niedziela, 23 listopada 2014

lista.

Klucze do URSUSa w mojej nerce. Kluczę po tych wszystkich miejscach, jaka to była piękna sytuacja i jakie to było piękne słońce, nie sposób siedzieć w dziupli, jak powiedział, trzeba w końcu zapisać, zanim mi poumykają, chcę pamiętać:

1) Szucha. Smar na szarych spodniach zmywany przy kranie na Piaseczyńskiej, jaki to był wieczór, jakie to były tropiki.
2) Nieskończoność. I raz, i dwa, i trzy.
3) Papiernia, majowe majdfaki, niekonieczność mówienia.
4) FOTON, widoki ze szczytu świata, stopnie szuflad prowadzące to w górę, to w dół.
5) Otwock raz, powrotna droga z Kazimierza, a tak, na chwilę, chociaż nie było nawet potrzebne, bo dzień, wtedy też to światło, to też musiał być listopad, i tak był przedni.
6) Otwock dwa, z Izaakiem, z drzewem na dachu i autem pod nami.
7) Domki ze zwierzaczkami, nie pamiętam co to za miejsce, co to za nazwa, ale w środku lasu, na pewno dałoby się łatwo zlokalizować.
8) Utrata, znów spodnie w jakimś szlamie, to trawa, to tory, tramwaje, które zniknęły i statek kosmiczny kolei.
9) Browarnia po raz i po dwa, skarby pod nosem i Białoszewski o etykiecie ze sfinksem.
10) URSUS, dachy świata, rozmnożenia lustrzanych odbić nas samych po drugiej stronie i kustosz, którego lepiej nie można było wymyślić niż to, jak sam się wymyślił.

Mogło być coś jeszcze, co akurat mi wypadło, to jak z tym zapisywaniem książek, które się przeczytało ostatnimi czasy, ale wpadają do głowy kiedy już zamkniesz listę. Mogło, ale nie musiało, bo w międzyczasie było wiele mojego czekania na K., dzwonienia do niej: "Chodź!", mówienia do niej: "Chodźmy!", z którego w najlepszym razie wynikało piwo, a to nie o piwo, nie o piwo chodzi. Widoki, powidoki, rzeczywistość w swej najlepszej, rozpadającej się formie. 

Sobotni przegrany zwycięzcą niedzieli. 

środa, 19 listopada 2014

nihil. novi.

ale i tak mam ochotę coś zapisać, spoko, kto w dobie internetu mi zabroni. przecież wcale nie jestem głupią blogerką, parafrazując panią z pociągu. wcale.

zależność momentu, w którym jesteś w stanie powiedzieć komuś o czymś co w jakiś sposób boli od bliskości znajomości. na gorąco idzie do najbliższych, im bardziej przepowiedziane - tym łatwiej to sprzedać jako historię przy fajku mniej znajomym.

niezadawanie pytań. ludzie naprawdę nie zadają pytań. pytań w stylu skąd ty się w ogóle wziąłeś rozumiane jako co cię ukształtowało, jakie doświadczenia odcisnęły na tobie piętno. ja słucham, staram się zapamiętywać, łączyć, ja, ja, ja staram się was wszystkich nie tyle zrozumieć, co współodczuć, chociaż może trochę zrozumieć skąd jesteście tacy, jakimi mi się wydajecie.

jest brak czasu na sen, jest nadmiar rzeczy do zrobienia i miejsc do bycia, jest dość intensywnie jak na to, że zimno, potrzebuję czasu na samotność, a tego zawsze jako pierwszego brakuje, czasu na relację ja-klawiatura, zapisać melodię tej jesieni. wracają do mnie stare pomysły, wracają do mnie stare problemy, stare sądy o sobie, których dawno na siebie nie wydawałam, ale przecież zawsze warto się zastanowić nad fundamentalnym problemem wynikającym ze stwierdzenia Rada, że "Ludzie się nie zmieniają". 

środa, 12 listopada 2014

gimbaza forever.

Piotrusiu Pani, nie oszukujmy się, będąc od urodzenia starym nie masz żadnego obowiązku dorastać. Możesz sobie nie spać i marzyć, wymyślać sobie w myślach za te wszystkie pomysły, które nie pozwalają śnić, bo strach, strach śnić, 

Być lepszym człowiekiem, nie mieć pretensji. Po prostu nie mieć do niczego pretensji i nie mieć do nikogo pretensji. Nie popełniać dwa razy tych samych błędów. A przede wszystkim uważniej się przyglądać, żeby orientować się zanim popełniam błąd, że to ten moment, a nie wtedy, kiedy już kombinować trzeba nad odwracaniem konsekwencji. 

Jednym słowem - zwolnić. Mniej impulsywnie.

Jeden problem z tą permanentnie odkrywaną Ameryką - przyjemność z życia zgodnie z tymi niezwykle odkrywczymi przykazaniami nigdy nie wznosi się ponad "miło", "spoko", jest dobrym scenariuszem dla unikania nieprzyjemności. A ja naprawdę lubię 10/10. Nawet kiedy jest nieprzyjemnym rozbiciem rąk na ruch każdego palca. Nawet kiedy się je zwraca, haha. 

Także rozchwianie między let's make it (awefully unpleasent) ten i you love your state. Gimbaza forever. 

niedziela, 9 listopada 2014

zasad-niczo.

nic co dzieje się zbyt szybko nie kończy się dobrze. także troszkę obawa związana z intensywnością ostatnich dwóch dni. troszkę, bo zarazem dwa dni nie rodzą zbytniego przywiązania do tematu i w razie jego wyparowania owszem będzie szkoda, ale i przecież to nie jest tak, że TINA. 

jednocześnie jednak byłoby to bardzo zaskakujące i dość przyjemne, gdyby ułożyło się klawo. tak po prostu - bezwisiłkowo klawo. wszyscy kumple nie od zawsze byli kumplami, kiedyś coś się wydarzyło, bywało intensywnie, różnie bywało, ale przecież niektórzy kumple są na zawsze kumplami. 

a mamy wspólne elementy mianownika. to zostało ustalone. obawa obawą (Polska Polska, hola, hola), zawsze można wsiąść do jakiegoś tira, tirowcy przecież raczej biorą. 

czwartek, 6 listopada 2014

ale jak to?

chodzę po mieście i mówię ale jak to,
albo bardzo mi się tu podoba (światła, samochody, cement się kręci),
uwiera brak poczucia stabilności, paradoksalnie,
poczucie, że w kategoriach celów stoję pod znakiem zapytania,
permanentna obecność niepewności czy to to to czy to to nie to,
już od dawna brak zaufania do what's for you will not pass you by,
how to disappear completely,
przymus przemieszczania się.