z zasady o pokoleniu starszych, jeszcze częściej o sobie, tym razem o młodszych.
Piękny młody człowieku.
Trochę czasem trudno do Ciebie dotrzeć, czasem trudno się do Ciebie przebić, ale z mało kim rozmawia mi się tak dobrze jak z Tobą.
Kiedy się z Ciebie śmieje, to robię to tylko dlatego, bo wiem, że docenisz żart. I wiem, że wiesz, że ja doceniam Twoje dobre historie.
Kiedy słucham tego, co mówisz o kolejnych autorach, po których sięgasz, to jestem z Ciebie dumna, chociaż nie ma w tym mojej zasługi.
Kiedy opowiadasz mi o rzeczach, których nie wiem, albo pokazujesz mi coś, co jest dla mnie nowe, nie mogę się nacieszyć, że Cię poznałam.
Twój krytycyzm, sceptycyzm i odrobina pogardy (żeby nie nazwać jej wielkopańską) w moim raczej zgodliwym usposobieniu (jeśli już klasizm, to niższa średnia) imponują mi swoją merytorycznością i Twoją pewnością w ich artykulacji.
Kiedy nie wychodzisz z domu martwię się o Ciebie. Kiedy mówisz o szerokości ludzi: martwię się o Ciebie. Kiedy nie wcinasz i nie śpisz: martwię się o Ciebie.
Więc kiedy mówisz o #zagranico jest mi smutno.
ps. Możliwe, że gdyby K. była w Warszawie odczuwałabym tę litanię mniej intensywnie. Możliwe, że gdybym nie przypisała znaczenia Twojemu tutorialowi powrotu-do-wielkich-słów: myślałabym nieco inaczej o tym wszystkim.
Niemniej myślę, że mógł minąć rok od kiedy się znamy (teoretycznie) i z tej okazji życzę nam sto lat znajomości.