trochę najgorzej. trochę entropia, trochę chaos, a trochę wreszcie wszystko (a na pewno ja, hej, nie mam prawa mówić o niczym innym, mam powinność mówić o wszystkim innym, hej, nie tutaj, nie teraz, jetzt ist gut, theater) jest na swoim miejscu.
wyjeżdżać po to, aby wracać, zdanie sprzed lat, prawda sprzed lat, tak niewiele aktualności, a to jednak, a to owszem. mój nastrój myślę trudnoznoszalny dla tych, którzy tak bardzo nie są ludźmi miasta. podczas gdy ja, znów ja, I, człowiek-miasto, bez sukcesów, bez żadnych sukcesów, bez pracy, bez osiągnięć i bez siebie poza tym co mi o mnie mówią relacje, ja tak się z sobą teraz znoszę, noszę się, wręcz się wożę, bo tak mi dobrze, czy to wkrena czy to prawda, nie wiem, ale znów co chwilę, z chwili na chwilę, mogę mówić do nich trwajcie, jesteście piękne.
warszawa, jak kiedyś, znów robi na mnie dobre wrażenie, bez chociaż i bez ale, chociaż oczywiście mogłabym jakieś ale wymienić, ale dlaczego miałabym wymieniać ale, skoro tylko podniosłe komplementy mogłabym jej prawić, a jeszcze nie byłam w tylu miejscach, jeszcze tyle miejsc, na które czekam.
nawet jeśli dziś nie będzie jakoś tak, albo jeśli będzie tak jakoś inaczej, albo jeśli coś czy tamto czy nie wiem, bo słowa takie płynne, tyle nieokreśloności, tyle #niewiem, że, rozpiska:
1) wymiana nastrojów, przebieramy się za siebie, ja jestem chodzącym zachwytem otoczeniem, o jakie to wszystko jest wszystkim i niczego mnie więcej nie czeba, nie pytaj mnie o lasy, lasy niech będą w lasach, niech będą państwowe, niech będą bezpańskie, ja zostaję na ulicy.
2) niby nie wiem, ale trochę bardzo momentami wiem, bo z roku na rok coraz lepiej wiem, bo z roku na rok coraz lepiej wiem do czego jestem zdolna (a do czego nie), więc czytam mowę mojego ulicznego tańca wprawnie i znam te obawy, i te niepewności tego nie wiem, bo przecież nie wiem. w akapicie brakuje do tego niby i do tych ulicznych tańców nibynóżek, zatem na rozładowanie:
nibynóżki.