środa, 27 grudnia 2017

zachwyt, którego się nie da nie zapisać.

ślady tego ludzkiego zachwytu na ścianach, na murach, na barierkach otaczających przystanki, na mostach, w miejscach, do których nie wierzysz, że można się dostać. 

zachwyt, którego nie umiesz zatrzymać w sobie, którym musisz się podzielić, który musi przybrać graficzną formę.


zajebałabym na jakiejś ścianie „Ali, I love you”. 

nie wygląda na to, żebym mogła jej napisać na fb jaka jest zajebista, ale chciałabym w chuj, oczywiście tak bardzo ja - mieszka w Cambridge? świetnie, odwiedzę MB w ramach jej bycia VP, na pewno ją znajdę i powiem jej wtedy, jak bardzo jest zajebista. 

serendipity. dar znajdowania cennych albo miłych rzeczy, których się nie szukało. bycie obdarowaną miłymi rzeczami, których nie wiedziało się, że się chciało (sztuka prezentowania, danke Anka, danke, wpierw sense8, potem ona). 

i strzępy trochę przestają mieć znaczenie. literatura, która niesie pocieszenie, literatura, która odosamotnia.

---

a potem mnie rozpłakujesz, bo nie żyjemy w tlw, tylko irl, gdzie takie rozmowy mogą doprowadzić tylko do łez. z marzeń trzeba rezygnować, to prostuje ścieżki dla serendipity.

sobota, 16 grudnia 2017

w kuciamencie.

racjonalizuję sobie myśląc, że jednak przecież całkiem dużo od siebie wymagam. i w robieniu rzeczy, i w robieniu rzeczy ze sobą, i w byciu dla innych, i w byciu w świecie. nieracjonalnie jednak mam jakiś okres samoujebki, że nie dość, że nic mi nie wychodzi w robieniu rzeczy, to jestem lamą w zakresie robienia rzeczy ze sobą, chujowa w byciu dla innych, a o byciu w świecie (niemal 100 dni z duolingo oznacza niemal 100 dni nie w Serbii) nawet nie wspominając. wchodzę tym samym w logikę skuteczności, a nie robienia dla robienia, i wtedy wcale nie jest fajnie. robienie dla robienia, przyjemność i sensowność robienia w czasie robienia, a nie czy coś z tego wyjdzie, czy nie, jest jednak mniej problematyczne, bo kiedy nie wyjdzie, to jednak przecież nie o to chodziło, żeby wyszło, tylko o to poczucie, co było w czasie robienia. jednocześnie łatwiej jest stwierdzić, że nic nie ma sensu, jeśłi nie ma w tym celowości, tylko jest trwanie w danym momencie, bo co by się właściwie stało takiego, gdyby przerwać trwanie. także tkwię w tym proces v. rezultat rozkroku, no i jest mi średnio.

słowa mi się nie kleją w historie. pojawiło się kilka fraz, ale na cóż mi frazy. robię tylko krzywe odbicia i kiedy mi się nic czkawką nie odbija, to cisza w głowie i właściwie to mogłabym przespać życie.


sobota, 9 grudnia 2017

dominanty

i najwazniejsze historie.

to było wczoraj, nie pamiętam.

dzisiaj wracam do siebie i to moje historie są o mnie najważniejsze.

trochę bo no, bo. trudno tak. trudno nie.

sobota, 2 grudnia 2017

say what?

5 godzin snu to już od dawna za mało, dwa razy z rzędu to już zabójcze - nie myślę i nie czuję, starość. 

sprawdzam loty to tu to tam. LAX i CGN (148 pln, no hejka) - czysto dla mnie; BEG, ATH  - gubi się tutejszy sens czy po prostu trzeba uciekać i przypomnieć sobie co jest naprawdę ważne? Chciałabym znaleźć dla nich dużo butów. Buty rozwiązują zasadniczo szereg logistycznych problemów. Buty są ważne. Trzeba im dać buty. Absolutna butowa fiksacja.

I ten Berlin taki piękny, takie dobre miasto, że głowa mała od tej jego ludzkości i wygody. Ja to jednak lubię poznawać ludzi. Ta pierwsza, prosta faza, kiedy balansujesz między small talkiem, żartami, odkrywaniem wspólności i ogólnie brakiem jakichkolwiek obciążeń - klawo, można się znowu poczuć autentycznie fajnym i interesującym.

chyba się trochę spinam i stresuję. nie dość, że się wkurwiłam niepotrzebnie "wtedy", to jeszcze drzemie, o ironio, we mnie potencjał srogiej awantury o nic. dziwne uczucie, jednak raczej obce, a tu nagle. 5 godzin snu to już od dawna za mało, dwa razy z rzędu to już zabójcze. 







niedziela, 29 października 2017

Ordnungu.

tradycyjnie, dopóki jestem zamotana w rzeczach do zrobienia: wszystko styka. mas o menos, chyba, że nie odpisuje, wtedy nie styka, ale potem odpisze i wszystko jest ok, ale to jest zawsze ten margines błędu codzienności. coś w stylu: wzięłam w ręce moje szczęście i wrzuciłam ci je do kieszeni, żebyś zawsze, wyjmując chusteczkę, miała mały wyrzut sumienia, że mi go nie oddałaś.

trafia się tak raz na jakiś czas, fala entuzjazmu i trochę nie powinno tak być, a trochę nikomu to nie szkodzi, więc może i dobrze, że tak. coś w stylu: ja wiem, że ty wiesz, że mam tak, i wiesz, że wiem, że tak masz, więc właściwie możemy o tym nie rozmawiać, bo wszystko ustalone. 

btw. czy ja próbuję ludziom imponować, czy to jest jednak tylko to co zawsze, że nie zadają pytań, a chciałabym, żeby zadawali? i w końcu, im starszam, tym częściej buchnę anegdotą, żeby wiedzieli. bo w sumie, to dlaczego mieliby pytać? skąd ja wiem rzeczy o ludziach? nie no, chyba jednak pytam. or do I? może mówią sami. trochę mówią, trochę pytam? w sumie, co to zmienia. chciałabym zadać pytanie "ale w sumie co ty o mnie myślisz i właściwie to dlaczego rozmawiamy" tym nielicznym na palcach jednej ręki zmieszczonym, na których pytaniach mi zależy, a którzy tak niewiele sami z siebie o tym powiedzą i człowiek musi nadinterpretować te rzucone w stronę obcych przy nielicznych okazjach zdania.

are we friends, or is it like 20-years-long plan? am i your friend? who i am for you? why we never talk about that one? why you so rarely ask about anything? how could you know? do you know, or do you just don't care? somehow i know you care, so why you don't ask? maybe in fact i don't want you to know too much. maybe it should be like that. maybe you know, that i am not my best version of myself while you're around. maybe that's why i would like you to see me when I am the best version of myself, with people about who i don't care that much. 

trafia się tak raz na jakiś czas, fala zwątpienia i trochę nie powinno tak być, a trochę daje się to jednak przeżyć, więc może i dobrze, że tak, bo się potem bardziej docenia, kiedy fala entuzjazmu. coś w stylu: gdybym tylko naprawdę coś napisała, gdybym tylko naprawdę napisała coś do końca, co by się przyjęło u mnie. pewnie nie zmieniłoby to niczego, ale jednak jest jakaś taka pokusa i jakiś taki sobą zawód, że nie jestem taka i nie jestem dobra, i nie będzie ze mnie sarah kane czy ali smith. schade. 

chciałabym się lepiej poznać. a może wcale nie. może po prostu chciałabym więcej czasu. bo dobrze się czuję w takim towarzystwie i w sumie może tylko o to mi chodzi, żeby się po prostu czuć dobrze. daruj sobie przypisywanie ludziom magii. jest homo sapiens i jako takie jesteś biologiczne. 

sobota, 16 września 2017

tydzień nr 1.

chciałabym zrozumieć przynajmniej tyle, dlaczego tym razem ten powrót jest taki trudny: zbyt słabo pamiętam ciężar uprzednich powrotów, czy anarcholewacka radykalizacja postępuje i moje dotychczas tak niewyczerpane możliwości racjonalizacji zachowań rozsądnych nie dają rady? czy kręgosług boli mnie naprawdę, czy to jego wymiar moralny zatruwa lędźwia? czy może ostatni polski rok tak bardzo mnie polskością swą rozczarował, że trudniej jest wrócić i powiedzieć: hej, witaj Warszawo, jesteś piękna i cieszę się, że cię mam? 

myślę sobie o tych wszystkich tradycyjnych bohaterach, equals tych, którzy ratowali żydów, co zrobisz, takie wychowanie, taka historia, takie wzorce. myślę sobie, hej Z., masz rację, to nie byli ludzie, których teoretycznie było na to stać, to byli ludzie, którzy w praktyce z tym niewielkim zasobem, który mieli, zdecydowali się zrobić to co zrobili. zasadnicza różnica: w wojnie łatwiej jest chyba wszystkim ryzykować, bo chcąc nie chcąc z dnia na dzień możesz wszystko stracić, a kiedy kapitalizm trzyma się mocno, trudno jest powiedzieć, że możesz wszystko stracić, bo zawsze jest szansa, że kiedy będziesz chciał czy musiał wrócić, to już naprawdę nie będzie do czego, i tutaj ja mam o tyle rację, że takie poświęcenie nie do końca pomoże, tylko zwiększy o +1 liczbę osób pomocy potrzebujących. czyli jednak racjonalizacja jakoś tam idzie, tylko mało przekonująco i powoli.

anyway, it's hard to go on with everyday life when you feel world of unfairness on your sholders and you think, yes, it's also my faoult, this man could have been working in the factory which made my phone. or yes, this man could have lost his house in the african village, so i could have cheap food produced with a lil help of EU's subsidies. kiedy świat ci domem tak w nim się robi nieprzyjemnie, że niepogadasz. żaden to sense8, to strasznie namacalni 'wykluczeni' i 'głód'. 

poniedziałek, 11 września 2017

poza scenariuszem tradycyjnej wypowiedzi ---

na temat Serbii jest fakt, że przede wszystkim ten hype bycia wolontariuszem służy mi. 

fizycznie od czasu caldo no 1 nie czułam się tak dobrze, porządnie zmęczona, porządnie przypakowana i porządnie obojętna na jakiekolwiek mniejsze i większe bóle. 

psychicznie nie mam rozkmin autorefleksyjnych. no i brawo. a jeśli mam, to malutkie i nieszkodliwe, i nic mnie nie bothers.

a potem wracam i wszystko mnie bodzie, drażni i się muszę napinać, chociaż przynajmniej trochę wstałam dzielniej, paradoksalnie. być sobą wolontariuszową w sobie pracowej, też mi wyzwanie.

choć to wszystko kwestia sensownego ruchu. prawie wszystko. dużo staminy i serotoniny z pracy mięśni, niewiele satysfakcji i obniżenie staminy z pracy głowy. 

i martwię się o to wszystko. martwię się o mojego podkurwa, żeby nie przegiąć i się przypadkiem nie zdenerwować w końcu, bo czasem czuję, żem coraz tego bliżej. a tego nikt, ja też, bym nie chciała. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

puste mieszkanie.

ledwo 28 godzin, a już takie puste.

z tego braku postanowiłam pisać. 

frustra braku pomysłu. 

pomysł. kompulsywne pisanie na czas. historia, trochę historia Z., trochę moja, trochę wymyślona, a trochę po prawdzie.

skończyłam, poszłam spać i bałam się głuchych dźwięków nocy. kot zrzucił książkę, ale to przecież okazało się rano. ponad sto metrów na osobę to zbrodnia na poczuciu bezpieczeństwa i zbawienie dla pomysłowości. 

rano się obudziłam i trochę wiedziałam, że znowu chcę pisać, trochę pomyślałam, że powinnam zmienić k. na opowiadanie, bo nikt nie czyta dramatów, a chcę, żeby ludzie wiedzieli o czym jęczy nocą miasto. kiedy akurat nie jęczy ze strachu w łóżku.

nieźle, naprawdę nie powinno się mnie zostawiać w domu. bo wróci szefowa i co ja jej powiem, że owszem, napisałam pod jej nieobecność książkę, ale to w sumie jest zbiór opowiadań i bardzo mi jest przykro, ale nie ma żadnych przypisów?

no chyba tak.

czwartek, 3 sierpnia 2017

tired as fuck...

robię się równie niemiła co społeczeństwo.

nice.

tracę łatwo cierpliwość, jestem rozdrażniona, wiem, że wszystko jest ok, ale mam amplitudę nastroju jakbym po prostu już nie mogła i wiedziałam, że tak będzie i tak jest, i wanna rest.

muszę życie swe odmienić, znowu. trzeba się ogarnąć. szybciutko. raz raz. co by tutaj. nie mam nawet już o czym pisać, zaraz nie będę miała o czym gadać nawet, tak to się składa, kiedy pracoholizujesz i masz przepracowanie, a nie przepracowane, że nic z tego ciekawego suma summarum albo sumarum nie wychodzi. 

stop, kur. idź ze sobą samą na kawę, nie uciekaj w lekturę kolejnej książki, postaw się przed faktem niedokonanym i ogarnij co źle robisz. byle szybko.  

wtorek, 25 lipca 2017

wszyscy razem, pięści w górę...

...obalimy dyktaturę.

1) Duże wrażenie zrobiło na mnie to, że Polacy nauczyli się bardzo profesjonalnie krzyczeć. Bez, za przeproszeniem, pieprzenia, było po prostu głośno i wyraźnie wyartykułowane o co nam chodzi.

2) Przemoc fizyczna jest najmniej straszna z tego wszystkiego, co może one zrobić Policja. Policja nie jest straszna w ogóle. Straszne są rozkazy, które musi wykonywać. Straszne jest 500 minus - przemoc ekonomiczna jest naprawdę gorsza, niż bycie wynoszonym. Pewnie mówiłabym inaczej, gdyby strzelali, ale dopóki chodzi o branie za bary i wynoszenie na bok, naprawdę spokojnie, to przemoc ekonomiczna > przemoc bezpośrednia w kategorii ból.

3) Próbuję zrozumieć w kategoriach House of Cards co właściwie się wydarzyło jeśli chodzi o veto (umówmy się, nikt, serio nikt z nas na ulicach, się tego nie spodziewał). Co ten Pan ma na myśli, do czego dąży i jak jeszcze obróci się to tak, że będziemy błagać, żeby tego veta nie było (bo, umówmy się, to sie tak nie skończy).

4) Poza tym, to jednak wolę czasy, kiedy nie trzeba się tak trudzić, żeby uzyskać status quo. Strasznie męczące jest to protestowanie, też mi wakacje, też mi spacery. Wolę mieć czas na duolingo, czytanie i takie tam, a nie się włóczyć pod sejmem. No ale takie czasy, taki obowiązek.

5) Więcej głosów o nieobrażanie personalne polityków, więcej głosów o zaprzestanie haseł w stylu 'będzie siedział'. Niech nie siedzi, niech płaci. Hehe.

piątek, 7 lipca 2017

no i brawo.

wreszcie się na czymś złapałam. mimo teoretycznego założenia o przewadze znaczenia emocjonalności nad czymkolwiek innym, uogólniając, od roku ponad od tej emocjonalności się mniej lub bardziej skutecznie odcinam. and then when I try to deal with it I'm stucked. I find yet another arguments for not dealing with it.

i od niedawna przechodzi mi przez głowę, że jeśli nie odpisze, to trudno. że wolałabym, żeby odpisano, ale jeśli nie zostanie odpisane - trudno. tak bardzo już mi wsio jedno, czy taki ze mnie dupek.

wtorek, 20 czerwca 2017

niespójności

to spróbujmy uspójnić. zakładając, że jest we mnie to przekonanie o wysokim stopniu 'że coś już zostało tak naprawdę zdecydowane, a ja tylko muszę dożyć do tego momentu, w którym ta decyzja mi się ujawni', ale jednocześnie i słusznie zakładamy brak siły wyższej, to jedynym uzasadnieniem takiego scenariusza byłoby potraktowanie danych sytuacji jako zbiegu wielu niteczek, które same w sobie są jakoś determinowane samymi sobą (jak na przykład to, że z zasady mając egzamin w niedługim czasie, wykorzystuję na maksa - w miarę możliwości - ten czas na naukę do niego - mogłabym tego nie robić, ale z zasady to robię, default mode) - jeśli każda niteczka ma taki mode, to jednak w większości sytuacji większość czynników, o ile zostaną poprawnie określone i ich default mode poprawnie zdiagnozowany, można by mieć poczucie, że faktycznie coś już zostało tak naprawdę zdecydowane. warunek numer jeden, czyli Hayek, idealny przepływ informacji: zarazem klops numer 1. warunek numer dwa: poprawka na nieprzewidywalności, jak na przykład fakt, że wczoraj częściowo zamiast się uczyć robiłam coś innego. warunek nr 3: brak udziału czynników, których pojawienie się nie jest do przewidzenia, albo nie jest uwzględniane, bo prawdopodobieństwo jest tak niskie, że jest to nieracjonalne, czyli np. moja obsesja zapalenia wyrostka robaczkowego. z tych wszystkich powodów house of cards częściowo np. jest możliwy. ogólnie jednak trzeba dużo optymizmu, żeby stwierdzić, że ludzie bywają zaskakujący i wyłamują się ze swoich default modów (not really, no). stąd też konkluzja, że należy zajmować się różnymi rzeczami, żeby jednocześnie funkcjonować w różnych habitusach i mylić własne zapisane ścieżki. 

i a propos: a ja już naprawdę chciałabym przygodę wakacyjną. przypominają mi się jakieś takie malownicze lokalizacje: spacer wzdłuż autostrady, jakaś pustka za Sarajewem, jakiś przejazd przez Belgrad, jakaś ulica w Stambule, jakaś droga przez Włochy do Słoweni. niesione przez to wyczekiwane słońce wbijają mi się w głowę bolesnymi ukłuciami, przypominającymi o pewnym poziomie wolności, którego od dawna nie czułam i za którym naprawdę tęsknię. nie chodzi o nicnierobienie. chodzi o przemieszczanie się przez kolejne granice, o zmianę krajobrazu w polu widzenia, o śniadania pod namiotem i jakąś taką autostopową/podróżniczą kreatywność w znajdowaniu rozwiązań. żeby własne mylić ścieżki i trochę zaskoczyć. 

wtorek, 13 czerwca 2017

jeśli o czymś mam być przekonana.

no właśnie, to o czym. z wiekiem, którego granica sensowności z każdym kolejnym odkryciem siebie sprzed paru lat przesuwa się nieco dalej, coraz mniej mam przekonań o sobie i chyba coraz mniej twardych poglądów, których gotowabym była bronić, mimo pozornej lewackiej radykalizacji demonstrującej się niekiedy na ulicy. chyba te poglądy przestają być tak bardzo polityczne jak onegdaj, a są jednak etyczne tudzież moralne, who knows the difference. 

swoją drogą zabawne to czasu, kiedy jednak przegrana laburzystów wywołuje taki entuzjazm, jakby co najmniej na 50 głosów i bezwzględną większość zrobili torysów. 

mam ambicję jutro skończyć studia, jeśli nie zaśpię, a jeśli sie nie obronić, to już przynajmniej z nimi zerwać i zacząć robić inne rzeczy. jeśli się obronić to tkwić w chomiczym kołowrotku specyficznego światka akademii, bo po co mi opuszczać własny relatywny komfort, skoro ludzie są niereformowalni. warto inwestować energię w dzieci, wszystkim innnym pomóc może tylko doświadczenie graniczne. niepogadamy, nie dogadamy się, jeśli powiesz coś co mi nie leży, to już się po prostu nie odezwę i tyle, nie warto, nie warto, nie warto rozmawiać jeśli nie mamy na podstawowym poziomie porozumienia dotyczącego wolności, równości i siostrzeństwa. it's not politics. it's equity.

wtorek, 6 czerwca 2017

impresje ostatnich dni.

hi dear netflix,

i was like wow.

it made me feel. good.

and then you broke my heart.

so fuck unsubscribe you.

i will pay for spotify instead.

there's always happy song to cheer me up.

___

hi venice,

i was like yeah, sure, italy

everything so pretty and in the right place

that you just cannot be inspired

by this pure beauty.

you just feel well.

simple.

italy.

wooden windows.

soft colors.

and it's easy to imagine sleeping in the streets.

i used to live there for altogether 4 months

and i'm proud of it.

___

hi me myself and i,

who never wanted desperately to be anything in particular,

and here i am not being anything in particular,

doing one million things

on one million topics

with one million subjects

subjected to obligations

without any results which actually would count

as doing anything in particular.

let this 6 to 8 weeks pass and then

learn arabic letters or just read Sarah Kane.

wtorek, 30 maja 2017

house

and everybody lies. klasyczna historia stu pięćdziesięciu milionów zakłamań i czujesz, jak ich momentami bierze wkurw, bierze strach, ale jesteś obok, już teraz to naprawdę, mówisz, że cię to nie interesuje i się odłączasz. brawo ja.

miałam jakieś momenty poruszenia, ale minęło. to już inny temat. 

myśl o tym, że wiara w życie wieczne równałaby się końcowi. 

jakiś przebłysk innych możliwości, ale potem wracają w nocy wszystkie stare historie i TINA. najprzydatniejszy skrót z myśli gospodarczo-politycznej. nawet hipotetyczne rozważania prowadzą do TINA. pod tym względem, chyba jedynym, wiem kim jestem. 

bez nowości, chciałabym już być po przepoczwarzaniu się, żeby już wiedzieć kim jeszcze będę choć trochę bardziej niż magistrem, o ile w ogóle. alternatywą dla doktoratu jest raczej praca w kawie, niż cokolwiek innego, kiedy pomyślałam o tym wczoraj. chociaż może coś bym wreszcie zaprogramowała. siebie na ten przykład. tak dobrzem i to kiedyś wychodziło. 

poniedziałek, 15 maja 2017

is this real life?

well, i'm like wow. 

brak zaufania do doświadczenia jako czegoś zbyt, żeby mogło być prawdziwe. 

brak zaufania do poczucia, że wszystko będzie dobrze, choć w odpowiednio długiej skali dzieją mi się dobre rzeczy. przecież musi się coś, no właśnie. zawsze musi się coś. logika zasługiwania nie daje się tak łatwo wyplenić. no przecież, nie zasługuję na przydarzające mi się dobro, już łatwiej zrozumieć krzyż, niż dobro.

wszystko łatwiej zrozumieć, niż nie dające się uzasadnić logicznie dobro, niezasłużone i jakieś takie niemożliwe. 

a jednak, przecież ja byłam i właśnie no tak, no przecież nie mogłam sobie tego wymyślić. przyśnione było niepokojące i szare, prawdziwe było naturalne, spokojne i barwne, fizycznie odczuwalnie prawidziwe.

znam fakturę wajchy do okna, więc byłam. 



(czyli mam 26 lat i nie umiem sobie wyobrazić co jeszcze dobrego mogłoby mnie spotkać. lucky bastard). 

nie trzymać się zbyt kurczowo szczęścia. ale go nie vergessen. 




środa, 10 maja 2017

stojąc jakby z boku wciąż się przyglądam

i sobie się dziwię sama co ja właściwie w ogóle wyprawiam. 

leichtsinn. no brawo ja. 

tak się ściskam, że już bardziej się nie da napiąć. 

i pieję z siebie pod nosem.

musiałam. ile radości. 

heca. życzę sobie.

powodzenia. 

gdyby mi ktoś --- 



ps. nie mówię, że nie rozważam opcji zcrackowanej poczty, nie mówię że nie. 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

męka pańska.

fantazmatu rodziny.

przewrotna wiara we własną sprawczość jako mechanizm obronny przed uznaniem wagi czynników społecznych.

nie żyjesz w pustce. żyjesz, pech chciał, w społeczeństwie, które jest niemiłe. twoi przodkowie nie pozostawili po sobie drzewa genealogicznego obsypanego zdjęciami i dokumentami. twoi przedkowie pozostawili po sobie kawałek szeregowego domu z ogródkiem do podziału na 6 osób. twoje mieszkanie nie jest twoim domem. nie masz domu.

to tak jak ja. nadal domem jest wybrane miasto. a czasu świątecznego mieć nigdy nie będziesz, bo zawsze przypisana będziesz na ten czas do miasta, z którym niewiele masz już wspólnego. i odgrywać będziesz performans rodziny, która nie istniała i nie istnieje. i tylko coraz mniej aktorów brać udział będzie w tej jednoaktówce. i tęsknić będziesz za domem, na który na co dzień nie masz czasu, a który opuszczasz na święta.

a potem każde zdanie obróci się przeciwko tobie. nie wierzysz im w żaden sposób. i twoja cierpliwość się kończy bardzo szybko i robisz się równie niemiła, co społeczeństwo, bo jak znieść można ten cholerny przesąd, że matka się ma tylko jedną i na dodatek zawsze pewną, kiedy jej głównym w ciebie wkładem jest dostarczanie materiałów do bycia nie taka, jak ona. 

i tak później niż zwykle masz w gardle gulę emytogennego zobrzydzenia. i bardzo chciałabyś mieć swoje miejsce.

fantazmat domu. 

wtorek, 21 marca 2017

postęp.

który nawet nie wiesz kiedy miał miejsce. wyjść przed grupę ludzi i pewnie powiedzieć cokolwiek. odpowiadać na pytania i czuć, że przecież wiesz o czym mówisz. nadal czasem się peszyć, ale wiedzieć, że to nie koniec świata. że wstyd zostaje, ale nie jest końcem świata.

odróżniać moment, kiedy masz swoje zdanie od tego, kiedy wiesz, że je kształtujesz. małe zdanie w wielkich sprawach, które nie musi rosnąć.

podejmować decyzje, których może będziesz żałować, ale wiesz, że powinnaś je podjąć. odwagi. wiedzieć, że nie zawsze rezygnacja to porażka. że cię nie kwestionuje jako wytrwałej jednostki.

---

jeszcze więcej życia. jami. wraca wiosna i dzięki za to kosmosowi, że wraca wiosna.

środa, 15 lutego 2017

powroty.

powroty do niepamiętanych stanów. tak łatwo nagle się odnaleźć w sobie z kiedyś. przypomnienia sobie siebie, takie niespodziewane, takie przyjemne. integralność zauroczeń, wspólny mianownik dawności i dzisiejszości.

spontaniczne wykrzyknienia nienawiści. słowa, które nie mają ranić, ale których trzeba się z siebie pozbyć. odruchy wściekłości. dobre postanowienia poprawy skazane na upadek. nie wszystko zależy od siły mojej woli. 

i to nagłe przypomnienie sobie świata wyobrażonego wolnego od konieczności odnoszenia się do tych wykrzyknień. 

a ty co dzisiaj powiesz sobie o sobie, czego jeszcze nie wiesz. 

uwolniona od przenosin mogę znów szukać sobie miejsca tutaj, gdzie trochę mniej niż wszędzie indziej, go nie ma. robić dom. ucieczka i tak - zawsze jest opcją. 

piątek, 6 stycznia 2017

pogubiłam wszystkie cytaty...

i wszystkie wspomnienia gdzieś się zapodziały. trochę mam ochotę powyrzucać rzeczy, trochę mam ochotę zrobić coś na pełną szpulę.

ale po kolei, co tam ten 2016 - u mnie, nie gdziekolwiek indziej:

1) dwukrotna wyprawa do Salonik, zbiórka książek i $, dużo zobaczone i piękni ludzie poznani. Mnóstwo aspektów można by krytykować, ale uważam, że to na plus i na dobro;

2) plama, poznanie ziomków Niemców i dobry tam czas;

3) Londyn po raz trzeci, dobry Londyn;

4) dni wczesnolipcowe konferencyjne, udane jako to mało które, kontenta;

5) bardzo udany reset wrześniowy na urodzinach do wieczora dnia następnego, ze wschodem słońca chyba tylko raz ten jeden zaprawdę widzianym w dniach późnoletnich;

6) Poczdam również niezgorszy, z dobrych doświadczeń;

7) dzielność i przyjemności z dorosłego życia na pełnej za przeproszeniem kurwie i uczciwość w kategoriach orientacyjnych ze zrozumieniem się spotykająca;

8) z niemieckim roczne zacne przygody, z których radości wiele, a co;

pozalistowne: H&M. Za komunikację, za wyprawy, za czas wspólny i za wszystko.

Braki tegoroczne: wzruszeń literackich i teatralnych niewiele, ale i szans mało na nie sobie danych. Mało słów w linijki złożonych o innym niż paranaukowy charakterze. Niewiele spokoju we mnie, wręcz odwrotnie, i tu już 2017: jakowyś niepokój i niechęć do rozmów.

Falowo to wpada i wypada, wpierw jakiś syfem tym zatkania, wylania gorzkich żalów kompulsywne i pełne we stron kilka, a teraz poczucie, że nie ma co w ogóle o czymkolwiek gadać, że ścichać się trzeba i zamknąć najlepiej. Ułożyć się w czynności równo zaplanowane i wykonane, a nie tak że niby dziś to i owo, a potem dzień przepływa i nadal z niego nic. I mieć czas na słowa, ale nie to o sobie dla siebie, tylko te z siebie dla innych. Tym zdaniem kończę i z opóźnieniem 2017 uznaję za otwarty.