ta cała grafomania - tak, próbuję jakoś się wyrzygać ze słów. i ciągle nie mogę. nie ze strachu, wstydu, czy czegokolwiek innego racjonalnego (Tata ma link, pamiętajmy o tem! miejmy to z tyłu głowy, jak powiada Smętna A., a ja zawsze wtedy widzę... M., Katarzyna - co sie widzi po losach na hasło 'z tyłu głowy'?!) powodu, nie to nie to.
po prostu nie wiem co czuję. nic nie czuję. racjonalizuje uparcie kombinując nad reżyserią 26, czy którego tam, nieco się pogubiłam. chciałabym coś efektownego. i z każdą myślą, na czymś trzeba się skupić, bardziej sobą gardzę. bo ogólnie samopogarda to jedyne uczucie, którego pogłębianie wychodzi mi naprawdę dobrze (lubię to!). self-loathing. parszywe zobojętnienie.
także nie chce mi się się. w związku z tym ciągle tu coś przeskrobuję, coby odkryć co bym chciała. i chyba... chyba chciałabym po prostu koniec świata. kiedy stoicki spokój przeszedłby ostateczną próbę, a ja przestałabym, oprócz tego, że istnieć, to zastanawiać się nad kwestią, czy zapętlać się w destrukcyjnym działaniu, czy czekać 'na coś co może nigdy nie przyjść'.
żeby było zabawniej to dystans do fabuły życia rośnie w tempie geometrycznym z różnicą ciągu dobową. nawet samopogarda staje sie zdystansowana, bo gdyby była ... immanentna, to to słowo, to... to co? ale nie jest. tu stoicki spokój i dystans, a tam loser milenium, chodząca porażka, absolutny nieogar i ogólnie... ale pierdolenie. czego to się nie zrobi, żeby przestrawić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz