czwartek, 30 grudnia 2010

2010.

not that sure whether'd like to have it all written down. 

Dobra klamra kompozycyjna 2010. Rok temu, to ja się głowiłam, czy zadzwonić. Dziś nieodebrałam połączenia. Unintentionally, but still. Można by stwierdzić, że to po prostu tendencja. Predyspozycja do danego modelu zachowania. 

ale prawdę mówiąc, naprawdę, najważniejsze jest to, co zostaje. głęboki oddech przed bramą, zakładanie rodziny z kaloryferem, potrzeba obracania głową, kiedy się jest na moście. takie drobiazgi. 

a zmiana daty rocznej chyba przestaje cokolwiek znaczyc, w obliczu 'nieuchronnego końca naszej cywilizacji'. Though: 
 
tyle było dni do utraty sił
do utraty tchu tyle było chwil

pamiętnik z powstania warszawskiego obmapywanie europy aameryka ostatnie wiersze niby ja o poezji białoszewskiego język poetycki mirona białoszewskiego teatr osobny donosy rzeczywistości wiersze bolesława leśmiana zawał było i było mylne wzruszenia rachunek zachciankowy oho pisanie białoszewskiego małe iluminacje o wierszach mirona białoszewskiego chamowo poezja polska w latach 1939-1968 pokój jakuba notatki z podziemia jasny słoneczny poranek iluminacje sezon w piekle raport z oblężonego miasta i inne wiersze dżuma dwa eseje mit syzyfa artysta i jego epoka obcy sklepy cynamonowe sanatorium pod klepsydrą autobiografia filozoficzna niebieska zasłona siedem szkiców ktoś we mnie paradoks czasu gracz nazywam się czerwień mur bracia karamazow lala depeche mode własny pokój trzy gwinee dzikie palmy o chorowaniu upadek potret biesy sekret hiszpańskiej pensjonarki odette i inne historie miłosne lata chwile wolności dziennik 1915-1941 kapuściński non-fiction dostojewski i nietsche wspomnienia z domu umarłych kronika zapowiedzianej śmierci odczytywanie romantyków w lewa ręka ciemności malafrena wojna światów gawędziarz białe noce procurator judei i inne opowiadania bohater spisek śmierć wykłady żydowskie ulisses the story of tibet conversations with the dalai lama the art of happines a handbook for living freedom in exile the autobiography of the dalai lama the joy of living and dying in peace the way to freedom łaskawe idiota na drodze jedz módl się kochaj proszę bardzo kim inna nowoczesność pytania o współczesną formułę duchowości ukryty wymiar na pustyni kryptoteologie późnej nowoczesności 

środa, 22 grudnia 2010

doma.

i spadsuwam się, nie-równia pochyła, w doły. bo dopóki w mieście, to 'nieźle'. bo wyście piękni, dobrzy ludzia. 

ale tutaj, na materacu... pustynia, bezludnie. otchłań. noce, one nagle, płacze, wszystko tamto, zimno, liczenie, pustota w środku, szóste ranki, te wszystkie gramy, kilogramy, na ile cząstek można pokroić kromkę pełnoziarnistego chleba, to, ile ich umiera, ile ich umarło, to, że ja odludzie, to głód na świecie, że inny świat, że trzeci świat, to jak nisko można upaść świadomie, to shoa, to losy Polaków, to od dwudziestej trzeciej do szóstej nie grzeje, to bezbożność, to zimny kaloryfer, od którego w dal, to te wszystkie upokorzenia, to te wszystkie samoupokorzenia, bo to ja ich samoautorem, te wszystkie nigdy nikogo, te wszystkie nikt nigdy, te perpetum mobile problemowe, te wszystkie żale, łzy heraklitowe, te wszystkie co się polały, to wszystko, wraca. i lęk. i nie minęła doba, a ja niepokój. 

i nie mogę znieść swojego towarzystwa. męczę się ze byłą sobą, strasznie. jakby przebywać z własną autokarykaturą. i na domiar złego - skłóceni przodkowie. 

i żeby nie spaść w tę otchłań łapię się rękawów. i dopóki pachną, to się zniosę. zmierzę się ze sobą, sprawdzę, czy wyrosłam z formy. bo póki co, to przegrywam i się samoupupiłam. 

z dna nie widać, że to tylko na czas jakiś i, że to tylko ja się straszę. z dna widać, że nie można już być niżej. all the ghosts are assembling to the party! 

sobota, 4 grudnia 2010

Dic.

bez wersodzielności ciągłem napiszę co mi się kudli - zmarzłam. a nie. zmarłam. zamieram. wymiernie. wymnie mnie zimanie. ziemianie. umieranie w spadanie. 

a jeszcze w listopadzie mówiłam, że bębniarze w tramwajarze, że na całej linii wygrywam szybę, że ni chybi szybi rytm i rumor w humor, że opad uniesień i jeszcze brak śniegów, że uf, to by było za wiele tego niebnego, conieco nie bo po co. 

a także i były rozprzeproszone myślipociele. i tak się przed szczerze, niekojeszcze, nieco. o ja cię. kojące. czy juże, czy nie także. i te drzwi otwarte na niepokoje. i dziwność ta skończoność, jak taka ja jak nigdy dotąd. 

i ap-ost-rofa. za znasz mnie. zbyt wiedzy. do mysł? do-chodzi do-rowód do-świadczeń. 

a teraz do-słownie, zamiast od słowa do słowa przemykać z treścią. także nowoczesność, jak skończę to wyłożę mój zachwyt i zachłyst. chłystek. także świąteczna reinterpretacja jako pomarańczowej rewolucji. także starożytności mi wzrasta zrozumienie. także winnam niewytłumaczeń dokreślonych. 

i 'gwiazda ZTM', takie hasło. i patrzę, i widzę, i słyszę, że Ch. Tilly, że T. Żyro, że już znam te nazwiska. 

piątek, 19 listopada 2010

notka z the dykcją. akcją.

cytaty i reinterpretacje.

question: 'do i feel lucky?' 'well, do ya,  punk?'
answer: 'I want You to hit me as hard as You can.'
reason: 'a imię jej czterdzieści i cztery

key number. mission impossible. never ending why. 'niemożność'.

bo jak wiele mogę zdziałać w oparciu o to, że chcę, że mnie uprzejmość rozpiera i że staje się niczym 'Deptuła, czyli optymizm'. wczoraj pół-idąc, a propos, dowcip, pół-podskakując, pół-pomyślałam, pół-poczułam: 'jestem człowiekiem...' i pół-dodałam tam jakąś przydawkę. 'myślącym'. 'czującym'. ale nie, (tutaj jakaś gadka w stylu 'bratku'), nie ma, przydawki już nie poczułam. i zatrzymałam uczuciomyśl na 'jestem człowiekiem'. brzmi prawie jak 'myślę, więc jestem'. albo jak 'tabula rasa' - tylko odwrócone akcenty. gdyby nazwać to wierszem byłby trochej i amfibrach zamiast amfibrach - trochej, chociaż zapewne łaciny się stopy nie imają. 

i jeszcze to przekonanie o wstręcie do pracy, w celu której wykonywania teoretycznie studiuje (codzienny widok ministerstw i dwadzieścia stron Maxa (!) Webera może wiele zdziałać, w przeciwieństwie do rozpierającej uprzejmości i optymizmu). Moc sprawcza.

i cytat dla the dykcji: 'jak to się robi w...?!' 'nic nie rób'. 

środa, 10 listopada 2010

przypadek.

jeden z filmów, których nie widziałam, których wyobrażenie mam tak dokładne, że nawet obejrzenie nie dałoby rady go zmienić. for what to watch it then. ale jak się ima film, którego nie widziałam, do tego snucia życiowych historii tu i teraz. ano takto.

czwartek - sobota - środa. tramwaj - pociąg - autobus.

mamy więc triadę przypadków nieprzypadków listopadowych, jak dobrze, że skończyłam paździenik, w zależności od interpretacji. pkp nadal przerwa techniczna, twardo odświeżam. z czego co każdy kolejny jeden znieprawdopodobniony. historie bez puenty. puenty są nieżyciowe. ponoć pisarze myślą kartkami. gdybym miała się nie zgodzić, to powiedziałabym, że myślą koncepcjami. koncepcje są ponadkartkowe. nieskartkowane.a gdybym miała powiedzieć, czego mi brakuje, to możliwości poszukiwania straconego czasu. i koncertu fortepianowego.

półtorej godziny później, po tym, gdy posprzątałam kuchnię i łazienkę (dlaczego nie łazienkę i kuchnię? zawsze kuchnię i łazienkę). dziwna pora jak dla mnie na takie zajęcia. do rzeczy.

czuję się tak, jakbym miała dane do jakiegoś zadania, którego treści nie znam. jak się ima czwartek do soboty, a ta z kolei do środy? jak się ima tramwaj do pociągu, tudzież autobusu? jak się ima moje nagłe zwątpienie w true love, co do którego pisowni jestem tak skołowana, że już lepiej niech będzie t-l, do mnie jako mnie. to był od dawna pewnik. piorun, błyskawica i na całe życie. a teraz? najpierw sobie wymyślam, że żadnych nieszczęśliwych miłości, potem, że t-l to byzydyura (kto pamięta z jakiej to piosenki, ha!).

widzisz. panta rhei. a ja nadal z niej nie wyszłam? nie, po prostu do tej pory szłam pod prąd, a teraz spływam górnym biegiem i napataczam się na to. i owo.


ta notka, jak to się stało z poprzednią, zniknie stąd, kiedy tylko przestanie mnie dziwić przypadek środowy.

sobota, 30 października 2010

skończmy październik nim zacznie sie listopad.

a zatem sfabularyzowana wersja dni ostatnich (bez piątkosobotyniedzieli, wyrwanych z tego świata). nie no, bez przesady, sfabularyzowanych? żeby się lepiej czytało? nie ma opcji. wróć. rozsypanka słowna i niezrozumiały bełkot. tak. aluzje, których za parę miesięcy sama nie wychwycę - tak. detale, które nikogo, włącznie ze mną w wersji zaparomiesięcznej nie obchodzą. tak. seize the day. 

dwa razy odpowiedziałam na pytanie. the question niech nawet będzie. die frage. lepiej. die frage. it's easy. w piątek i we wtorek. wróć! we wtorek i w piątek. poniedziałekwtorekśrodarano zniknęły. środa popołudniowa wróciła sobotnim wieczorem. zresztą, była ze mną przez cały piątek. powoli, zwolnij, łap wątek. środa. bo ja po prostu nie umiem nie być nieszczęśliwa? taka wymówka. dobra w sumie, jak każda inna wymówka, ja tam wierzę wymówkom, są równie dobre, co powody. ale zaczęło się w zeszły piątek. bo po roku postanowiłam bardzo metaforycznie zainwestować w spódniczkę. tzn. w sumie nie było ani spódniczki, ani inwestycji. po czym w środę - jak nie wprost, ale to co chcę, jak? że środa, że plac, którym wracałam i myślałam, że piękny plac, że ludzie dobrzy, że ludzie intrygujący, że człowiek interesujący, że tak, tak, wiecie co ja wtedy myślę. że jakby coś, to bym mogła. ale nie mogę, bo zupełnie nie jakby coś. i tak myślałam do piątku. 

wszyscy szukamy prawie obcych na facebooku, nie? to takie normalne. wiecie, pamiętam czasy szukania ludzi, kiedy nikt nie miał fejsa i enki. po fotoblogach, przez cokolwiek w googlu... teraz to wszystko jakoś łatwiej przychodzi, mniejsze ryzyko pudła, w sumie gdyby kogoś na fejsie nie było, to możesz się zacząć zastanawiać, czy nie jest wytworem wyobraźni. w każdym razie mission accomplished. i wierci mi się to wszystko po głowie. i doceniłam usosa. i próbuję instynktownie, próbuję połaczyć szczegóły, które pozwala mi poznać, ale ogólnie, to tak, wszystko w porządku i nie, nie złamałam postanowienia.

po środzie czwartkowy katastrofizm. w sumie czwartek wieczorem teraz to już piątek. i ciąg dalszy piątku. muzeum narodowe, wstęp wolny, otwarte do 20.00. w sumie warto dla wyspiańskiego, dla wojtkiewicza, nieco weissa. czapskiego, wróblewskiego. ale wyspiański. pierwszy raz w życiu helenka nie wydała mi się tak bardzo brzydka. i jeszcze starożytności. piątek. praga piątkowa. kontynuacja środypopołudnia - znalazłam świątynie buddyjską. otoczoną wysokim, zardzewiałym płotem, żeby się upewnić, że to to, wystawiłam rękę uzbrojoną w nieśmiertelną nokię w celu uwiecznienia pagody ze strachem, że nawet nokia nieśmiertelna może nie przeżyć przetrwać bycia odgryzioną przez groźne psy, które na pewno buddyści tam trzymają, żeby chronić swoją buddyjską prywatność. piątek praga. wytwórnia wódek, zajezdnia tramwajowa, warszawskie bydgoskie. i potem właśnie dopiero było muzeo, a chronologia się poszła jebać. 

i dzisiaj. dzisiaj zakończyłam środę tątygodniową. miałam pojechać na lizbońską 2, ale wywiało mnie na... pragę? tak. śpiewaki orkiestrowe pomnik, budynek pożydowski, kościoły, zagłębia klubowe. po czym miałam pojechać na lizbońską 2, ale jestem panikara i nie chciałam po ciemni na chamowo bezludna. takto wróciłam na tę stronę wisły (w toruniu druga strona to ta strona, ale wolę ten tutejszy układ, bo gdy wracam, to na zachód, a przecież nie ma lepszego kierunku podróży niż na zachód, szczególnie pod wieczór). i zakończyłam środę odwiedzając plac dąbrowskiego (7), który okazał się być placem, którym szłam w środowieczorną porę myśląc o dobrze ludzkim, interesującości ludzkiej i takich tam euforycznych stanach uniesienia, że niby wszystko będzie dobrze. i znów mnie więc ta euforia ogarnęła, bo ja jestem capable of being the most and the least happy person in the world and one knows it not from today. zeuforyzowana biegłam do 171, znalazłam 157 i pojechałam na tarczyńską (11). wzruszyłam się pod tablicą z tymi wszystkimi lepami, żmudami i osmędeuszami. man! i did grew to love warsaw. 

wróciłam. a nawet:

no naprawdę 
naprawdę 
wróciłam.

to co było. co będzie. jutro idę na wykład, bo to moja ulubiona forma spędzania czasu (poza lataniem w kucki). do synagogi, albo gdzieś obok. tak, chcę. a wraz z początkiem listopada pojadę na powązki i cmentarz żydowski. lecz zanim, stworzę listę, co jeszcze chcę zobaczyć. numer jeden - lizbońska 2.  

i jeszcze, już naprawdę tylko jedno - w narodowym chopin w wykonaniu george sand, który wbiega po schodach skacząc po cztery stopnie na raz. warszawa w paryżu. 

czwartek, 21 października 2010

polskości.

trochę postmoderny. 

kino femina (E2, nie 171) - uniwersytet - nowy świat (w tym wypadku obojętne co, może być nawet na plac piłsudkiego, co normalnie jest absolutnie nie do przyjęcia) - hotel bristol (od następnego razu - plac zamkowy!) - biblioteka uniwersytecka (506 bodajże i nadal nie pamiętam który z niepośpiesznych) - rondo onz (dowolny tramwaj) - hala mirowska (pierwszy wagon, pierwsze drzwi!) - kino femina (E2 albo 171) - dh smyk / plac trzech krzyży (wolę dh smyk) - nowy świat (155) - mennica - kino femina - dh smyk / plac trzech krzyży (oczywiście - wolę dh smyk) - plac trzech krzyży (118 chyba. trasa przez powiśle. a powiśle... powiśle to miejsce, w którym mogłabym mieszkać) - biblioteka uniwersytecka - biblioteka uniwersytecka - rondo onz - hala mirowska - kino femina - uniwersytet - nowy świat - mennica - chłodna (ten jeden jedyny autobus, który stąd odjeżdża) - banacha szpital - banacha szpital (przystanek przy restauracji jeff's, amerykańskie żarcie, amerykański styl, ceny jak w dolarach) - chłodna - kino femina (tutaj może być wola ratusz, bo E2 i tak nie jeździ o tej porze. ogólnie o tej porze niewiele jeździ, a i tak rozkład pozostaje raczej pobożnym życzeniem, niż stanem faktycznym) - dh smyk - nowy świat - mennica - kino femina - biblioteka uniwersytecka - rondo onz - hala mirowska. 

czyli kiedy wychodzę z domu - wolę tymi z os. górczewska w stronę wilanów albo torwar. kiedy wracam wolę tak, żeby zrobić pętlę. czyli wyjść rano wyjściem przy cieciu i w lewo, a wrócić z naprzeciwka ciecia, z prawej. musiałabym chyba wyrysować. 

patenty, czyli czego nauczyłam się w warszawie:

...kiedy wsiadasz do tramwaju w stronę ronda onz - ostatni wagon, ostatnie drzwi to miejsce, w którym chcesz się znaleść.

....kiedy wsiadasz do tramwaju z ronda onz w stronę hali mirowskiej - pierwszy wagon, pierwsze drzwi - to miejsce, w którym chcesz się znaleść.

...autobus 155 nowy świat - mennica - ostatnie drzwi. 

...biedronka na grzybowskiej jest bliżej niż ta na tamka, po wielokroć bliżej, ale nie ma z niej dojazdu. z tamka, oprócz tego, że jest po drodze z punktu ksero 7 groszy za stronę, z ulotką 5 groszy za stronę z książki (mam chyba z 10 ulotek i żadnej nie wykorzystałam, bo nie kseruje z ksiażek) to wystarczy przejść przez 3 przejścia i - mam bezpośredni do domu! Biedronka stanowi również przykład sieci, która straciłaby na wzroście dochodów, bo jak wiemy, spada wtedy zapotrzebowanie na dobra niższego rzędu. zresztą - nie mają płatków owsianych. niepojęte.

...kiedy wchodzisz do buwu nawet nie kłopocz się uśmiechaniem, savoir-vivrem, kulturą... po prostu nie wkładaj czapki i szala do rękawa. i tak szatniary znajdą tysiące powodów, żeby ci pokazać, że nic nie znaczysz.

...z budynku nowy świat 67/69 (pod którym to numerem w usosie kryje się również budynek krakowskie przedmieście 1) na przystanek bliżej jest, kiedy wyjdziesz od tyłu.

...co do budynków. szkoła języków obcych - od razu w lewo za kioskiem. dalej w lewo, w górę i budynek po lewej - geografia. za kioskiem prosto - miejsce styku prawa i iesemu. palący: przed bramą główną, przy sjo, przy audimaxie, przy kiosku. palący ogólnie, nie tylko na kampusie: przed iesemem, przed buwem, przy wyjściu z centralnego na przystanki, przed każdym centrum handlowym. plus wszędzie indziej w gruncie rzeczy. a! ogromne skupisko na tyłach nowego świata 67/69 / krakowskiego przedmieścia 1. 

a jutro odpiszę na listy. korespondencja. 

z sytuacji - proszę panią o fajkę. nawiązuję kurtuazyjną pogawędkę. pyta mnie na czym jestem. mówię. na co ona: 'fajnie.' ja: 'fajnie? to dobrze.' ona: 'ja skończyłam terapię uzależnień'. to dopiero fajnie, nie?

z myśli - badając moje poprzednie inkarnacje - gdzieś w połowie XIX wieku - biedny student w petersburgu. nie wiem dlaczego, ale jakoś zbyt mocno mi bije serce na myśl o braku koszuli na zmianę, żeby nie było w tym czegoś paranormalnego.

z życia - głośnik w telefonie mi padł. surrealizm! odbieram, gadam, nasłuchuje-chuje-chuje (porachuje-chuje!) - nie ma nic po drugiej stronie. matrix! naprawdę. niewyobrażalne uczucie odczucie, odebrać telefon, widzieć, jak nabija sekundowe naliczanie, a tu nic! cisza.

i jeszcze o rutynie - bo zaczyna się pojawiać. poniedziałek i wtorek zbijają się w jeden długi ciąg pracy. tak jakbym 48 godzin się uczyła. środa rano zalicza się do poniedziałkowtorku. środa popołudnie - do weekendu, bo ogun wybrałam sobie idealny. chociaż chyba większość ogunów jest idealnych. czwartek i piątek są dobre, bo poza tym, że mam 3 godziny w porządku, 1,5 godziny 'prawdy', to mam jeszcze 4,5 godziny, które stanowią dobrą odpowiedź na pytanie co ja robię na stosunkach międzynarodowych. 

dziś dowiedziałam się, że z głodem na świecie, to nie jest tak źle. że znaleźli rozwiązanie. że znaleźli wędkę. z sh nie jest tak daleko od tego rozwiązania. a najgorsze (to jest moment kulminacyjny notki) - że znaleźli to rozwiązanie 5 lat temu. 

i na co te wszystkie łzy, żale heraklitowe, skoro od 5 lat wszystko jest na dobrej drodze do tego, żeby nie było tak źle? skoro już miliard ludzi, który żył za dolara dziennie, żyje za 1,2 dolara?! skoro 500 000 chińczyków stało się - słowo klucz - konsumentami! odpowiedzią na pytanie - dla kogo produkować! dziś cały świat noszę w lewej kieszeni mego uniesienia! 

i jeszcze jedno. noszę dwie różne skarpetki, K. mijam codziennie 'pod panem' kopernikiem, M. 

sobota, 16 października 2010

quiero decir una cosa.

si. quiero decir una cosa muy importante. es siempre como es ahora. la intriga se repite. soy en el entorno nuevo. no conozco nadie. no confio nadie. tampoco yo. porque soy indefinido. no tengo que ser yo, puedo crear la persona nueva. un papel es vacio, mi 'tabula' es 'rasa'. es cuando en escenario se presenta el. el es bastante inteligente y agradable. el conflicto empieza. tengo que escoger. entre comodo y sinceramente. la ultima vez escogia comodo y es era falta. ahora quiero ser honrada. he leido dalajlama, si?

entonces - me pregunto si ser honrada significar editar el retrato en facebook? o cuando me presento anadir a nombre los detalles sobre mi vision a la vida? o quiza es la sena especial para la gente que son... entendeis? una vez (a decir verdad - dos veces) tenia la pulsera de colores al arco iris para hacer todo mas facil. pero nada era mas facil. no importa - con la pulsera o sin pulsera - la gente piensan, luego charlan y en fin preguntan (despues pocos anos usualmente). 

hoy he oido alguien pronunciando tuyo nombre en alto voz. mi contrasena, en todos posibles significas. volviendo a lo que sentia antes. solo me quiera asegurar. unas palabras de tu me quedan sin habla. puedo pasar todo mi vida te echar de menos. por lo menos - lo suena bien.

solo para explicar - esa nota no cambia el hecho que nunca mas aventuras platonicas. como pueden leer arriba - tenia bastente para toda la vida. 

sobota, 9 października 2010

kotlety tęsknoty. longing chops.

it'd be hard to explain the difference. every single difference. drinking one coffee (per day). spending almost or more than two hours in buses and trams (per day). being in the library three hours (per day). asking for cigarettes in the street five or six times (per day). counting every single penny (sounds better than zloty) per rolls (per day). dividing days into hours and a halves instead of forty fives. and HSM no longer stands for High School Musical. and since Monday until Friday not having time to think about death. it is different.

but don't want to explain the difference. reading ones will see on their own, suppose. today's aim is to put into words something quiet new for me. a mianowicie the fact, that very important decision has been made. no more unhappy, platonic loves. all in all did spent more than one third of my life being unhappily in love. and now with eyes/plural I:

I do forgive myself all those loves. I do forgive myself all those crazy little things I did for these loves. I do forgive myself lilac's issues, fifteenth issues, pockets' issues, basement's issues, bike issues, angels' issues, mails' issues, dancing issues, mirror issues and all other kinds of issues. I do know that I could be on straight way to another issue, cause where there's a will, there's a way. but. man, I have been there before. not once. and it's high time to try not to make another circle. and, on the other hand - I dealt with last issues with issues. 'I hope we could still be friends. I'm friends with all of my boyfriends, my ex-boyfriends'. No hard feelings, it's understandable that they and me couldn't have worked out. Never ever. It just hadn't reason of existence, just like the permanent element of this equation doesn't have it neither.

that's for now. no more falling for anyone, no more crushes. it's not like I couldn't do it. as was said - straight (it looks funny in this context) way. I will work on developing compassion and empathy for all living creatures. Including all this wormy worms, insects, little cockroaches and other kinds of i-hope-it-wasn't-my-future-grand-son-the-insect-i-just-have-killed, which share my half-room with me. 

still i wonder about hundred feeter. i'd like to play a game. feminist or gay. 

sobota, 2 października 2010

pamiątki stolicy.

Czytaj pamiętnik ze stolicy. Nie mogłam sobie darować żarciku historycznoliterackiego. Bo przecież na filologii polskiej nie jestem tylko dlatego, żeby nie przestać czytać. Prawda to, czy nie, nieistotne. Dobrze brzmi.

Od niedzieli spałam w czterech różnych łóżkach, z czterema różnymi osobami, w czterech różnych dzielnicach – tego samego miasta. Jest piątek, dzisiaj nic nie muszę. Nigdzie mi się nie śpieszy – a gdybym wiedziała co lubię (To lubię!) spędziłabym dzień robiąc coś co lubię. Jednak na zewnątrz jest zimno, a ja jestem w moim nowym home, który mieści się – not/va bene na ulicy Chłodnej.

Co mnie przerasta. Póki co wymiar logistyczny przedsięwzięcia pt. ‘studia w stolicy’. Autobusy i tramwaje, bo stały się koniecznością, a nie zbytkiem. Jak to moja współlokatorka nazwała – to, że u nas wszystko jest na sznurkach. Bo ma rację. Tęsknię za solidnym wiekiem XIX, z jego wszystkimi wadami – był o wiele bardziej autentyczny niż nasze pozorne szczęści z fabryki na Tajwanie. Za ciężkimi meblami, których można używać przez cztery pokolenia. To, że mam Internet mocno limitowany. To, że pani dziekanatka zamknęła mi drzwi przed nosem – na domiar złego, na klucz. A najbardziej to, że nic nie przystaje – ni to do moich marzeń, ni do wyobrażeń, ni do odczuć, które miały się pojawić. Brak radosnej ekscytacji. Brak poczucia posiadania tysięcy możliwości. Brak wujka w ministerstwie. Wnioski.

Czas zacząć się czuć dobrze ze sobą. Czas skończyć z takimi fachowcami od siedmiu boleści. Czas przestać uzależniać swoje poczucie bezpieczeństwa od możliwości sprawdzenia dzień w dzień tych samych zakładek z grupy ‘everyday’s’. Czas również przestać wierzyć w cuda, bo mimo wszystko nadal ta wiara we mnie jest, co na tak długą metę, jaką bez wątpienia jest… Zadzwonił do mnie tata i puściłam wątek. Łap wątek, łap wątek! Tak, koniec wiary w cuda.

Puenta, podzielę się zwierzenio-szykiem rymowanką:
czy toruń to czy wsza wawa
tak czy siak nie ma true lawa

piątek, 24 września 2010

bless.

les bienveillantes. man, jonathan, that really is fucking great name, it is. littell works as well quiet well. but jonathan. still, i'd rather call notmyboy marcel, but who knows if it ever happens, that i'll have notmyboy, and if it does - if it is me who'll choose his name. but today it hit me /hit me as hard as you can!/ again. this marcel thoughts. interbestnational name. 

back to the topic. postmodernism. sure. but, beside of all this awfully disgusting parts, reading of which almost make one vomit, this parts which make one think 'pierdolony naturalizm', plus besides of the story itself /but that's easy, everyone knows that the books like the most are this storyless ones/ - the rest - well, should specify what is exactly the rest: realism, fear, thought, that if mr jonathan made up a story like that - his mind is able to imagine things like these - so he'd probably be able to act like his heroes too - which makes... lost of the thread. keep the thread, keep it! 

know. well - the idea is - am used to thought, that if we don't want past to repeat - we should educate kids about it. make them understand what happened, that it was bad and that should not happen again. but - try to reverse it. maybe it's better when people don't know. maybe they won't figure out how to make all this bad stuff solo by themselves again. if my mr jonathan hadn't known anything about the second world war he might not have been able to imagine things like killing somebody by standing on brush /or however they call miotłę/ stick, which lies on somebody's throat. cause, in my opinion, from having this kind of imagination /not to mention all this shiet stories, which all together could make more than one fifth of mill treinta y ocho pages/ is not that far from being able to act itself. 

losing the thread again. so pick and choose - got another one, bingo. too much of freud, or maybe to simple freud. now knowing freud too well - felt him in every dreamy sentence. and - what was even more difficult to stand, as did make it through whole 'eichmann in jerusalem' evil-is-trivial-idea - too much about eichmann based on arendt. and don't one fucking dare to say that's not truth. but so well in general did like it honestly and glad to have read it yes.

enough about abstract. little showing off. was on that great party. that /spread my arms around the world/ great! well. did drink, didn't got drunk-killed-stoned-to-death. did have an opportunity to see so many lovely people. did manage to not spoil any moment by bad thoughts. and, this is difficult to say in diplomatic way, not to offend anybody - might have missed some people, sure did, but it was kind of positive missing. let's drink for this, who can't!

more of real life. packed my staff. almost. too much of it. rich in goods /kalka/ which is terrible. on the other hand - poor in goods, as don't have a fucking spoons on my own, which is annoying. maybe the lack of spoons is not the problem in itself, more this kind of feeling, that do depend on good will of my mother, who might be that generous to share her marvellous spoons with me, but - which is also possible - might be that emotional about her spoons, that she won't share her marvellous spoons with her daughter. happyend - finally she did share.

summary. me and torun will always mean the same. the only way to change myself is to change the environment. and... well, the truth is - should finally change and grow up. on the other hand - if growing up means worries, worries na zapas /ach ta etymologiczna rozkmina, dlaczego za-pas, skoro za, to raczej to co bylo, a nie to co będzie: <3/ in advance, fuck, my english certainly in not advanced, but at least worry in advance. always something. but who knows what me-in-different-city-means. somebody will see. the need to say 'hello' entering bus for sure. stomach ache on way there. possibility of shameless cigarettes-begging in the streets /makes me smoke less, makes people able to show they good heart and gives them good karma - win-win situation/.

porachujechuje kości.

niedziela, 19 września 2010

bez słów.


będę mieć własne 10 metrów kwadratowych, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. na terenie eks-getta. 

nie będę mieć mojej walizki, mojej antyramy (jej właściwie już nie mam), mojego kąta materac-biurko-regał-regał-szafa, mo-je-go... chyba czas stracić resztki poczucia wartości własnej i własnej wartości, i ważności. buddyjski mnich może mieć na własność 16 rzeczy. na pewno nie może mieć dwóch swoich kątów na świecie, nawet jeśli dzieli je 200 kilometrów. plotę bzdury. trzymając wątek - stracę tę przestrzeń, której zagospodarowanie w sposób, który mi odpowiada, zajęło jakieś mas o menos 12 lat. i nagle okaże się, że żeby żyć to nie potrzebuję nawet tych dwóch toreb, które zawiozę do nowego kąta. jedna już tam jest. trochę ubrań, ręczniki i śpiwór. słownik angielsko-polsko-angielski. druga - więcej ubrań, garnek, miska, kubek, talerz, ... jeszcze pojedzie. a chciałam, naprawdę chciałam zawieźć do nowego siebie nieco więcej starego siebie.

tak, boli. nie ekscytuje. zbyt uwiera mnie instynktowne przeczucie braku zrozumienia z ogółem braci s., aby mnie cieszyła myśl o bliższym z nią kontakcie. brać s. jest pozbawiona weltschmerzu, pełna jednotysięcznych, dekadencka - ale pozbawiona dekadentyzmu, brać s. bierzcie ją. no a i ona mnie pewnie nie weźmie. 

bo gdybym mogła, to przeskoczyłabym najbliższe 5 lat. nadużywam cyfr w tej notce. zostałabym doktorantem. bo zbyt często zadaję sobie pytanie, czy warto żyć dla koloru i faktury nieba. 

a kiedy w końcu dojdę do wniosku, że nie warto, to to nie będzie wina true love, a właściwie jego braku. ogólnie to nie będzie wina tego, że czegoś nie mam. że nie mieszkam w Los Angeles, że nie mam kasy nawet na bilet w jedną stronę, że nie mam płaszcza Burberry, chociaż to już mocno na siłę wymyślam, bo w sumie to go na pewno nie potrzebuję, a pewnie i nawet nie chcę, nawet nie tego, że nie wiem kim powinnam być, co robić, jak ogarnąć, że nie,... zapomniałam co chciałam. inne jęki i stęki jaka jestem biedna, bo czegoś tam nie mam. do rzeczy - to nie będzie ten problem. brak jest bolesny, ale w połączeniu z nadzieją, która umiera ostatnia, jest całkiem życiopowododajny. natomiast nadmiar... kurwa mać, ludzie, ile ja mam przygód, w takim życiu codziennym, z których nic tylko zrezygnować. z tych wszystkich mordodarć, darciomord, wykrzykłótni, innych japierdolnięć i zrezygnowanychpogodzeńzrzeczywistością. z tego nadmiaru, tak dziś myślę, nie gwarantuję, że i jutro, bierze się poczucie nasycenia dostępną rzeczywistością i możliwość łatwego zrezygnowania ze świata ogólnodostępnego.

panie, moje panie, i panowie - i ja się pytam, jak tu żyć, jak to wszystko takie, że nic tylko nie. i się tłucze ta myśl, że można by już se honorowo dać spokój  - przecież mam świadectwo maturalne. niektórzy nawet dotąd nie dali rady. 

i co ja mogę, tak realnie, co ja mogę w ten czas, który pozostał, zdziałać? ja, z tymi wszystkimi towarzyszącymi mi świrami? tymi co je mam na myśli, nie tymi fizycznie obecnymi. i - po co ja mam działać i próbować? jakby mi starczyło fantazji, to bym chociaż historyjkę z tego zrobiła jakąś symboliczną przypowieść najlepiej osadzoną w żydowskich realiach i zakończyła pytaniem o sens. ale po co skoro już 6 lat temu, bez może 12 dni, usłyszałam, że sensem życia jest poszukiwanie sensu życia. a wiecie co jest najgłupsze? że jeśli wymyślisz cokolwiek konkretniejszego, to okazuje się to tak naprawdę mniej sensowne, niż ten abstrakt. 

a ponadto - czy naprawdę chciałabym mieszkać w Los Angeles? Podobno mają kartonowe domki, spłuczkę z domu na współrzędnych (6,0) słychać w domu leżącym na początku układu współrzędnych, podobno mają colę w wiadrach, podobno są karni, podobno... Żeby tak sprawdzić te podobieństwanieprawdopodobieństwa. I ta wizja, jak poduszkowynocnychlip budzi pół ulicy. Żart. Jasne, że gdyby już mieć ten swój kraton, pardon, karton, box, ogólnie papier-usa-papieros-papirusowąklatkę tam - co za debil by płakał.

Seguramente yo. 

poniedziałek, 13 września 2010

jestem trzęsące się ręce.

nawet nie wiem czy się boję. strach jakoś inaczej się czuje. raczej po prostu nie wiem. do iksowej potęgi jestem nie wiem. nawet nie don't know, czy weiss nicht, czy no se, jestem bardzo polskie nie wiem. polskie idzie jesien. polskie chce czegoś innego, ale nie wiem (sic!) czego. 

więcej. głębiej. mocniej. poczuć coś prawdziwego. zamiast słyszeć. poczuć. w każdym razie nie wiem czy się boję. słyszę zbyt dużo. moja lewa ręka nie wie co czyni prawa. z wzajemnością. to co wiem - kanaliki łzowe mam hiperdrożne. ominęłam końcówkę lata. takimż sposobem jesień mnie obaliła na kolana. i słyszę, i się trzęsę, i nie wiem, i zadaję sobie pytania codzienne. czy może nie lepiej oddać organy zanim do końca wypalę płuca. kojąco działa myślenie o granicy lat, które chcę sobie dać. niepokojąco działa myśl, że obserwując jak stają się starsi nie starzejąc się mistrzowie - granicę przesuwam w górę i w górę.

dziś byłam w domu, który już nie jest moim domem. zostałam wygnana z ziemi egipskiej, domu niewoli. tyle, że mi ten dom niewoli był sposobem ucieczki od wolności. 

a prawda, chociaż nowe założenie jest takie, że pojęcie prawdy jest abstrakcyjne, jest taka, ale potraktujmy to jako frazeologizm, że nawet moja bezdomność jest problemem, który idealnie przysłania prawdziwy problem. bo bezdomność w stolicy jest niczym wobec bezdomności w życiu. czyż nie.

sobota, 11 września 2010

chlew powszedni.

powinnam zacząć od klęski w poszukiwaniu mieszkania. albo od następnej dwódniówki. albo od kolejnej dwódniówki, w krainie dzieciństwa, która musiała ustapić przez zmianami ostatnich lat. od pytania: a na którym jesteście roku? i od poczucia bycia wzgardzoną. i od poczucia, że mimo tego jest dokładnie tak jak powinno być. jak to było dawno.

mogłabym od razu zacząć od wniosków do których doprowadziły kilometry. od espero que es posible que 'zapomniałam o reinkarnacji' nie bez powodu. albo od tego, że zauważyłam podobieństwo między moją rodzicielką i panią dylewską. tudzież moją rodzicielką a kapralem - nami a maruderami. rodzicielką a liderem - nami a palatonem. tudzież między mną a nią - młodszym podchorążym, który nie może zdzierżyć niemożliwości rozkazywania kapralowi, który nie umie się posługiwać nowoczesnym rodzajem broni.

bo wiem, naprawdę wiem, że po wielokroć miałam rację. a musiałam ustąpić przez wiekiem. bo nie przez autorytetem indiscutible. to była ciężka praca nad swą pokorą. kontynuując pośrednio wątek - rodzina najbardziej pasuje do opisu wroga konstruowanego przez Jego Świętobliwość. paranoja. i pozostaje odwieczne pytanie: współczucie wywołuje płacz i ból - czyżby i one były dobre. i wracam do mitu stworzenia.

podróże o tyle kształcą, że uświadamiają ci jak wiele nie wiesz. nic, naprawdę nic ze szkoły nie wyniosłam na temat symboliki chrześcijańskiej, sztuki starożytnej, kultury etrusków czy bizancjum. inna zagwostka - co to za podróż, kiedy jedyny kontakt z miejscowymi opiera się na tym, że dają ci jedzenie - żeby chociaż za darmo, z dobrego serca - ale nie! oni chcą, żeby za nie płacić. prefiero CS o wymiany.

ale skąd u nich to wszystko takie piękne? a przynamniej esetyczne. obawiałam się kiczu, a tutaj niespodzianka - kicz mnie uderzył po powrocie. wraz z zimnem, niesympatycznymi kuchtami i drogami, które trzęsą. a tam się chodzi po dachach.

i teraz meritum: powrót: chlew powszedni. moje smutne i słowiańskie krainy. historia porwana i pocięta, z cierpieniem wpisanym w budynki i pogodę. moje miękkie zgłoski, których nie trzeba znaczyć, żeby je widzieć i czytać; które /ą, ę/ giną. moja bolesne doświadczenia stuleci, same klęski, żadnych tu łuków triumfalnych, moje przekleństwo i droga przez mękę. ten wysiłek, żeby uczynić kraj piękniejszym i bardziej atrakcyjnym - choć wiadomo, że nasi bracia z zachodu, e-u-r-o-p-e-j-c-z-y-c-y, i tak wybiorą tych tamtych rzymków. ten wysiłek, żeby ułatwić życie w krajach, które nie zostały stworzone dla ludzi. my, wiecznie walczący o światło /gotyk/, ciepło, pragnący ogarnąć wodę, lód i śnieg. my, wiecznie zagrożeni, a zarazem zbyt dumni, żeby się zjednoczyć i coś razem zbudować. my, którzy nigdy nie stworzyliśmy samodzielnie nic na miarę koloseum /no dicas licheń, niech to licho/ a których symbol stolicy stworzyli najeźdzcy. nawet na południu czy zachodzie nie wyzwolę się od ciebie, słowiański bałaganie. kraino ogromnych cmentarzy, kapliczek przydrożnych i wąskich, dziurawych szos, które zamiast być obudowane tunelami - mają w sąsiedztwie wiele krzyży i czarnych dziu... punktów. dużo o tych wszystkich krzyżach - pax cristiana/romana. oni są tacy rozsądni jeśli chodzi o tradycję. rozumni.

i jeszcze mi tak wpadło - 'orlando' jest nieco reinkarnacyjny w gruncie rzeczy.

sLOVEnia. i amsterdam. slowatch. emo no motion emotion. londom. ber-linia. war-szał. ve-ry-nice.
a pizzie, jak typowemu słowianowi, rymuje mi się tylko z piździe. pewien murarz na niezłej piździe wylądował w pizzie. i jeszcze jedno: PL jest taka nieciągła. urodziłam się po jesieni ludów, a mimo to kiedy myślę o PL w obecnym kształcie widzi mi się jako sztuczny twór, ukradzione niemcom ziemie, odebrane nam Lwów i Wilno, jedna wielka (dosłownie) pomyłka.
 
swoją drogą ciekawe ile jeszcze razy wypowiem na głos te myśli, które tu zapisałam. Raz - i dodam o telepatii. Dwa - i dożuję żumę. Trzy plus 'campo di fiori' i 'śmierć w wenecji'. Cztery - z musową wzmianką o mlekomatach. Pięć - z ponarzekaniem na kompaniję... I tak będę kręcić słowami aż powstaną anegdotki do wrzucania 'a propos'. I nadejdzie czas wyjechać. 

wtorek, 24 sierpnia 2010

negatywne uczynki.

zabójstwo, kradzież, rozwiązłość, kłamstwo, podżeganie do waśni, ubliżanie słowne, rozgłaszanie plotek. "tu wlicza się również czytanie banalnych książek z powodu przywiązania". zazdrość, złe intencje, błędne zapatrywania. 

negatywne uczynki. pozostaje pytanie, dlaczego tak często podkreśla, że cierpienie jest złe. dobre cierpienie... dobre cierpienie nie jest złe. jako się rzekło, lubię być nieszczęśliwa. tak jakby nieszczęście miało być przygotowaniem na odmianę losu. jakby trzeba było zasłużyć na coś, co jeszcze nadejdzie. odwrócona karma. 

ale chciałam o czymś innym. chciałam o takim uderzającym poczuciu, że teraz, to już nawet nie brak ryby/tru lava. teraz brak tego, co podobno jest najważniejsze. wspierającej rodziny. brak poczucia, że mam rodziców, którzy ogarną. którzy pomogą. i tym sposobem coś co do tej pory wychodziło samoczynnie upadło z strefy idealizacji i platonicznych crashów do poziomu codziennego braku matczynej miłości. tłumacząc prościej: zamiast objawów, symptomów, które były namacalnymi, cyklicznymi znakami jakiegoś problemu na tym tle - mam wprost problem. bez elementów uświadamiających mi raz na jakiś czas kompleks. po prostu bez substytutu. 'adopt me'.

to już naprawdę żenujące. 

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

when do i begin...

well. it's always hard to start. but i have an idea. as my life's going to change... let's call it - a bit - it's good to write some things down, just to be sure they won't get lost during changes.

from madonna's version of bible's verses: lamps are different, but light stays the same. maybe more than week ago i started to talk about this to my friends. i was complaining about lack of knowledge inside me: knowledge about which religion'd give me kind of inner peace. of course, as catholic-from-birth - i started to complain about church. and - of course - i made misteake. i didn't connect the fact, that one of my friend is not only catholic but at the same time - one of the best people i've ever met. she started defence. and - fuck, i'm so weak - in few sentences she destroyed whole my angry story with her peaceful speech. i was like... like: it does not matter whether i studied buddism, i were jew or i stayed catholic but just started to be a real part of church - i'd never gain this kind of peace, this kind of sureness. 

still homeless - no place for me in warsaw. still worried - it won't be my place, on las relaciones internacionales i guess. wish i knew what to do with my life to make this beautiful world stay this way and simultaniously be just a lil bit more fair. how may i use myself. all this time, doubts. 

para explicacion.

tengo que explicar por que me gusto a leer los libros de don dalajlama:

"możemy odnaleźć buddę, który nam pomaga, w procesie eliminacji. Zapytaj siebie, kto spośród ludzi blisko z tobą związanych wyprowadza cię poza koło cierpienia, powodowanego przez niewiedzę, przywiązanie i nienawiść. Czy to któreś z rodziców? Twoi przyjaciele? Twój mąż albo żona? To nei twoi przyjaciele, to nei twoi krewni, to nei twoi rodzice. Tak więc jeśli istnieje jakiś budda, który ci pomaga, musi to być ta osoba w twoim życiu, która prowadzi cię ku oświeceniu - twój nauczyciel. W taki oto sposób można postrzegać nauczyciela jako doskonałego buddę w najzwyklejszej postaci".

Bingo. Bongo. Por la ventana veo que esta obscuro y siento ya el invierno. soy tan cansada. pracy mi dajcie, bo oszaleję. ale do tematu. buddyzm. znak zapytania. momentami straszy sekciarstwem. momentami przerasta wiarą w pracę nad sobą. jak to kiedyś zostało poprzekształcane: człowiek w oczach amerykanów jako potencjał, jako materiał, jako przedmiot metamorfoz. człowiecze ciało jako narzędzie do pracy nad umysłem? wróć. wiara - której mi brakuje - w możliwość zmiany się, przemiany. kiedyś znajdę moją lampę, może nie będzie to tybetańska maślana lampeczka, ale dalej dar dam mu do mnie nieco jeszcze decir.

wpadło mi dziś w ucho takie współbrzmienie, zanocę zanucę: nie mieszczę się w mieście, rozwlekam się poza limes - to mnie je, a we wie, bezdomnie still. la vie est une chanson