patrząc na ostatnie 3 tygodnie od strony pozytywów stwierdzić należy, że:
1) dawno a może i nigdy nie czułam się tak bardzo sobą. 100% mazur w mazur, totalna autoidentyfikacja. właśnie tak powinno wyglądać moje zawalone ponad 150% granice normy życie rozrywane między społecznikowstwo, szkołę, teksty, konferencje... tak, to jest pozytywne.
2) nawet biologiczne zmęczenia poszczególnych części ciała, całego organizmu i poczucie bycia na ciągłym kacu, chociaż alkoholu od chyba trzech tygodni w ustach nie miałam, a przede wszystkim stricte biologiczne odnotowania faktów, z którymi się jakoś noszę, są na swój sposób przyjemne.
3) przede wszystkim zaś kontaktowość wzmożona, przy całej swej ambiwalencji i tym, jak bardzo jest męcząca, jest niesamowicie dla mnie korzystna. ja naprawdę lubię rozmawiać, trudzić się układaniem zdań starannych, ale i konkretnych, niezbyt okrągłych. rozmawianie z MB, z MSW, z RK - ars bene mówiendi, warto, warto rozmawiać. nasze spotkania też mnie pod tym względem wprawiają w poczucie, stonowanego zmęczeniem, zachwytu. tacy wspaniali młodzi ludzie, jakbym odsuwała się na chwilę, patrzyła zza okna, i myślała: tacy wspaniali, wspaniali młodzi ludzie.
4) każda osoba +50 kręcąca się po kampusie wydaje mi się senatorem #aleschiza
5) tylko cierpi na tym sfera domowa, kryptonim przejścia do sfery spraw prywatnych. i będzie tylko gorzej, więc naprawdę musimy wykazać się nadczłowieczą wyrozumiałością w stosunku do wzajemnych zapętleń w sprawy. postuluję sto żółtych kartek.
6) bo gdybym miała spędzić w wymarzony sposób dni wolne, to nie wychodziłabym z fotela w razie deszczu, a w razie słońca poszła pobiegać i na frizbi.