Klucze do URSUSa w mojej nerce. Kluczę po tych wszystkich miejscach, jaka to była piękna sytuacja i jakie to było piękne słońce, nie sposób siedzieć w dziupli, jak powiedział, trzeba w końcu zapisać, zanim mi poumykają, chcę pamiętać:
1) Szucha. Smar na szarych spodniach zmywany przy kranie na Piaseczyńskiej, jaki to był wieczór, jakie to były tropiki.
2) Nieskończoność. I raz, i dwa, i trzy.
3) Papiernia, majowe majdfaki, niekonieczność mówienia.
4) FOTON, widoki ze szczytu świata, stopnie szuflad prowadzące to w górę, to w dół.
5) Otwock raz, powrotna droga z Kazimierza, a tak, na chwilę, chociaż nie było nawet potrzebne, bo dzień, wtedy też to światło, to też musiał być listopad, i tak był przedni.
6) Otwock dwa, z Izaakiem, z drzewem na dachu i autem pod nami.
7) Domki ze zwierzaczkami, nie pamiętam co to za miejsce, co to za nazwa, ale w środku lasu, na pewno dałoby się łatwo zlokalizować.
8) Utrata, znów spodnie w jakimś szlamie, to trawa, to tory, tramwaje, które zniknęły i statek kosmiczny kolei.
9) Browarnia po raz i po dwa, skarby pod nosem i Białoszewski o etykiecie ze sfinksem.
10) URSUS, dachy świata, rozmnożenia lustrzanych odbić nas samych po drugiej stronie i kustosz, którego lepiej nie można było wymyślić niż to, jak sam się wymyślił.
Mogło być coś jeszcze, co akurat mi wypadło, to jak z tym zapisywaniem książek, które się przeczytało ostatnimi czasy, ale wpadają do głowy kiedy już zamkniesz listę. Mogło, ale nie musiało, bo w międzyczasie było wiele mojego czekania na K., dzwonienia do niej: "Chodź!", mówienia do niej: "Chodźmy!", z którego w najlepszym razie wynikało piwo, a to nie o piwo, nie o piwo chodzi. Widoki, powidoki, rzeczywistość w swej najlepszej, rozpadającej się formie.
Sobotni przegrany zwycięzcą niedzieli.