niedziela, 28 czerwca 2015

syndrom ostatniego egzaminu.

ale się Pani nie chce. Wszystko inne już by Pani robiła, już nawet myśli Pani, jak zwykle o tej porze roku, widząc kanaliki udrożniające system chodnikowy - ale ja bym z nich liście wybierała; widząc wózki na brudne naczynia - ale bym je myła; widząc warzywa - groszek mrożony wpierw rozmrozić, w międzyczasie trzaskać brokułową, zmienić groszek na kukurydzę, trzaskać pomidory na ćwiartki, ale ja się uergonomicznię w tem roku, na save battery mode: on, o ile nas weźmie (takich dobrych niewolników nie weźmie?). 

Ale ja tam będę czytać. Zweck. Der Zweck. Czytać, na spokojnie, nie na pamięć, czytać, na wypisywanie zdań. Ćwiczyć zdania, kolejne zdania, ale ja będę ćwiczyć. Jak bardzo nikogo tam nie będzie, jak bardzo spokój, jak mało święty. Ostatnie 5 dni, Warszawo, kochaj mnie przez te pięć dni, niech mi się samo z siebie przydarzy coś dobrego. ale mi się już nie chce. I jeszcze te nocne spacery i widok tirów, a nawet samych ulic pustych i rozgrzebanych, myślę: w drogę, myślę: stop, myślę: obwodnica Budapesztu, myślę: te wszystkie miejsca, w których mnie nie ma, a w których jest pięknie, a przynajmniej inaczej, oj jak mi się mnożą in my mind's eyes obrazy okolic porazkroć widzianych, te wszystkie piękne odległości zaległe w pamięci, jakieś randomowe skrzyżowania u podnóży rumuńskich Karpat, jakieś długie drogi, na których nagle cudem samochód, jak bardzo ja bym jechała na południe. I wszelkie niedogodności, rozmowności przymus, niepewność nocnych jazd, wszelkie stania zbyt długie - jakby ich nie było. Tak jak we mnie już nie ma chęci do zobowiązań. 

Z celami idzie mi średnio. Ale mam je z tyłu głowy. 

A. Jeszcze klasizm. Tak myślałam o tym toruńskim klasizmie, których był tak bardzo niewyrazisty w porównaniu do warszawskiego. Niby bogaci byli niewiele od nas bogatsi, niby oni jeździli po wielokroć na narty czy inne Dominikany, niby mieli jakiś dom gdzieś, ale czym to jest w porównaniu do tych bogactwościowych dysonansów tutaj. W średnich miasta średnio, w wielkich miasta ogromne dystanse międzyklasowe. Coś się słyszało o Steinmannie u Orłowskich, ale się miało swojego Lehmanna na chacie zawalonego gazetami i kartonami, i co by nam było po Steinmannie? Średni snobizm. Słoiczy snobizm. Jestem konglomeratem całej początkowo dwudziestowiecznej drabiny feudalnej i taka z tego wypada średnia rozważona.

Nie mogę się z przodu głowy pozbyć myśli o uznaniu. 

czwartek, 25 czerwca 2015

miesiąc z komunikacją.

było super. "uniwersytet trzeciego świata". wycieczki na Pragę. spotkałam kolegę i koleżankę, na rowerze to się nie dzieje. nawet raczej nigdy nie czekałam zbyt długo. powroty pierwszymi dziennymi z buwu, z posiedzenia i z brutażu na propsach, grona znajomych nieznajomych. od jutra wracam na rower. przez cały miesiąc nie znalazłam czasu na naprostowanie koła, #bhawoja.

przez cały miesiąc nie znalazłam też czasu na wiele innych rzeczy. btw: "Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni informuje, że Kapituła Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej (...) jednogłośnie postanowiła przyznać Weronice Murek za sztukę „Feinweinblein”„Feinweinblein” w sposób subtelny, a zarazem niepokojący wsłuchuje się w polsko-niemiecką historię powojenną (...)"

Całe życie w powojniu. Ale nie o tym. To tylko a propos rzeczy, na które nie znajduje czasu.

Zmęczenie materiałem. Rozkład prawdziwego życia. Nic nie wygrywam. Chciałabym coś wygrać. Żeby mi się samo z siebie coś udało, bez wkładania w to wysiłku i nie pod górkę. Tak po prostu. 

To naprawdę źle świadczy o HDI życia jednostki, kiedy od początku czerwca myśli "żeby już był wrzesień...". Z małych przyjemności w tym tygodniu był brutaż i dzisiejsza wycieczka na Pragę m.in. po kolorowe skarpetki. Jest trochę mniej neurotycznie ale nie wiem czy to efekt starań czy zmęczenie. 

Nie za bardzo mam gdzie się schować. Nie za bardzo umiem z kimś pogadać. Small talki small talkami, ale dobrze by było porozmawiać. 

I myślę ciągle o tych najprzyjemniejszych dniach z tego roku. Głównie o Vitalicu. Nie wiem dlaczego akurat o Vitalicu. Było mi ciepło, może to to.

Potem myślę o Caldo, bo im bardziej mam jechać do Danii tym bardziej tęsknie za Caldo. Za zmywaniem w ulewie, za widokiem Leviko majaczącym na końcu długiej ścieżki rowerowej, za górami, które zawsze były w tle, za ciepłem i słońcem północnych Włoch, które wcale nie przeszkadzało w pracy, wręcz odwrotnie. Nawet za tym widokiem wschodu słońca w sierpniu o 5:55 kiedy byłam tak nieprzytomna, że chciałam myć zęby kremem do depilacji, lol.

Potem z kolei jakoś mi się nasuwa Londyn i tak strasznie za nim zaczynam tęsknić, zupełnie go przecież nie znając. 

Potem się zastanawiam dlaczego nie myślę o Gruzji czy Armenii i przypominam sobie, że to było zbyt niedawno, żebym zdążyła wyidealizować i uschematyzować obrazy, coby się nadawały do takich migawek. Albo: było tam stosunkowo zimno.

W Danii też będzie zimno. Ozięble. Chłodno. A ja będę się kurczyć i wrócę tak strasznie mała, że już nic się we mnie nie będzie mieścić. I potem będzie trzeba się nadymywać, przełamywać, odważać i w ogóle wracać do siebie. 

Tak bardzo niczego dziś się nie nauczyłam. Tak bardzo niczego się nie nauczyłam. 

sobota, 13 czerwca 2015

rewrite do k.

neurospoko. niby trochę o tym wiedziałam, ale kiedy ktoś to powie to dużo gorzej brzmi i istnieje silniejsze poczucie konieczności zmiany. 

no to może 25 zmian na 25-lecie, hopsa:

1) przestać nadużywać wulgaryzmów (jako inicjujący projekt postulat dokonywania autoreformy); za to można by wreszcie zacząć używać słów, które biernie znam, ale czynnie wstydzę się wciskać do moich prostackich zdań. 

2) ogarnąć jakie konstruktywne rzeczy robią mi przyjemność (nie podciągać pod to palenia papierosów) i zastanawiać się czy zrobiłam sobie konstruktywną przyjemność. przykłady - pisanie notek na fejsa, pisanie notek na bloga, pisanie dramatów, pisanie dobrych prac, różnego typu robótki ręczne (vide pokrowiec na zapalniczkę szydełkowany, chociaż może nie wyszedł zajebiście, haftowanie). Jakiegoś rodzaju warunkiem uznania za taki rodzaj czynności powinno być, w miarę możliwości, oderwanie od oceny, od potrzeby aprobaty etc. itd. żebym tak raz na tydzień robiła coś takiego byłoby fair enough na dobry początek (skoro ma być grana #dania to nie ma co się oszukiwać, że jest do zrealizowania plan robienia tego codziennie).

3) nauczyć się niemieckiej gramatyki tak, żebym była zadowolona z tego jak będę ją znać i jak będę rozumieć teksty: po prostu z kuchennego niemieckiego przejść na hochdeutscha i przestać to odkładać z roku na rok. najlepiej zapisać się na niemiecki, ale to od października, więc niech sobie tu wisi póki co. oprócz tego do poprzedniego punktu: tłumaczenia. tłumaczenia strasznie lubię i nie wiem dlaczego ich nie robię.

4) przyszły rok, jeśli nic nie zostanie zaburzone, pozostaje ostatnim rokiem studenckim (mniej lub bardziej typowo studenckim). w związku z tym nie brać sobie na głowę praktyk i innych takich, tylko skupić się na samym studiowaniu, bo to nie do końca jest tak, że całe siedzenie w buwie jest neurotyczne. część owszem, ale częściowo to jest naprawdę to co lubię robić najbardziej i dlatego warto by mieć na to czas jeszcze wtedy, kiedy nie ma spiny. to by być mogła co poniedziałkowo-piątkowa mała przyjemność, taka systematyczna praca nad własnym projektem, który póki co wisi w głowie. ergo: nie brać sobie na głowę pozauniwerysteckich obowiązków.

5) nie mieć takich wyrzutów sumienia, że nie spełniam oczekiwań wszystkich znajomych, bo i tak nigdy ich nie będę spełniać. jednocześnie przestać się łudzić, że obustronnie niektórym z nich przypisujemy tak duże znaczenie, bullshiet mazur. w skrócie: nie czuć się źle z tym, że nie zawsze chcę być w grupie i nie czuć się tak bardzo wydymana przez Jacyno. koniec kompulsywnych przyjaźni, więcej uwzględniania swoich potrzeb w przebywaniu z innymi. 

6) przemyśleć czy jest coś co chciałabym z kimś robić razem i na co ta druga osoba mogłaby mieć czas co nam obojgu/obu sprawiałoby przyjemność i stanowiłoby zarazem wiązanie supełka, ale i było motywujące do robienia sobie przyjemności... - ale to tylko na razie przemyśleć...

[to be edited] 


środa, 3 czerwca 2015

sceny.

kiedy sobie myślę o tej sytuacji z boku, to musiało wyglądać zajebiście zabawnie. 

wparowuje X do sali Y, w której nigdy nie był i nie powinno go w niej być, czy coś się stało, owszem się stało [mode wegottatalk: on] rozmowa. teraz. [mode sajkopat: on] Zza drzwi głowa KW [mode zcentrumwidacnajwiecejbeka: on], klucz, nie ma klucza, X przesuwa krzesło, bo ktoś nie zasunął, stop, KW out, klucza nie ma, to teraz miła część: proszę, to za wszystko i list (może ja przeczytam...?) nie, chwilę, teraz już nie będzie miło, a teraz jak to, a teraz kiedy, [bo dlaczego to ja naprawdę rozumiem, trzeba być straceńcem, żeby chcieć tu zostać] no i jeszcze że my, że nie tylko ja, ale ja strasznie, więc ja tutaj, więc [mode crymeariver: on], i on, i on, i ona, i ona i cholera wie kto jeszcze (nie wiedziałam) nie no spoko, czarne kwadraty formularzy ankiet nic nie mówią? 



to ja może rozładuję atmosferę. żart okolicznościowy.



no to może chodźmy?

no to ok. no to tak i tak, i to i tamto, ok, ok, ja rozumiem, no jasne, ale drugi raz? i to i tamto i jeszcze coś, rozumiem, racja, ja wiem, po prostu... no po prostu serduszko łup [mode didireallyusewordserduszko: on]. 

ciśnij mazur głupcze, dość ci tych emocji. widzisz, bez nich to dopiero jest życie wówczas to [mode highlife: on].

poniedziałek, 1 czerwca 2015

nieelegancko

jest zrywać z kimś przed sesją.
autopsja z obu stron.

a co dopiero coś takiego. Wirklich?
Ciśnie się na usta: Schade. Party!

Bon-bon, bon ton, bon mot, tutto benne, 97,3 km od Essen,
a moje pra-nazwisko to Weber, paranoja,
no naprawdę, ja tego nie zrobię?

Ja wiedziałam, żeby nie dawać zwieść się
pozorom najlepszego roku studiowania.

Bang, bang, wszyscy się lubimy,
and then you shot me down.

[kompozycja taka, że Weber w środku. Jak miło]