i spadsuwam się, nie-równia pochyła, w doły. bo dopóki w mieście, to 'nieźle'. bo wyście piękni, dobrzy ludzia.
ale tutaj, na materacu... pustynia, bezludnie. otchłań. noce, one nagle, płacze, wszystko tamto, zimno, liczenie, pustota w środku, szóste ranki, te wszystkie gramy, kilogramy, na ile cząstek można pokroić kromkę pełnoziarnistego chleba, to, ile ich umiera, ile ich umarło, to, że ja odludzie, to głód na świecie, że inny świat, że trzeci świat, to jak nisko można upaść świadomie, to shoa, to losy Polaków, to od dwudziestej trzeciej do szóstej nie grzeje, to bezbożność, to zimny kaloryfer, od którego w dal, to te wszystkie upokorzenia, to te wszystkie samoupokorzenia, bo to ja ich samoautorem, te wszystkie nigdy nikogo, te wszystkie nikt nigdy, te perpetum mobile problemowe, te wszystkie żale, łzy heraklitowe, te wszystkie co się polały, to wszystko, wraca. i lęk. i nie minęła doba, a ja niepokój.
i nie mogę znieść swojego towarzystwa. męczę się ze byłą sobą, strasznie. jakby przebywać z własną autokarykaturą. i na domiar złego - skłóceni przodkowie.
i żeby nie spaść w tę otchłań łapię się rękawów. i dopóki pachną, to się zniosę. zmierzę się ze sobą, sprawdzę, czy wyrosłam z formy. bo póki co, to przegrywam i się samoupupiłam.
z dna nie widać, że to tylko na czas jakiś i, że to tylko ja się straszę. z dna widać, że nie można już być niżej. all the ghosts are assembling to the party!
laska, ogar się. raz na jakiś czas dom Cię nie zabije, żadnych depresji, szczęśliwaś przecież ;x
OdpowiedzUsuńwłaśnie.
OdpowiedzUsuń