czwartek, 28 listopada 2013

i jeszcze to.

(podejrzanie dużo ostatnimi czasy tu plotę i komciam rzeczywistość). chodzi o pewien wzór. 
(poziom zaangażowania w próby robienia czegoś + ilość wysyłanych w kosmos sygnałów, że chcesz coś zrobić) / brak odzewu ze strony adresatów = współczynnik hurraoptymizmu odnośnie do rzeczywistości

to, że zostawię go takim, bez komentarza, może być odczytywane jako informacja o tym jak oceniam jego wartość. 

plus: nadużywam słowa szczęście ostatnimi czasy, nie nawet jako określenie tego jak się czuję, tylko po prostu, w różnych kontekstach. zwróciłam sobie na to uwagę. przemyślałam. i wprowadzam poprawkę do swoich wypowiedzi, jeśli chodzi o szczęście, jako irracjonalny stan zadowolenia i braku niepokoju, to jego momenty jestem w stanie bardzo dokładnie wskazać do mniej więcej 14 miesięcy wstecz. jeśli zaś chodzi o to, co ostatnimi czasy nazywam szczęściem, to powinnam mówić raczej o momentach, które w zracjonalizowanym porównaniu do momentów, które mogłabym określić jako pożądany stan, wypadłyby pozytywnie. także w razie czego: to to ostatnio określam szczęściem. 

gdybym umiała mówić wielką literą byłoby łatwiej. 

poniedziałek, 25 listopada 2013

redukcja. 65 minut.

od kiedy mniej studiuję czuję intensywniej brak jałowych pogawędek o charakterze teoretycznym i brak mechanizmu pisania na określoną ilość stron. brak w sensie tęsknoty ale i brak, jako poczucie wolności od pewnych form, w które studiując się wpada, a które teraz mnie nie trzymają w ryzach pracy na 15 stron czy prezentacji na 15 minut. więc trochę mi się podoba, a trochę mi się nie podoba takie studiowanie na jednym kierunku. najmniejsza linia oporu. minimalizm. redukcja. 

właściwie ten wstęp potrzebny mi do tego, żeby wytłumaczyć się z właściwej treści tej notki. chciałam napisać o "nancy. wywiad". zrobiłam sobie listę scen, o których chciałabym wspomnieć. pięć pozycji, przy czym piąta dopisana bardziej dlatego, że zrobiłam pięciomiejscową listę, niż dlatego, że naprawdę chciałam ją wymienić. nie napiszę o tych scenach po kolei, nie opiszę przebierania rajstop, które mnie wzruszyło w jakiś sposób swą prostotą i bezpośredniością, nie napiszę o pierwszej scenie tańca przy białej ścianie, na którą padające cienie rzucały obraz pomnożony w kończyny, ani nie opiszę innych scen, które mogłabym opisać. 

Nie muszę, bo nie muszę pisać na określoną liczbę stron. Nie muszę, bo mogę się zredukować do wersów Napiszę to tak:

jego ramiona
 wzruszają  do                                           dotrzymują sobie 
    góry nogami                                                kroku. on trzyma
        obraca wizję                                             ona w lot chwyta 
               spod opadającej                                   poziom
                       mu  grzywki                 kurtki, bluzy, t-shirta                  
                           odwróconej na lewą stronę
                              mierzy w prawo                           
                    powszechnego ciążenia         
                  obowiązuje tylko 
              ograniczenie
         pary
     spodni
 na parę
ludzi

czwartek, 21 listopada 2013

prowokacje.

bardzo zdradliwe słowo. tęcza na placu świętego zbawiciela - prowokacja. spalenie tęczy na placu zbawiciela - prowokacja. debata u dominikanów - prowokacja. kobieta na krzyżu - prowokacja. w sferze publicznej prowokacje. podpuszczanie się, darcie mordy, race i świece dymne. 

domeną sfery prywatnej wygaszony dynamit. nie pozwalanie sobie na emocjonalność, na zaangażowanie w działalność o charakterze nieukierunkowanym na osiąganie wpływów, celów zawodowych, realizację projektów i rozwój kariery. społeczeństwo prestiżu (nawet kanały telewizyjne bywają określane jako prestiżowe, naprawdę). musi być głośno i mnogo. po obu stronach. obu trzech. 

a ja jestem bomba tykająca, dynamit. aktywowany przez nieduży przycisk z małym a. nie ufam tym wszystkim zgrupowaniom. po pierwsze - naprawdę nie dzieje się nic. po drugie - jeśli w ogóle coś może się wydarzyć to w skali 1:1. Jedyna skala umożliwiająca budowę jakiejkolwiek wspólności. Teoretycznie. 

rok temu napisałam coś o tym, że "B. czuwa". Dziś znów, swoją drogą o tyle to byłoby śmieszne, gdyby wcale nie było zabawne, miałam ostatnio taką myśl, mogłabym napisać "B. czuwa". Ja jak widzę, to odwracam głowę, nie chcę patrzeć. A ona po prostu powiedziała, a ja o. Aha. To tak? To ja poczytam. Aha. Ok. Spoko. No i co? No nic, nie?

Podoba mi się taka opcja interpunkcyjna: No nic, nie?, ja i tak nic, no wiesz?, nie chcę patrzeć. 

Ja chcę znaleźć sobie taką osłonkę, jak ta, która mnie otula, kiedy pływam. Mieć na sobie wodny kombinezon nieprzepuszczający myśli o pytaniu "tego, naprawdę?" (elipsa). Kombinezon świętej cierpliwości. 

sobota, 16 listopada 2013

autobusem jechałam.

a to nie wymaga tyle uwagi co rower. można pomyśleć o czymś innym, niż to jakie lekkomyślne i przyjemne jest jechanie z kurtką rozpiętą nieco u góry, tak aby powietrze chlastało w klatę, i czujesz przejmujące zimno w środku i jest ci tak śmiertelnie, ulotnie i wiesz, że umrzesz i to jest na prawdę spoko, wiedzieć, że ty też, owszem, umrzesz, ale póki co chlasta cię po klacie powietrze tnące powierzchnię skóry, jak rozbita szyba rozbryzguje się po niej zimno i jest super, czuć, że żyjesz i wiedzieć, że umrzesz. 

ale pojechałam autobusem. i wtedy, o wtedy, to jest zupełnie inna jazda. pojechałam autobusem i wpadały mi dobre pomysły, a ja z zasady potrzebuję motywacji w postaci Innego, żeby mieć jakikolwiek w ogóle pomysł, najlepiej jakieś okazje, urodziny, srodziny, albo miłość, to wtedy od razu łatwiej mieć pomysł, to jest motywacja, naprawdę. a tutaj, nagle, autobus, pomysły.

i myślałam, że bym zrobiła taki funpage, bo to jest, znane od dawna już w psychologii mazurzej, zjawisko siatki pojęciowej facebooka determinującej postrzeganie, czyli kategorie takie jak zdjęcia na facebooka, polubiłabym to, whatever, bym go zrobiła:

365 rzeczy, które powinny mnie obchodzić, ale mnie nie obchodzą, bo obchodzi mnie tylko czubek mojego nosa.

ewentualnie obchodzi mnie czubek Twojego nosa (czubku, haha), może nawet to by było bardziej adekwatne, ale to jest taka rzecz, do której się przecież publicznie bym nie przyznała, a jednak facebook jest dosyć publiczny, publikuj, wizerunek sieciowy (spójny!, niech chociaż on będzie spójny), anyway, do wątku.

umieszczałabym na nim posty takie jak na przykład:

powinno mnie obchodzić, że jest taki dzień w roku, kiedy część warszawy wychodzi z założenia, że lepiej jest nie wychodzić z domu i nie przeszkadza im, że niepodległość, którą świętują, w ich mikro, prywatnej skali, właśnie tego dnia, właśnie w święto niepodległości, jest gwałcona przez to poczucie, że lepiej z domu nie wychodzić, ale mnie to nie obchodzi, bo obchodzi mnie tylko czubek nosa (bezzaimkowo będzie prawdziwiej).

powinno mnie obchodzić, że uspołecznia się najlepszą szkołę w polsce, odcinając od sprzyjającej nauce atmosfery (bo tu nie chodzi o poziom, tu chodzi o warunki do nauki, o pokazanie możliwości) dzieciaki, których rodzice nie zapłacą 7000 PLN rocznie za gimnazjum, ale mnie to nie obchodzi, bo obchodzi mnie tylko czubek nosa.

powinno mnie obchodzić, że typ z poprzedniej epoki głosi na państwowej uczelni materializm dialektyczny jako jedyną słuszną ideologię, determinantę wyborów politycznych członków określonych klas społecznych, ale mnie to nie obchodzi, bo obchodzi mnie tylko czubek nosa.

powinno mnie obchodzić, że krzysztof może się opatrzyć, jak nie nieopatrznie powiedział nie mój czubek nosa, ale jak to, powinnam powiedzieć wtedy tak:

przeintelektualizowany? pani, to jest holistyczna, artystyczna wizja zadająca istotne pytania, to warto próbować poznać, to warto próbować zrozumieć, bo w tym są prawdziwe emocje, te, które są najgłębiej, te lęki, o których nie mówi się na głos, te obawy, z którymi nie zdradzamy się przed samymi sobymi osobami sobie osobnymi, tak pani, tak jest, to, że on ciągle ciągnie to samo, trochę inaczej może, ale tak naprawdę on ciągnie w głąb, w głąb, i pyta: ale co potem? w co ty wierzysz? czy ty potrafisz tak kochać? czy ty w ogóle potrafisz kochać? dlaczego stąd uciekasz? czy ty potrafisz stąd uciec? czy ty sobie radzisz z tym, jaki jesteś poplątany? czy to wszystko, co jest w tobie stłumione, nie rozrywa ci skóry na dłoniach zimą? wersja robocza, gdybym nie pisała pod wpływem chwili ujęłabym to zupełnie inaczej.

ale nie powiedziałam, bo najbardziej obchodzi mnie czubek nosa, obchodzi mnie tylko czubek nosa.

i powinno mnie obchodzić to, że obchodzi mnie tylko czubek mojego nosa, ale mnie to nie obchodzi, bo to gówno prawda i byłabym naprawdę wniebowzięta, gdyby to on mnie obchodził. 

nie chcę się zmienić w samolubny gen. chcę się starać, mimo, że nie wychodzi, mimo, że to beznadziejna sprawa, mimo, że sztuczki mogłyby być skuteczniejsze, nie chodzi o cel, nie chodzi o to, żeby czubek potrafił się określić w dwóch słowach, chodzi o tę pierdoloną drogę, o to ciągłe magnetyzowanie na nie i na tak, na odsuwam się, bo nie mogę znieść, uciekam, bo nie mogę zdzierżyć, po czym jestę rzepę - a może rzep jest rzepem samolubnym? - i'm on my way. kiedy mam ochotę coś powiedzieć, ale przecież jestem przewrażliwiona i to tylko moim zdaniem, prawdopodobnie, jest nietaktem (nie-tak-t, spoko). 

i właściwie cały czas kręci mi się w głowie od tego ruchu przyciągająco-odpychającego. od tego odrzutu, który mógłby mnie spokojnie wyrzucić z kraju tego, gdzie kruszynę chleba rzucają na ziemię na pożer gołębi.

u mnie? w porządku, tak, w porządku. 

tylko jeszcze nie rozpracowałam w jakim porządku. 

czwartek, 14 listopada 2013

wspólność.

czyli kolejne teoretyczne wyzwanie, na temat którego nie mam nic pozytywnego do powiedzenia. 

bo zaczynam odnosić wrażenie, że powolutku udaje mi się dobrze bawić we własnym towarzystwie. nie pytam piąty raz, cztery wystarczą, sama pójdę, też spoko. momentami. ale jednak.

i nie jestem pewna czy mi się to podoba. 

oprócz tego totalnie się autocenzuruję pisząc tu cokolwiek, więc piszę, bo chcę coś z tych tygodni zapisać, jakieś drobiazgi, które de facto umiarkowanie mnie zajmują. o tym co mnie boli nie ma co, bo niezmienne. o tym co mnie cieszy nie ma co, bo się wyda. o tym co mnie wkurwia nie warto, bo to to samo, co to co boli. o tym co mnie uśmiecha... o nie, to już dopiero jest żenujące. 

ale jeśli miałabym jednak coś od siebie bez autocenzury, to napisałabym: syndrom wewnętrznego poczucia konieczności permanentnego obniżania oczekiwań. 

poniedziałek, 11 listopada 2013

obecny, obecna.

poteoretyzuję trochę, skoro tak dużo się dziś działo, a wiadomo, naprawdę nie dzieje się nic.

obecność nieobecna, ta, kiedy wiesz, że zawsze możesz się odezwać, z nagłymi telefonami i wiadomościami zupełnie oderwanymi od rzeczywistości. obecność, z przyzwoitą, lecz niewymuszoną frekwencją niezależną od innych zmiennych. obecność sinusoidalna, czyli kiedy jej nie ma, to nie ma, ale kiedy jest, to jaka ona jest. obecność epizodyczna. zostaje po niej to pytanie: "jakim cudem ja z tą osobą, na taki temat?". permanentnie przepracowywana obecność. nieobecność bez historii i nieobecność z historią. 

do tego nie ma schematu, to tego nie ma systemu. bo niby jaki może być system, kiedy dochodzi milion kanałów komunikacji. i nagle nieobecność z historią coś zakłóci, obecność sinusoidalna jest niby nadal down, ale jakiś kanał nadal wrze. i tyle, i jedyne co można zrobić, to być tak totalnie post, że aż latour i zacząć od opisywania tego czy przy kimś jesteś zabawnym człowiekiem, czy bywasz, czy może w ogóle wam nie do śmiechu. od tego jak trzymasz ułożone nogi, kiedy siedzicie obok siebie. a jak dłonie. 

nie nastawiać się na scenariusze. nie wierzyć w model. ciągle rewidować swoje wyobrażenia przez konfrontację z rzeczywistością. dać spokój teorii, ona nie ogarnia, zająć się praktyką. dawać sobie więcej szans i okazji, mieć tony cierpliwości do braku prawidłowości. jeśli chodzi o relacje to chcąc nie chcąc wszyscy są chociażby minimalnie interakcyjni. więcej wczucia i wyczucia, 

tak mi dopomóż.

[telefon w samą porę]