedmioty zainteresowania swojej platońskiej satysfakcji. kolekcja typów. trzymając się tego gościa na pe - idei. ideałów. a jako, że ideały są nudne - mistrzów w tworzonych na bieżąco kategoriach. świat jest pełen idei (to takie słowo w którym mieszczą się inicjały, należące do mojego prywatnego słownika, także znaczy więcej niż znaczy. jeszcze więcej). 

także myślę tak teraz i wyliczam sobie. mam poniedziałki, wtorki, czwartki. mam wtorki. mam piątki. mam weekendy. no i mam wyobrażenie, które uparcie usiłuję zweryfikować. nie lubię śród! ale będę się rozglądać, może po prostu środy jeszcze nie wypatrzyłam. zbyt wiele w tym dniu biegam, żeby się rozglądać. 

a tak btw, w ramach dzielenia się wiedzą: mówi się dwoje zajęć! 

w każdym razie żyję. i to całkiem dożywczo. po co łapać króliczka, skoro tak przyjemnie się go goni.

czwartek, 22 września 2011

biało mi przed oczami.

mogłabym napisać repeat 2 września. ale pomnoże słowa. co miałam napisać: x-impresje:

że wtulam się w polskę. Że do niej trzeba dorosnąć. Że kupię sobie wino i papierosy, bo tak mi tu bogato. 

że konsumpcja sztuki, sztuka konsumpcji. muzea dosłownie zajebane, po brzegi, nie mieszczące się w ramach tłumy gapiów. Klienci galerii. Galerianie. Bo o ile nieco ponad wiek temu zwiedzaie przypominało bardziej pracę galerników, żmudne i wycieńczające poznawania, przebijanie się przez fale wiedzy wieków, to obecnie jesteśmy podobni do galerianek, szukających dóbr Veblena na rynku sztuki. Chcemy za niewielką opłatą mieć w cv wpis National Gallery, najlepiej poparty zakupem podstawek pod kubek albo magnesem na lodówkę ze sklepu wieńczącego trasę przez kulturę. 
potem, że przebijam się do domu przez tony bitej śmietany. wpierw ten prawosławny krzyż wzwyż po czym opad, zostaje dym. 

tak właśnie było. po czym byłam sobą przez trzy dni, taką jaką siebie pamiętam z czasów, kiedy zastanawiało mnie to, jaka jestem. teraz straciłam zainteresowanie sobą jako materią i nieustannie przesuwam termin, kiedy spróbuję się postarać je odzyskać. może od października.

piątek, 2 września 2011

nawet sobie nie mam nic do powiedzenia. 

tak to bywa, kiedy się nie czyta. 

jest mi tak, jakby już było po wszystkim...

ostygłam. cieszę się na zapas i/lub na pokaz. pożywam sobie według praw zobowiązań. poszłabym spać, ale mam jechać. pojadę. posiedziałabym na dupie, ale wolne. nie posiedzę. zarzekam się, że od października zżyję się bardziej z takim życiem, jakiego od siebie oczekuję. zrzeknę się go. wszystkie potencjalne działania nic nie zmienią, tak jak nic nie zmieniły działania faktyczne. bo tak naprawdę nie dzieje się nic.

no chyba, że jest się na fali uderzeniowej emocjonalnego rozkołysania, kiedy grymas odwraca świat. no ale nie mnie to dotyczy. o sobie bowiem nie mam nic do powiedzenia.  

sobota, 20 sierpnia 2011

it's, for the first time i guess, not about me...

...though it's still about me. No... Today it's about my friend, my dear friend, since the moment I asked 'czyje to są strachy na lachy' almost seven years ago. So, the ones who know who I'm talking about knows, the rest... the rest... no need to know, as story is kind of... popular, I'd say, among girls.

...so my friend, though she's little girl in the kitchen, doesn't eat any more. Don't exaggerate, Mazur. She's eating. Your fave food from over-year-ago. Porridge. Porridge, which means water and few swimming oat flakes inside. She's in fainting point. She's unable to eat after 6. She's generally unable to eat without feeling, that she's getting huge, fat, round, ball like, awful... And in the same time, though she doesn't admit, she's pretty excited about being so exciting for others. For him. But not only. For whole grono of people, it's allusion, illusion... so my friend is in the border point.

It's not A., yet. It's all about B. It's always about B., everything about us is about B. That's why I know, sorry, my friend, don't be mad at me, but I thing I may say that I now where You are now. I've been there. And all I know is that there's no way to help You, unless You help Yourself. Others can make it easier (You know, I wish he was there, too, I really wish he was there, with You, not here), but others can make it tougher too. When You see how they look at You now You don't want to get better. Or worse in Your eyes. 

And, You see, I could tell You all this in mail or something. That I'm worried. That You should start to eat normally. That You're ruining Your health. All of this true-but-crap. But in fact I'd like to tell You, that You've been there too. And that probably I'll be there one day again. Because it's fucking B. everywhere. I just wish You'll start the way back, to the opposite border, before You reach A. Wish. Cause it's all one can do. One - You. It's entirely up to You. It's Your hand scratching Your throat and it's Your head, the only place in which You're fat. 

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

postczę czterdziesty i czwarty!

Także afabularnie, żeby nie zbluźnić - notka z, często określanej jako czarna, dupy, wizyjna:

Mój alfabet wielkich liter, w którym po A jest N, po M - G, p wymawia się z e i zawsze małą literą, MKF stanowi zgłoskę... Osobny słownik, jakieś pe9. Kod, język skojarzeń - oddanie się słowom - wyrozumiały dla nierozumiejących Znaczących  Innych (element znaczący i oznaczany) i znajomych nieznajomych (znanych nieznanych). Aluzje jak notatki w kalendarzu, nieuniwersalne - miło będzie, kiedy chociaż od X do pe się uwspólnotowi. 

Założenia poznawcze wykonane. Założenie podstawowe - not really (tonem Richarda reagującego na stwierdzenie 'But you still have good days'). 

W każdym razie gdybym mogła wybrać miejsce na ziemi, w którym miałabym zamieszkać, zapytałabym: a może mi Pan/Pani powiedzieć, gdzie nie będzie mnie boleć głowa? I niekiedy jawi mi się to tak kuszącym, że - mając gwarancję - rzuciłabym wszystko i pojechała do w... czarną dupę?!

Tak, pogrywam z wieszczym sacrum, postcząc klamrą kompozycyjną profańską. Ale ze mnie bluźniar i postmodernista.

sobota, 30 lipca 2011

'You don't want gay love. You want female love.'

Pomijam dziś część fabularną. Jestem nieco pijana czerwonym winem. I opowiadam historię dzisiejszych uczuć. Już rano postanowiłam - bez muzyki. Żadnego zagłuszania. Słuchawki weg z uszu. Jadę. Nieco stresów, bo to inaczej być odpowiedzialną tylko za siebie, nie za co najmniej jeszcze jedną osobę. I byłam pierwsza szczęśliwa, realizując marzenie. I miałam jedyną książkę, którą ze sobą mam - Kobiety Virginii Woolf, do czytania na wyrywki w najelitarniejszym pociągu, jakim zdarzyło mi się jechać. Vita - Dora - Nessa - Virginia - Vita - Nessa - Ethel... I zamazałam ostatnie strony takimi myślami...

Po czym bezbrzeżny smutek, rodem z lutego 2010. I próba opracowania uczucia poprzez myśli - a to, że przecież nie można żyć ich życiem. A to, że ależ ono takie jego właśnie pełne. A to, że te myśli bezskuteczne. I uciekłam, zobaczyłam i uciekłam. Bo to dla mnie wszystko zbyt moje, to stanowi zagrożenie. I uciekam, przez pola, dosłownie, nagle niemalże następuję na zająca. I myślę - zając. Wilk i zając. Cóż za ironia. Wracając od wilków niemalże nastąpić na zająca. Że mam się uwspółcześnić? Urzeczywistnić? Zamiast czytać przeszłość z kart? Ale nadal smuta. I uciekam, bo już mogę z bucket listy odhaczyć. 

Już lepiej oglądać film o Joe Strummerze, teksty 'niepalący nie powinni móc korzystać z tego, co stworzyli palacze' i 'to jest to co było dobre w punku. if you were ugly you were in' są przynamniej osadzone we współczesności. Mazur, nie, przestań jej w myślach bronić, taki z niej człowiek skurwiel jak i z ciebie, no właśnie, właśnie, że ona niby równie współczesna? Zauważ, że się przy niej uwsteczniasz! I co mi z tych wszystkich myśli? Że Anglia taka piękna i koherentna (i taka brudna ale nieskalana!). Że nieźle, bez tego naszego każdoepokowego najebania, że z tych planów 'jeszcze tu zamieszkam!' skoro każdy inni język niż polski mnie burzy, to niewiele. Że jestem wplątana i skazana na Polskę. Sama sobie to zrobiłam. 

I na dodatek nie mam ognia. I tak bardzo chciałam wyjaśnić co dla mnie znaczy Virginia Woolf, Vanessa Bell, Lytton Strachey, Dora Carrington, Vita Sackville-West, Ottoline Morrell... That I could just jump into 1920's and I'd recognize every single detail as if I were born in 1882. That there's not much that I think of every day, but whole Bloomsbury group is one of these things. That it's more than just art, it's art of life as well. And always when I try to put it all down in words - they keep on revolving around reborness. It so love-hate relationship - I do adore her - but on the other hand I hate myself for this, somehow. For this moods when I read/watch/am anything connected to Her. Stop with this capitals, miss Mazur, stop it.

And the title. Quote by my Boss. And, well, have to admit - it's still connected to Her. Damn it. I każde z powyższych zdań wymaga rozwinięcia. I niekiedy myślę, że nigdy go nie dostanie i niekiedy myślę, że jeśli nigdy go nie dostanie, to zawsze będę sama, no one will wear my silver ring, bo albo pozwolić mi tym żyć, albo mnie z tego wyplącze, takam... into Monk's House. 

poniedziałek, 25 lipca 2011

to nie tak.

i ja się się pytam - jak mam realizować plan, jak w momencie wsiąścia do autobusu mam ochotę na co innego, niż plan przewidywał? także co robiłam przez ten tydzień miniony...

wpierw przekonalam się, że jeśli chodzi o malarstwo, to nie dojrzewam. idę, patrzę, no w porządku, no pięknie, ale ja się pytam, gdzie holendrzy? są! oto oni. oto te scenki, obrazki z życia codziennego, te pijackie imprezy na podwórkach, te portrety, na których nic się nie dzieje, ale są tak ascetycznie genialne, że głowa mała. a ponad to, lubię to, klik: razdwatrzy. następnie szybka decyzja - british museum. ale tam jakoś smutno. już mnie złapało to, co zdiagnozowałam dwa dni później (spoiler!).

także czwartek kenwood house, charming, otoczony ogrodem, parkiem, nad wodą, nieduży, niby w mieście, ale zupełnie jakby osobno. po czym tate modern. i znów mnie to dopadło! 

i piątek, kiedy okryłam o co chodzi. po muzeowaniu samotnym i umiarkowanie szczęśliwym stwierdziłam, że dość, że szarpnę się, że a co mi tam, że mi wolno, że koniec z i-didn't-deserve attitude - i poszłam do maka. i to było to. bo widzicie moi państwo, to nie jest tak, że coś nie styka na linii ja-świat - po prostu czasem nie dostarczam sobie wystarczającej ilości  kawy. 

a dzień później poznałam mojego nowego bossa i jego rodzinę, robiąc z lasu ogród. z - dla mnie - średnim rezultatem, ale boss zadowolony. po czym uwieńczyłam weekend rodzinnym spacerem nad morzem i pierwszym w życiu fish&chips, które z miejsca wylądowało w pierwszej dziesiątce moich ulubionych potraw. i morze, takie dzikie, w porównaniu z naszym. 
 
jaki morał z tej zfabularyzowanej historii? nie byłam w somerset, bo plan był - poniedziałek, 10:00-14:00, kiedy jest za darmo. a o tej porze zaznajamiałam się z moją robotą. dobra robota. cieszym sa. niech wyjdzie, zaklinam. dość podgórek. 24 gone. 37 left. 

wtorek, 19 lipca 2011

plan sześciodniowy.

nadszedł moment, w którym bezskuteczność działań, które podejmuję, tudzież ich efekty odwrotne do zamierzonych wprawiły mnie w stan, w którym z pełnym przekonaniem stwierdzam (wrzuciłabym w status na fb, ale mam Tatę w znajomych, a tu raczej nikt nie zajrzy, zresztą, wiadomka, kreacja autora, ja przecież nie przeklinam):

rozkurwię to miasto za 17 funtów z kawałkiem (koszt tygodniowej ostrygi klik!)

także mam plan. 6 muzeów, 6 dni, bilet na autobusy, także każdą podróż rozpoczynam 2,5 godzinnym docieraniem do mojego prywatnego centrum miasta (Elephant & Castle, mogłam wybrać coś z ładniejszą nazwą?). Plan: National Gallery, Kenwood House (ponoć Vermeer. ponoć jest w tym piekielnym mieście jeszcze jeden, ale ponoć bilet kosztuje 8 funtów. może jakbym zarabiała - haha?!), Tate Modern, V&A, Tate Britain, British Museum. I gdzieś po drodze jeszcze dwa domy.

A jeśli zarobię - wtedy drugi Vermeer (ale to w sierpniu, jeśli zacznę zarabiać) oraz ostatni dom (ale to w sierpniu, jeśli zacznę zarabiać). Także - mam plan. I w głowie mi jakoś spokojniej. Tylko cały czas ta myśl: I just wish it had been Emma Watson. I nieustannie inna myśl: when You're gone I don't feel like talking at all. I bezustannie ta myśl o kostusze, wiadomo, takie wieści nie wypadają drugim uchem. Tymbardziej, że tak bardzo chciałam się jej wypłakać, bo, wiadomo, prawdziwy dorosły to jednak coś. Pomódlcie się Ci, którzy umiecie jakoś konstruktywniej, niż ja. Pokręciłam wątkami. Wątami do absolutu (powinnam mieć religię na fb: absolutyzm).

Grunt, że mam plan. A po planie - wracajmy wszyscy na swoje miejsca, wyznaczone pozycje, przyjąć postawę godną ostatniego żula menela studenta i przestać widzieć ją tylko oczami wyobraźni, a zobaczyć na żywo, aczkolwiek zmartwiałą w bezruchu, pełną jednak naszych ruchów palców przewracających strony (do kogo ta apostrofa?)... 

I dziś przeszło mi przez myśl, że letnia sesja była moim najszczęśliwszym okresem w tym roku. It's official. Jestem nienormalna. 

Wiadomość dla Mamy Gosh: widziałam dziś pola lawendy. Plantację całą. Można zwiedzać, jest kawiarenka, można się sztachnąć zapachem fioletowych pól.  

Do widzenia Państwu, idę na walkę z miastem / rozwijać moją pasję do komunikacji publicznej /  pisać wiersze o tym, że się wypisałam, bo już długopiszę, wracam za tydzień i opowiem, czy da się. 

piątek, 15 lipca 2011

cytując wolfganga isera...



5 lat temu, proszę Państwa, z miłości do, napisałam: 
 

Zgodnie ze spostrzeżeniem Isera, który stwierdza, że spadek określoności jest odwrotnie proporcjonalny do udziału czytelnika w spełnieniu dzieła (im więcej miejsc pustych, tym silniejszy wpływ na utwór może wywrzeć odbiorca) (...), a recepcja skrajnie zdeterminowana prywatnymi doświadczeniami i subiektywnymi preferencjami czytelniczymi. Iser uważa, że nieokreśloność może zostać przez czytelnika oswojona – nazywa ten proces „normalizacją”[1] – dopasowywaniem znanych odbiorcy elementów do „miejsc pustych”.

[1] W. Iser, Apelatywna struktura tekstów. Nieokreśloność jako warunek oddziaływania prozy literackiej, przeł. M. Łukaszewicz, „Pamiętnik Literacki” 1980, z. 1., s. 264.


'miejsca puste'. Dzisiaj reinterpretacja. Upraszczając - kiedy nic nie piszę - to także coś znaczy. Co prawda chciałam napisać coś w tym stylu:

 ...i na zmianę obiecuję sobie - "nie będę mieć dzieci" i pytam się się "a jeśli moje dziecko nie będzie chciało chodzić - nie będę go kochać? jeśli moje dziecko będzie zwyczajnie tępe - nie będę go kochać?" - i cały czas myślę "zwariuję, jeśli mój syn nie będzie gejem" i odliczam to marnowanie czasu na dorastanie - jak można nie umieć czytać...

ale już wcale nie mam ochoty na takie rozkminy. W ogóle nie mam ochoty na rozkminy. W ogóle nie mam ochoty. Dzisiaj same uproszczenia. Uproszczę - można mówić non stop lub nie mówić w ogóle. 'LUB' nie 'ALBO' - można oba. Także widzicie Państwo, dzisiaj widnieją tu miejsca puste. 
 

wtorek, 5 lipca 2011

in-gland, o ile istnieje takie słowo jak gland.

Tak. Istnieje. Oznacza: gruczoł. Także w gruczole. Mogłabym dorobić ideologię, ale mam długą historię do opisania, a sił mi braknie, także...

Jest taka dzielnica, nazywa się Clapham. Jest tam duży park, w którym miałam spędzić miły, przyjemny dzień, po tym, jak bezskutecznie przejdę wszystkie knajpy, sklepy, stacje i inne takie, zadajac pytanie o robotę. Ale, jako, że jestem córeczką mojej mamusi, wiadomo, na widok informacji, przy ścieżce rowerowej: 30 min. - London, The City, zatrzęsło mną. 30 minutes. Rower - 30 km/h? Nie więcej. 15 km? Można? Można. Włączyłam muzykę, zaczęłam śpiewać nie-do-końca pod nosem - i idę. Na marginesie dziękuję Marcie Ż. za zeszyt z Londynem - plan z niego wyrwany był do godziny 10.19 dziś moim jedynym planem tego ogromnego miasta. Idę z pół godziny - znak: 25 minutes do The City. Myślę - słabo. Przyśpieszam. Cisnę niemiłosiernie - a, czy wspominałam o tym, że już wczoraj zrobiłam koło 13 kilometrów - chodząc za pracą? Nie pewnie. Także idę, idę - nagle widzę ten budynek z czołówki Hotelu Babilon. Wiadomo, taką rakietę-wibrator. THE GHERKIN (znalezione w googlu poprzez hasło: building in London, like cucumber ^^). Myślę - o, to zupełnie jak PKiN - myślisz, że już jesteś blisko, a tu nie, few hours walk. Do rzeczy. W końcu doszłam, przeszłam przez rzekę, podeszłam pod katedrę (4,9 mili do tego momentu), do informacja, stara zagrywka: I'd like to get the map of London, but I don't have any money. Po czym: may You check for me addresses of Virginia Woolf? Jak mogłam nie pamiętać tego Bloomsbury - nie wiem. Zdarza się. I ruszyłam. 2,7 mili - patrzę - znam ten czerwony piasek. Co tam się piętrzy z przodu? Niemożliwe? Prawie przeoczyłam Buckingham Palace - gdyby nie to, że akurat była zmiana warty i mi zablokowali przejście - minęłabym bez zatrzymania. A tak, to musiałam przystanąć. Nic - idę dalej. Miało być blisko już. Bo kto by pomyślał, że między Hyde Park Corner a Hyde Park Gate 22 jest 3,3 mili. 

Puste miejsce, bo i tak nikt by nie zrozumiał istoty przeżycia metafizycznego w postaci dotknięcia okucia furtki do tego domu. 

Potem się poddałam. Człowiek jest słaby. 3,8 mili trasy powrotnej, Piccadilly Circus, jakieś metro, jakieś przesiadki. Ostatecznie Clapham i - bezskuteczne szukanie roboty. Ale co poczułam, to moje. A do Bloomsbury wrócę. I cieszę się, że już widziałam wszystkie "sztampy". Co by to było jakbym do tych 23,65 kilometra musiała dodać parlament, Big Bena, Westminster Abbey i nie wiadomo co jeszcze. Także - co tu dużo mówić - jestem bezrobotna. 

wtorek, 28 czerwca 2011

the last night on the Chilly Street.

Wpierw lektura: 

1. 'tymczasem towarzyszaące im panie, jako że każda z nich, wzorem swojej płci, doskonale potrafiła mobilizować męską konwersację bez konieczności przysłuchiwania się jej...' - to jest o tym, co myślałam, gdy p. prof. dr hab Agata Bielik-Robson nie pojawiła się na panelu dyskusyjnym. Myślałam wówczas - gdyby była ci chłopcy mówiliby piękniej, byliby bardziej elokwentni - jej obecność wzniosłaby ich na wyżyny inteligenckiego flowu. 

2. 'w dziewczynie nie znajdziesz oparcia - próżno tam szukać choćby krztyny stabilności, trwałości, spełnienia'. Komentarz zbędny. 

3. '...i właśnie doszła do przykrego wniosku, że chce mieć zupełnie inną twarz, tymczasem nie było na to praktycznie żadnych szans' - mój codzienny wniosek. I pokrycie w pop kulturze - 'every day i have a war against the mirror cos' i can't stand the person staring back at me'. 

4. 'tymczasem wasi artyści, kiedy zastaną bałagan, co robią? Wzruszają ramionami, odwracając się do swoich wizji - które z pewnością bywaja piękne, nie przeczę - i zostawiają po sobie ten sam bałagan, nietknięty' - dlaczego ISM - a nie cokolwiek innego - just wrodzona pedanteria. 'ludzie, których naprawde obchodzi sztuka, zawsze są nią najmniej dotknięci' - odnośnie biegania po muzeach i zabaw telefonem na koncertach wszelkiej maści. 

5. 'moim zdaniem, to własnie jest wielki błąd, który popełniają młodzi ludzie: nie pozwalają sobie na odczuwanie szczęścia' - obalamy. 

6. 'dzieci nie wiedzą, czym jest szczęście. (...) Nigdy nie zaznałem tyle cierpienia co w dzieciństwie. Dzieci nigdy nie zapominają niesprawiedliwości' - trafne i pokrywa się z teorią symptomów depresji u dzieci poniżej trzeciego roku życia. Także badajcie to, wielcy badacze. 

7. 'pomyśleć tylko, w jakich czasach żyjemy, ile mamy możliwości, ile perspektyw, jakie mnóstwo fascynujących zajęć, które dają radość - dlaczego człowiek żyje tylko raz, a nie dziesięć?' - i o co taki szum wokół Z. Baumana?

8. '...- wszystko wskazuje na to, że trzeba się z tym pogodzić. - Z czym? - Że na całym świecie nigdy nie będzie więcej niż pięć osób, z którymi warto porozmawiać. ' - mam niesamowite szczęście <3

9. I ostatni - perełka: 'czy to ma być początek miłość - chęć dokończenia rozmowy?'. 

+ Także... Toruń. Tak jakby nieco w tym moim mieście stałam się... Incognito? Żart sytuacyjny. I 'nie tracę zmysłów, kiedy Cię zobaczę'.  

+ Także... Gdyńsk, Lama Glama, Lama Alpaca, Love of My Life and The Husband. So good to see You in HD. Jak będę bogata kupię Wam Szopa. 

+ Także Warszawa - tudzież obrzeża - i tak dobra rozmowa, bo będę się upierać przy tym, że była to rozmowa, że odnoszę do punktu 8. dodając +1. 

Także - tydzień - 3 miasta w tym Trójmiasto - 3 Kluby -  no wiecie - G- - -luby. 

A teraz, to jest ten moment - ostatnia noc na Chłodnej. Podsumowałabym tak, że znów kończę pijąc marną kawę sypaną, że przespałam kolejny rok życia we śpiworze, że chyba nieźle sobie poradziłam z rzeczami w stylu pranie, zakupy i ogólne ogarnianie codzienności - a Proszę Państwa, to nie jest wszystko takie oczywiste. 

Podsumowałabym tak - Warszawo, żadnej krzywdy żeś mi przez rok nie uczyniła. 
Podsumowałabym tak - paradoksalnie, to kolejny najlepszy rok mojego życia (tak, tak, miałam liczyć od 24.05...) 

I zapominając o momentach tak koszmarnej samotności, że nic tylko zawrócić do domu, pomijając te parokrotne wybuchy rozpaczy, omijając momenty bezsilności i bycia w Abgrundzie - 'big city life' made my year, absolutnych Otchłani nie zaliczyłam, it's okey, it's okey. 

Także - the last chill out on the Chilly Street.

piątek, 24 czerwca 2011

koń by się uśmiał - notka z dedykacją?

Fabularnie: 

Także opowiem Państwu prawdziwą, straszną historię. Chciałam wrócić do domu. Nie wiem w sumie dokładnie sama co to oznacza, bo mój dom to miejsce przechodnie, którego umiejscowienia na mapie sama nie jestem w stanie wskazać, jest gdzieś między stolicą a Toruniem, między sercem a głową, między przyjaciółmi a pożądaniami - także jestem wrodzenie postkolonialna. W każdym razie - próbowałam do niego trafić. Przerzuciłam mój życiowy bagaż materialny, 76 kilo, na T. Mieszkaniowy, spakowałam resztę książek, bo to moje główne obciążenie i stwierdziłam - czas wracać.

Dworzec Warszawa Centralna. Uprzejmie, jak to PKP, poinformowali mnie, że brak 'napięcia', że pociągi nie jeżdżą, że 'nie sprzedam pani biletu, bo skąd ja mam wiedzieć, czy pociąg pojedzie' (nadzwyczaj, jak na PKP, racjonalne podejście). No to na Zachodnią. Bez bagażu, ogarnąć się, spotkać się, zorientować się - 'nie sprzedam pani biletu, tylko u kierowcy'. A pociąg z moim spotkaniem stoi we Włochach i nie rusza. A ja zagubiona, na tym nader śmierdzącym dworcu, okropnie zagubiona, myślę 'miasto moloch, nie chce mnie puścić'. Ale nie dam się - wracam - biorę bagaże, 157, przesiadka - 517 wypchane jak wagony towarowe, które woziły węgiel po II wojnie światowej ze Śląska do ZSRR. Prawie płaczę, bo ja jestem człowiek z prowincji i mnie takie zezwierzęcenie międzyludzkie przerasta emocjonalnie. Ale dobijam, niczym ten biały żagiel w białym szkwale, na wymarzony Zachód ('the west is the best') i co?! 'Dwa bilety studenckie to Torunia, kto chce!'. I wbijamy, i pełnia szczęścia, i myśl - dom?! I ten entuzjazm, który z każdą kolejną minutą w PKSie opadał. I ta baba, jak to powiadopisał Białoszewski - 'Elusia! Kupisz mnie podpasky?!' - bo ja się naturalizmu boję i zawsze przeżywam takie bezpardonowe uzewnętrznianie się. I ten płacz, gdy wysiadłam, głodna, brudna, zmęczona - i już stęskniona za Warszawą. 

Abstrakcyjnie: 

Dobra, powagi trochę, tu się zaczyna robić zbyt fabularnie. To nie epifanie, to ma być abstrakcja, comciam i ogólnie wyploty. Także wróciłam. Teraz co tam głowa.

'Pragnienie bez zaspokojenia, które właśnie zakłada oddalenie, inność i zewnętrzność Innego'. 'Mowa utrzymuje dystans między mną a Innym - radykalną separację, która nie pozwala odtworzyć całości i której wymaga transcendencja - nie może więc przekreślić egoizmu istnienia, ale sam fakt prowadzenia rozmowy świadczy o tym, że przyznaje Innemu prawo ponad tym egoizmem i właśnie w ten sposób usprawiedliwiam samego siebie'. 'Dobroć (...) która jest celem rozmowy...'. 
 
Także, kiedy odbieram prawo jazdy i uśmiecham się do tej kobiety po drugiej stronie szybki, i jestem dla niej Najuprzejmiejszą Dziewczynką na Globie, kiedy jestem idealnie ułożoną klientką w Metropolis, uśmiechając się do pani Karoliny z Ogródka, która ma ciężki dzień - to jest komunikacja twarz-twarz, żeby było nam wszystkim z sobą na świecie lepiej. Ale kiedy z uprzejmości wchodzimy w rozmowę - wszystko to con (to po hiszpański 'z', istotne dla gry słownej) tact, con-takt i w ogóle z wyczuciem siebie - to inne historie. Bo mamy ten ludzki odruch stawiania się obok/nad/pod ludzkością. Ja - reszta gatunku. I wtedy nam tak samotnie/lepiej/gorzej, w każdym razie - osobno. I pada pytanie, gdzie tu wartość. Czy w tej osobności wsobności, czy w tych prześwitach komunikacji. I ta moja naiwna wiara w ludzką duszę, w rozmowę i wspólnotę uczuć. Że możemy się dogadać. Niezachwiana, nawet w obliczu 'Elusia, kupisz mnie...' i nawet kiedy 'Nie ma problemu'. Wzniosłość.

Także ostatnia sprawa, skończyć z impetem - psychotest. Gdyby tak sprawdzić kiedy się zawierało, a kiedy się zawiera najlepsze przyjaźnie, można by udowodnić/obalić hipotezę o coraz to wcześniejszym wieku stawania się zamkniętym na con-tact. 

A moje życiesnem - mniej surrealistyczne od spotkania dziś na Szerokiej człowieka z Warszawy. BTW - miałam sen. Najuroczszy sen od niepamiętnych dni, mając z tyłu głowy (kogo kryptocytuję?), że długo nie śniłam. W każdym razie sen z wtorku na środę, byłam nieszczęśliwa się budząc. I również - ciekawostka psychologiczna - ból dłoni po wożeniu dobytku objawił się śnieniem o wypadku autobusowym i wbitych w nie (dło-nie) odłamkach. I, żeby przypadkiem nic wprost: 'we śnie jesteś moja i pierwsza, we śnie jestem pierwszy dla ciebie, we śnie (...) po... (...) i mądra jak sowa, a ja jestem przy tobie jak światło'. 

I, aby nie złamać obietnicy dobrowolnej, coś o koniach... i-haaa? Optowałabym jednak za przejażdżką słonną, i-HaHa (iŚmiech) - także dedykacja!

wtorek, 14 czerwca 2011

na przyszłość, gdybym jednak trafiła kiedyś do psychoanalityka

Wstałam o piątej trzydzieści, stwierdziłam, że idę po śniadanie, wyszłam, okazało się, że o tej godzinie sklepy są zamknięte, więc zrobiłam półgodzinny spacer po Mirowie, to prawie jak Mironowie, wróciłam.

Wyszłam i byłam szczęśliwa, zadowolona z rzeczywistości, słuchałam the kooks, chociaż ja też ich nie lubię w sumie, ale mają w sobie coś takiego naiwnego, także dobrze się do nich idzie w nastroju zaufania do losu, i śpiewałam pod nosem, pomyliłam autobusy, a to robię, gdy jestem czymś wielce zaabsorbowana, dojechałam jednak do celu, nadal w tempie żwawym, z rezonem i ogólnie entuzjazmem, chociaż miałam inne słowo. 

Na miejscu nie dość, że nie wiedziałam gdzie się podziać to było mi wstyd (i've always been good kid, it's time to stop, just drop it, just leave it, stop, let, go powiedziane tonem rytmicznym i pełnym przekonania trzydzieści razy na trasie norblin - chłodna o piątej parę dni temu).

Następnie ominę kluczowy moment, ponieważ polegał on na moim głębokim rozkminianiu niemalże cały czas o co mi właściwie chodzi - bezwnioskowo.

Potem rozkminianie wewnętrze zmieniło się w rozkminianie zewnętrzne.

Tak, zgadza się, jestem coraz niżej w skali samopoczucia.

Kryzys. Przesłanki bardzo racjonalne emocjonalne. Reakcja zbyt emocjonalna wewnętrznie. 

Autobus. Wytrzymałam dwa przystanki. Stwierdziłam, że albo zaraz złamie sobie rękę, albo będę po prostu iść. Tamka - ale prawą stroną - Świętokrzyska w ryk - ale lewą stroną, przez Świętokrzyską na przełaj już bez ryku, Emili Plater, odkrycie koszernego falafla - vide zdziwy /das ist link/ i chwilowe polepszenie kondycji psychicznej przez natknięcie się na hsm i tym samym potwierdzenie własnej marności.

I myśl - pójdę spać. Po prostu pójdę spać i nie będę myśleć. "Pomyślę o tym jutro" i pojutrze, i każdego kolejnego dnia. O tym, jak  różnie się zachowuje i dlaczego nie umiem zachowywać się tak jakbym chciała przy 'poniektórych'. O tym, jaka jestem nieszczęśliwa z powodu bycia asią, a nie pe. O tym, jak to nie umiem znaleźć od dzieciństwa, haha, bez disneya nie ma dzieciństwa, także od młodych lat, złotego środka. Jak się łatwo uzależniam. I wiązanka innych samostękań. 

Także dziś pora na sen. 

piątek, 10 czerwca 2011

szukam znaku na klawiaturze...

 ...który składałby się z połowy nawiasu uśmiechniętego i połowy smutnego. Takiego jak rzekomo gotyckie s, które bardziej przypomina f. Czegoś w rodzaju krzywoustego grymasu (... ślad).

Jestem od dwóch dni ucieleśnieniem only the one that hurts you can make you feel better. Cause the better should feel - the worse it feels (indeed). 

I z zawinięcia się działania i podejmowanie prób nagle spojrzałam do góry - patrzę, leże taka okutana w dywan aktywności i nadal mam ręce związane impulsami zewnętrznymi. Trochę pokrętna metafora. W każdym razie nadal to samo wałkuję, że moje lines and borders to dobra komplementarne w stosunku do czynności osób ode mnie niezależnych. Także up's - i'm down. 

Bo nadal, najwyższą prawdą jest fakt, że człowiek to istota społeczna a ja ecce homo i nic co ludzkie nie jest mi obce

don't like me. just want the attention. 

[edit] Jestem emocjonalnie na przełomie lat 2005/2006. I jest to o tyle przygnębiające, że, chociaż oczywiście nie powinno się porównywać, to patrząc na innych w 90% widzę progres. A u mnie cyrkulacja. Także pozdrawiam wszystkich współtowarzyszy tamtego okresu w moim życiu. [/edit] 
 

poniedziałek, 6 czerwca 2011

abstrakcja.

oderwę się na chwilę od siebie, choć na moment koniec z egotyzmem:

kontynuując wątek epifanii: o chorowaniu. choroba! most łączący Woolf i Prousta. snobizm. jestem snobką i wątek przewodni w poszukiwaniu straconego czasu. woda, morze - w cieniu zakwitających dziewcząt /tytuł tysiąclecia/ i the waves oraz to the lighthouse - tak, moi państwo. Porówywanie i jego, i jej do Cézanna. Fragment z wiadomością o samobójstwie w czasie wybierania się Guermantesów na bal przebierańców (wystarczy myśl, że ona ma na imię Oriana i klęczę mentalnie) a śmierć Septimusa Warrena Smitha w Mrs Dalloway. Streszczenie w stylu 'chłopiec zjada ciastko i zostaje pisarzem' a streszczenie 'Klarysa Dalloway wydaje przyjęcie. Septimus Warren Smith popełnia samobójstwo'. Ale to wszystko nic, to są drobiazgi, każdym geniuszom mogło się zdarzyć. Ale...

Ale, przyjmując hipotezę Wiesława (jak można nie przyjać hipotezy gościa o imieniu Wiesław - vide Dobrzyc) - Mrs Dalloway jako książka o tworzeniu dzieła sztuki: wysnucie paraleli między tworzeniem dzieła a przygotowaniem przyjęcia - to co się dzieje? Okazuje się, że można by zestawić w poszukiwaniu straconego czasu - jako dzieło o stawaniu się artystą i wybawieniu, jakie przynosi sztuka z mrs dalloway jako wskazówką innej drogi dojścia do aktu kreacji.  Ale to nic, to jest pół zabawy (marne wysiłki wzbudzenia w kimkolwiek napięcia, tak, wiem, nikt się tym nie jara) - ale dochodzisz do informacji, że Woolf nie lubiła Klaryssy jako postaci. I myślisz - aha, alles klar - ona widzi tę drugą drogę (z założenia i historycznie bardziej kobiecą/typową dla kobiet) jednak sama zostaje przy drodze Prousta. Ale jednocześnie pokazuje i uzasadnia prawomocność alternatywnej. I to, moi państwo, jest po tysiąckroć bardziej feministyczne niż room on one's own czy three guienneas.

A wracając do siebie - miałam dziś nawrót uczucia z czasów gimnazjalnych, które nawiedzało mnie, gdy słyszałam Jolene (ok. 5:18), potem koszmar, potem pobudkę pod wpływem nieznanych czynników a teraz znalazłam Cesare Borgia (kto by pomyślał, że był pierwowzorem Księcia - "wielce kontrowersyjna analogia")... Żyję. 

poniedziałek, 30 maja 2011

chluśniem, bo uśniem i takie tam.

mam jazdę wewnętrzną. taką pozytywną. opowiem. opowiadam. obok stoi kawa, żebym nie zasnęła w połowie. praca w 7/8 napisana, a to dopiero na czwartek, także jestem do przodu, a co, wolno mi, jak dam radę, to wolno, niepowoli. jutro robię nocny buw, bo to juz od 3 nocy działa a ja /dałam ciała/ i nie byłam jeszcze ani razu dłużej niż do 22. 

epi-fan-i-a. rozbroiłam ją. epi - jak epi-fora. jako ostatni. fan - jako grupa zdominowana, haha! i. a. albo ja, albo i asia (bo tak to się teraz nazywam). także jestem ostatnim fanem. czego? kogo? estetyczno-etycznego life-stylu. że niby estetyczny - a etyczny. jest fun (fan?) - nie powiem, że nie. 

dobra, do rzeczy. chciałam się przyznać, że lubię ludzi z warszawy/uw/ismu. napisałam taki wierszyk, że ich lubię, bo ich lubię. 

lubię ludzi stąd
na swoim
i na nimi postawią
a ja tracę grunt
pod zdaniami

lubię ludzi stąd
wiedzą jakdojadę
ale i jak dojść
do siebie
 
i coś tam. w każdym razie takie małe a cieszy. 
rano - bus, inny bus, ksero, ci 
mili ludzie, bus, w miedzyczasie 
kiosk, potem winda, kolos, 
dwór, winda, schody, 
eventim. mamy twój bilet, 
tramwaj, bus, ławka, wpis, 
schody, buw, referat, dwór,  
buw, bus, tramwaj,...

a w tym wszystkim ludzie. tacy dobrzy ludzie. lubię to. jestem fanką ludzkości. 
no naprawdę, jak ludzi kocham, nic nad ludzkość. 

wtorek, 24 maja 2011

notka z dedykacją (a nuż Ci się spodoba);

you've got to get yourself together
you've got stuck in a moment
and you can't get out of it

Prolog: 

Równo rok temu moja Mama źle przeszła próbę tolerancji. Wykazała się wówczas/skrzywdziła mnie dogłębnie:
a) niepamiętaniem o moich imieninach;
b) absolutną obojętnością na moje uczucia, o których istnieniu musiała wiedzieć (tudzież je przeczuwać);
c) brakiem kultury dyskusji (nie każdy może być na stosunkach międzynarodowych...);
d) nazwaniem mnie '_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _   _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _' ; 
Co oficjalnie już dawno temu jej wybaczyłam, szczególnie w świetle późniejszych wydarzeń z życia fabularnych. 

Koniec prologu. Treść:

W związku z motywacją (celowo pominiętą powyżej. I nie, nie mam na myśli różowego wina) tak emocjonalnej reakcji mojej Mamy data 24/05/2010 roku zapadła mi w pamięć i bardziej przemawia do systemu liczenia lat niż 08/03, także to nieco tak, jakbym dziś zaczynała nowy rok życia. W związku z tym oraz komentarzem adresatki dedykacji, uroczyście postanowiłam wprowadzić natychmiastową reformę budżetu emocjonalnego (cóż za wyszukana metafora) na rok drugi życia po 24/05/2010. 

Po stronie wydatków mam mianowicie zaangażowanie emocjonalne niezależnie od jego efektów. Po stronie przychodów zaś kategorię epifanii. I to jest słowo klucz. Epifania. 

Wiecie dlaczego bierze się młodych ludzi na dyrektorów w bankach? Bo mają tendencje do podejmowania ryzyka. Także, mimo tego 'że najlepsze lata twojego życia już za tobą', to od tego nowego lepszego roku podejmuję wyzwanie życia epifaniami i inwestowania w fundusze emocjonalne dużego ryzyka. W imię doświadczenia, które jest moim jedynym dotychczasowym kapitałem. 

Dzięks. 
 
and love is not the easy thing...
the only baggage you can bring
is all that you can't leave behind
 

poniedziałek, 23 maja 2011

gorzkie żale.

ta cała grafomania - tak, próbuję jakoś się wyrzygać ze słów. i ciągle nie mogę. nie ze strachu, wstydu, czy czegokolwiek innego racjonalnego (Tata ma link, pamiętajmy o tem! miejmy to z tyłu głowy, jak powiada Smętna A., a ja zawsze wtedy widzę... M., Katarzyna - co sie widzi po losach na hasło 'z tyłu głowy'?!) powodu, nie to nie to.

po prostu nie wiem co czuję. nic nie czuję. racjonalizuje uparcie kombinując nad reżyserią 26, czy którego tam, nieco się pogubiłam. chciałabym coś efektownego. i z każdą myślą, na czymś trzeba się skupić, bardziej sobą gardzę. bo ogólnie samopogarda to jedyne uczucie, którego pogłębianie wychodzi mi naprawdę dobrze (lubię to!). self-loathing. parszywe zobojętnienie.

także nie chce mi się się. w związku z tym ciągle tu coś przeskrobuję, coby odkryć co bym chciała. i chyba... chyba chciałabym po prostu koniec świata. kiedy stoicki spokój przeszedłby ostateczną próbę, a ja przestałabym, oprócz tego, że istnieć, to zastanawiać się nad kwestią, czy zapętlać się w destrukcyjnym działaniu, czy czekać 'na coś co może nigdy nie przyjść'.

żeby było zabawniej to dystans do fabuły życia rośnie w tempie geometrycznym z różnicą ciągu dobową. nawet samopogarda staje sie zdystansowana, bo gdyby była ... immanentna, to to słowo, to... to co? ale nie jest. tu stoicki spokój i dystans, a tam loser milenium, chodząca porażka, absolutny nieogar i ogólnie... ale pierdolenie. czego to się nie zrobi, żeby przestrawić.

środa, 18 maja 2011

uwaga: nuda.

1.muzyka:
 a. uczucia są takie uniwersalne. przez co można je łatwo zbanalizować. vide: Kelly Clarkson.
 b. przejście od słuchania negatywnego (zagłuszanie ulicznego burdlu) do pozytywnego (pure (S)M). 
c. i to co lubię najbardziej, wspólne mianowniki (czyli spoiler punktu 7.) - kwestia do zbadania, jaki wpływ ma wielowiekowa zdominowana pozycja kobiet na wykonywaną przez nie muzykę. w każdym razie mój gender issue w tym momencie przestaje istnieć, bo z niczym się tak nie identyfikuję jak z dekadencką Amy (trochę mocno naciągane to wyznanie, ale niech sobie będzie, że niby jestem taka zdecydowana).  
2. uznanie de facto. to jest to. zgoda na stan zastany. 
3. mam wrażenie, że przez trzy ostatnie dni stworzyłyśmy z Lidzią w miarę stały sposób funkcjonowania. 
4. BUW już mnie tak dogłębnie nie jara (ludzie). jara mnie ławka przed/za domem.
5. zyskałam przyjaciółkę/domknięcie.
6. tyle mi się myśli. mantry: 'jesteś silniejsza niż myślisz' / 'dziwisz się? nie dziwisz się.' / 'gdybym nie x, to by nie...'.
7. metafory matematyczne:
a) sinusoida z skalą zmiany dobową. na sobotę przypada tendencja denna.
b) bywałam tak dużo, dużo głębiej, w skali otchłani bujam się po powierzchni. 
c) w stronę spożywania cyferek.
8. porównanie źródła wody oligoceńskiej do studni - kobieta w turbanie z plastikowymi butlami ~ wodziarka dziewietnastowieczna.
9. radykalizm ustawania fascynuje mnie swą pozornością.   

65 godzin do 0. I co ja robię zamiast się uczyć? przeżywam i doświadczam. uczłowieczam się. 

ludzie. człowiek. mówiłam, że nuda.