Fabularnie:
Także opowiem Państwu prawdziwą, straszną historię. Chciałam wrócić do domu. Nie wiem w sumie dokładnie sama co to oznacza, bo mój dom to miejsce przechodnie, którego umiejscowienia na mapie sama nie jestem w stanie wskazać, jest gdzieś między stolicą a Toruniem, między sercem a głową, między przyjaciółmi a pożądaniami - także jestem wrodzenie postkolonialna. W każdym razie - próbowałam do niego trafić. Przerzuciłam mój życiowy bagaż materialny, 76 kilo, na T. Mieszkaniowy, spakowałam resztę książek, bo to moje główne obciążenie i stwierdziłam - czas wracać.
Dworzec Warszawa Centralna. Uprzejmie, jak to PKP, poinformowali mnie, że brak 'napięcia', że pociągi nie jeżdżą, że 'nie sprzedam pani biletu, bo skąd ja mam wiedzieć, czy pociąg pojedzie' (nadzwyczaj, jak na PKP, racjonalne podejście). No to na Zachodnią. Bez bagażu, ogarnąć się, spotkać się, zorientować się - 'nie sprzedam pani biletu, tylko u kierowcy'. A pociąg z moim spotkaniem stoi we Włochach i nie rusza. A ja zagubiona, na tym nader śmierdzącym dworcu, okropnie zagubiona, myślę 'miasto moloch, nie chce mnie puścić'. Ale nie dam się - wracam - biorę bagaże, 157, przesiadka - 517 wypchane jak wagony towarowe, które woziły węgiel po II wojnie światowej ze Śląska do ZSRR. Prawie płaczę, bo ja jestem człowiek z prowincji i mnie takie zezwierzęcenie międzyludzkie przerasta emocjonalnie. Ale dobijam, niczym ten biały żagiel w białym szkwale, na wymarzony Zachód ('the west is the best') i co?! 'Dwa bilety studenckie to Torunia, kto chce!'. I wbijamy, i pełnia szczęścia, i myśl - dom?! I ten entuzjazm, który z każdą kolejną minutą w PKSie opadał. I ta baba, jak to powiadopisał Białoszewski - 'Elusia! Kupisz mnie podpasky?!' - bo ja się naturalizmu boję i zawsze przeżywam takie bezpardonowe uzewnętrznianie się. I ten płacz, gdy wysiadłam, głodna, brudna, zmęczona - i już stęskniona za Warszawą.
Abstrakcyjnie:
Dobra, powagi trochę, tu się zaczyna robić zbyt fabularnie. To nie epifanie, to ma być abstrakcja, comciam i ogólnie wyploty. Także wróciłam. Teraz co tam głowa.
'Pragnienie bez zaspokojenia, które właśnie zakłada oddalenie, inność i zewnętrzność Innego'. 'Mowa utrzymuje dystans między mną a Innym - radykalną separację, która nie pozwala odtworzyć całości i której wymaga transcendencja - nie może więc przekreślić egoizmu istnienia, ale sam fakt prowadzenia rozmowy świadczy o tym, że przyznaje Innemu prawo ponad tym egoizmem i właśnie w ten sposób usprawiedliwiam samego siebie'. 'Dobroć (...) która jest celem rozmowy...'.
Także, kiedy odbieram prawo jazdy i uśmiecham się do tej kobiety po drugiej stronie szybki, i jestem dla niej Najuprzejmiejszą Dziewczynką na Globie, kiedy jestem idealnie ułożoną klientką w Metropolis, uśmiechając się do pani Karoliny z Ogródka, która ma ciężki dzień - to jest komunikacja twarz-twarz, żeby było nam wszystkim z sobą na świecie lepiej. Ale kiedy z uprzejmości wchodzimy w rozmowę - wszystko to con (to po hiszpański 'z', istotne dla gry słownej) tact, con-takt i w ogóle z wyczuciem siebie - to inne historie. Bo mamy ten ludzki odruch stawiania się obok/nad/pod ludzkością. Ja - reszta gatunku. I wtedy nam tak samotnie/lepiej/gorzej, w każdym razie - osobno. I pada pytanie, gdzie tu wartość. Czy w tej osobności wsobności, czy w tych prześwitach komunikacji. I ta moja naiwna wiara w ludzką duszę, w rozmowę i wspólnotę uczuć. Że możemy się dogadać. Niezachwiana, nawet w obliczu 'Elusia, kupisz mnie...' i nawet kiedy 'Nie ma problemu'. Wzniosłość.
Także ostatnia sprawa, skończyć z impetem - psychotest. Gdyby tak sprawdzić kiedy się zawierało, a kiedy się zawiera najlepsze przyjaźnie, można by udowodnić/obalić hipotezę o coraz to wcześniejszym wieku stawania się zamkniętym na con-tact.
A moje życiesnem - mniej surrealistyczne od spotkania dziś na Szerokiej człowieka z Warszawy. BTW - miałam sen. Najuroczszy sen od niepamiętnych dni, mając z tyłu głowy (kogo kryptocytuję?), że długo nie śniłam. W każdym razie sen z wtorku na środę, byłam nieszczęśliwa się budząc. I również - ciekawostka psychologiczna - ból dłoni po wożeniu dobytku objawił się śnieniem o wypadku autobusowym i wbitych w nie (dło-nie) odłamkach. I, żeby przypadkiem nic wprost: 'we śnie jesteś moja i pierwsza, we śnie jestem pierwszy dla ciebie, we śnie (...) po... (...) i mądra jak sowa, a ja jestem przy tobie jak światło'.
I, aby nie złamać obietnicy dobrowolnej, coś o koniach... i-haaa? Optowałabym jednak za przejażdżką słonną, i-HaHa (iŚmiech) - także dedykacja!