racjonalizuję sobie myśląc, że jednak przecież całkiem dużo od siebie wymagam. i w robieniu rzeczy, i w robieniu rzeczy ze sobą, i w byciu dla innych, i w byciu w świecie. nieracjonalnie jednak mam jakiś okres samoujebki, że nie dość, że nic mi nie wychodzi w robieniu rzeczy, to jestem lamą w zakresie robienia rzeczy ze sobą, chujowa w byciu dla innych, a o byciu w świecie (niemal 100 dni z duolingo oznacza niemal 100 dni nie w Serbii) nawet nie wspominając. wchodzę tym samym w logikę skuteczności, a nie robienia dla robienia, i wtedy wcale nie jest fajnie. robienie dla robienia, przyjemność i sensowność robienia w czasie robienia, a nie czy coś z tego wyjdzie, czy nie, jest jednak mniej problematyczne, bo kiedy nie wyjdzie, to jednak przecież nie o to chodziło, żeby wyszło, tylko o to poczucie, co było w czasie robienia. jednocześnie łatwiej jest stwierdzić, że nic nie ma sensu, jeśłi nie ma w tym celowości, tylko jest trwanie w danym momencie, bo co by się właściwie stało takiego, gdyby przerwać trwanie. także tkwię w tym proces v. rezultat rozkroku, no i jest mi średnio.
słowa mi się nie kleją w historie. pojawiło się kilka fraz, ale na cóż mi frazy. robię tylko krzywe odbicia i kiedy mi się nic czkawką nie odbija, to cisza w głowie i właściwie to mogłabym przespać życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz