czwartek, 27 czerwca 2013

dlaczego naukę prawa warto zaczynać od historii.

dlaczego w ogóle warto zaczynać od historii. nastrój nietęgi. wpadam na pomysł: przyjrzę się sobie sprzed roku, sprawdzę czy naprawdę to jest tak, że gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę czuć pustkę w pokoju w wyniku braku Kai, że będę brać ze sobą czapkę Katarzyny, że będę prosić Paukę o zaopiekowanie się Kalą, która będzie spać na moim łóżku, wyładowanym moimi rzeczami, że zobaczę w Warszawie nieskończoność, że będę mówić "o, jak dobrze, że teatry mają sezon ogórkowy, nic mnie nie ominie", że będę ściągać przed wyjazdem przedstawienia, że będę myśleć o tym, że totalność zawdzięczam zaufaniu do Katarzyny, że będę pakować minimum, bo jest plan wakacyjny... to bym nie uwierzyła.

czytam więc siebie sprzed roku. i, prawdę powiedziawszy, gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że będę mogła napisać dokładnie te same zdania, które rok temu - też bym nie uwierzyła. dokładnie rok temu, o tej porze, pijąc w piasko perłę, próbując mieć swoje pięć minut (właściwie myślałam wtedy o trzech, ale wiadomo, czego się dla frazeologizmu nie zrobi). 

tyle jeśli chodzi o słowa, które mogłabym zapisać. w pozostałych dziedzinach życia to do siebie kieruję zdziwione spojrzenie, looking back on this year, parafrazując jedno z tych zdań, które mogłabym przepisać: "you had no idea...". 

tak, nowe historie warto zaczynać od historii.

środa, 26 czerwca 2013

trzy lata samotności.

razi mnie to mówienie 'szkoła', bo ja bym chciała studiować a nie się uczyć. ale w tym roku się uczyłam. mimo najlepszych chęci studiowania (może z wyjątkiem pomocy rozwojowej, którą studiowałam). podsumowanie na własny użytek trzech lat studiowania (uczenia się), dlatego samotności, bo w tej drodze przez teksty, książki i kserówki (i, niech będzie, skrypty), każdy jest sam, o czym już ostatnio żem rzekła. zatem: po trzech latach, na trzech kierunkach, bez żadnego dyplomu, chciałabym podsumować ten okres. i chciałabym pisać tylko dobrze, bo krytykowałam i wkurzałam się przez cały ten czas. zatem: plusy nauki - podsumowanie.

1) pierwszy rok: wykłady z hsmu, poranki piątkowe, za każdym razem wydarzenie, stworzenie sobie legendy, która okazała się mitem, ale która wówczas była dla mnie ważna. wycieczki na basen na banacha. wykłady z ekonomii, dające tysiąc okazji do wybuchów głośnego śmiechu. brak sesji zimowej. pierwsze zajęcia na artes: zetknięcie z kochanowskim, z wróblem, z lederem. niesamowite wykłady paczowskiej. porażka na egzaminie z hsmu - a, miały być plusy... - zatem egzamin u paczoskiej oraz okupiony ogromnym wysiłkiem egzamin z dyskursu politycznego rzeczypospolitej obojga narodów. a przede wszystkim: zajęcia z zoją. od pierwszych, do ostatnich, każde miały swój klimat, każde były wyjątkowe, a all in all doprowadziły mnie do pomocy rozwojowej jako formy neokolonializmu, bo były pierwszym zetknięciem z "zagadnieniami cywilizacyjnymi w perspektywie postkolonialnej:". 

2) rok drugi: prawo międzynarodowe, zarówno wykłady jak ćwiczenia: kolejne "pierwsze zetknięcie". pojawia się śpiewak, pojawia się obirek. najlepsze pod względem tekstów do tej pory zajęcia z "filozofii o literaturze" (oczywiście z egzaminu 3, ale miało być o plusach...). przede wszystkim zaś pojawia się bucholc i najlepsze zajęcia w czasie całych studiów. egzamin, w czasie którego tworzę tak dobry koncept, że do dziś jestem z niego zadowolona. a przede wszystkim "przeszłość i tożsamość": semestr naprawdę dobrych zajęć, w świetnym składzie, z pięknym zaliczeniem. wystąpienie o roli przedmiotów w mojej rodzinie wygłoszone do jednego widza/słuchacza. drugi semestr, naukowo jałowy, a że tylko naukowości podsumowuję, to na tym skończę, nadmieniając jedynie, że takiego przebiegu sytuacji z prawem się nie spodziewałam, a dzięki niemu po raz drugi: brak sesji. 

3) no i domknięcie bez tytułu: dobre zajęcia z "antropologii postsocjalizmu", znów dobra ekipa, dobre dyskusje, dobre teksty. wykłady z "organizacji międzynarodowych" i namiastka, może 5% zachwytu z pierwszego roku. może w sumie 3%. ale usprawiedliwione innymi płaszczyznami życia, których przecież nie podsumowuję. urocze wykłady z "kultury języka polskiego". lektury czytane na seminarium z waśkiewiczem. a przede wszystkim fenomenalna "lektura tekstu artystycznego": zajęcia z rutkowskim i ze stępniem, praca pisana do stępnia, tłumaczenie atwood - wraz z "klasycznymi ideami socjologii" najlepsze zajęcia jakie w czasie tych trzech lat miałam. do tego licencjat ze stosunków, który, kiedy teraz na niego patrzę, kiedy już nie chce mi się rzygać na jego widok, wiem, że jest dobry. 

w liczbach, bo zawsze bardziej do mnie przemawiają: 365 ectsów. ok. 400 stron prac pisemnych. 4 sesje. 

w odczuciach: było warto. a przede wszystkim: tak miało być. z tekstów myślę, że największe wrażenie deleuze o prouście. adorno o schonbergu przypominany sobie w kontekscie "doktora faustusa". wiara w wykresy u lacana - zawiedziona. kompleksowo: teksty na "przeszłość i tożsamość" oraz teksty na "antropologie postsocjalizmu" i "freak-humanistykę, czyli humanizm w dobie antyhumanizmu" i seminarium z waśkiewiczem.

z czego jestem zadowolona? z zajeć o literaturze. z kontaktu z prowadzącymi na artes. z tego, że nie miałam żadnej poprawki. z tego, że eksperyment tegoroczny zakończył się sukcesem w dziedzinie czarów. że wykorzystałam te trzy lata na studiowanie (i uczenie się) i że mogę od przyszłego roku spróbować czegoś innego. nie oszukujmy się, od czterech lat (od dziewięciu?) dużo się uczyłam. a to takie strasznie samotne zajęcie.

piątek, 14 czerwca 2013

miejsce, gdzie mnie nic nie czeka.

wysiadłam. ruszyłam, bo byłam zbyt zmęczona, żeby czekać. ta satysfakcja z bycia wychowana w jednym z najpiękniejszych miast w Polsce. to miłe uczucie. zobaczyłam nowy most, o którym od kiedy pamiętam jest głośno i o którym zawsze można pogadać z taksówkarzem. minęłam stary most i na ślimaku getyńskim pomyślałam o Kindze. Idąc koło ogródka byłej Wiczy pomysłałam o tym popołudniu z Gosh i Elizą tam, o tej rozmowie na szybko o całym roku, o tym, jak Ola podeszła się pożegnać przed Valencją.  Poszłam dalej, przeszłam pod otwartymi oknami Kierysa i pomyślałam o patencie oficerskim z podpisem Piłsudskiego na jego ścianie, o tamtych emocjach, kiedy wchodziłam do niego. Nie pamiętam klatki schodowej, średnio pamiętam mieszkanie, pamiętam, że był ten patent. Idąc obserwowałam stojaki, które się pojawiły i przypięte do nich rowery, myśląc, że niedługo to się z mojego miasta jakieś Louven zrobi. Miasto uniwersyteckie, rowery, dużo ogródków. Minęła mnie mama Ani Flejszar, uśmiechnęłam się, nie poznała. Minęła mnie Martyna, nad której nazwiskiem zastanawiałam się idąc dalej. Tyle wspólnych dni w świetlicy, a ona mnie nie poznała, nie szkodzi, ja nie pamiętam jej nazwiska. Cały czas, kiedy mijali mnie starzy ludzie, bałam się, że to będą moi dziadkowie. Minęłam mamę koleżanki, a może to była kuzynka, Dominiki Kulęgowskiej. Dlaczego ja pamiętam te nazwiska i te twarze, dlaczego ja nie pamiętam tego nazwiska tej Martyny, jak ona się nazywała nie da mi to spokoju no nie! Jak zapominam, dlaczego ja zapominam, weszłam do domu, wyszłam z domu i pomyślałam znów o Kindze, bo przechodziłam przed jej byłym domem, poszłam dalej, na widok dworca PKS pomyślałam o mkf. Napisałam do niej, idąc, maila, nie wiem po co nie odpisze nawet jeśli odpisze to i tak nie napisze co tak naprawdę u niej, przecież ludzie nie piszą takich rzeczy w mailach, a już na pewno nie ona z jej awersją do pisania, nie szkodzi, tak na prawdę nie oczekuję odpowiedzi, chcę, żeby wiedziała, że wyszłam na ludzi, że wychodzę do ludzi, że wychodzę na człowieka, który ogarnia a od września postara się ogarniać lepiej, samodzielniej, odważniej, praktyczniej. Byłam gawędziarzem, opowiedziałam bez kłamstw, tylko z odrobiną przemilczeń, wiele dobrych historii. Bo z perspektywy toruńskiej w Warszawie jest jeszcze lepiej niż jest. 

Dlatego tak trudno tu być, kiedy słyszy się własny głos mówiący o tym jak tam dobrze. 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

tylko żeby nie było.

dwie rzeczy. jedna to poczucie samotności. może to kwestia totalnej inności tej sesji, które nawet jeśli się nie odbywały były czasem nocnego buwingu. tym razem nie. jest domowość. i poczucie totalnej samotności. nie sądzę, żeby to się lączyło. Dobrze mi się mieszka, nawet nie mam potrzeby mieszkania tylko-dla-siebie-na-chwilę. może nie mam jej właśnie w związku z tym poczuciem samotności. nie wiem. jest ciało strasznie zmęczone. od czytania najbardziej bolą łokcie i nadgarstki. dziś powiedziałam bepowerowi nie (to brzmi dumnie). Styraność. Starość. Samotność.

druga to ten teatr. znów tam byłam (cześć Magdu!). i przestrzeń zupełnie inna, nierozpoznawalna w swej postindustrialności jako teatr. bardzo piękne stare zakurzoności szufladek pomnożonych na ścianie. Piękne, syfiaste szafki, zlewy brudne, podłogo błogosław ten rozkurz (dwie aluzje w czterech słowach, pozdrawiam Mirona). dobrze mi w tym budynku jest, chciałabym tam pracować. nie wiem co miałabym robić, bo nie umiem nic, co mogłoby im się przydać. to trochę jak z p., też byłam miałam uczucie chęci tam pracy.

a skończę za nowym, sterylnym biurkiem, na którym kurz będzie łatwo usuwalny i wyraźnie dostrzegalny w razie jego nieusunięcia.

wracam do "iśćcia". naprawdę, było takie słowo.

środa, 5 czerwca 2013

dni, które zasługują na notkę.

stan jest fascynujący. dobrze go znam, znam mechanizmy nim rządzące, ale za każdym razem tak niesamowicie mnie fascynuje. 

bo z jednej strony tego nienawidzę. tego: nauka, kolejka, egzamin, zajęcia, nauka do rana, egzamin, kolejka, wpis, kolejka, wpis, nauka, wpis, nauka, sen, referat, dyżur, podanie, zaliczenie, zajęcia, nauka do rana, zaliczenie, nauka... z drugiej strony uwielbiam to rozmnożenie czasu. każda sekunda zaczyna mieć znaczenie, jazda autobusem jest chwilą oddechu, albo wiecznością zbyt powolnego przemieszczania się. uwielbiam poczucie gromadzenia wiedzy w tempie przyrostu geometrycznego. lubię te przymykające się powieki, którym trzeba mówić: otwarte! fascynuje mnie to towarzyszące wszystkim tym działaniom poczucie jałowości, bo w czasie takich dni jest ono najsilniejsze, najintensywniejsze, najwyraziściej uwypuklone przez nadmiar aktywności.

i ja w tym wszystkim z naukowym agresorem. z organizacyjnym agresorem. z kpiącą miną w tych wszystkich kolejkach nadużywająca wyrazów, które nie zachęcają do wdawania się w pogawędki. ale zarazem w poczuciem, że więcej się nie da zrobić. i poczuciem samotności, atomizacji, kiedy każdy jeden ze swoimi dwoma kierunkami równie zagubiony tylko w innych kolejkach, w innych papierach, wymaganiach, tematach... 

i przesłuchana w spokoju piosenka staje się dużo bardziej przyjemna. 

gdyby tylko nie te chwile, kiedy chciałabym, żeby ktoś mnie złapał za głowę. i gdyby nie te chwile, kiedy wiem, że mogłoby być dużo lepiej. a to jednak substytut. czy ja tak naprawdę w ogóle lubię się uczyć?

niedziela, 2 czerwca 2013

czas wyrwany z zapętlenia w powtarzaniu zaklęć.

po pierwsze: 

chłopiec w wannie. mówi. mówi, przekręcam, mówi mniej więcej tak: "gdzie ty jesteś? jestem w domu, czekam na ciebie, gdzie ty jesteś?!" i jest w tym tyle bólu. i mówi: "nie brakowało mi ciebie. nie bardziej niż przez całe życie". i taka w tym samotność codzienna. dobrze ubrane w słowa to jak niemożliwym jest bycie razem. takie platońskie połączenie. związki jak te cienie, co one mają w sobie z ich idei.

po drugie:

ten również chłopiec. i krzyk rozpaczającego nad tym: "czy ty nie widzisz jak ja ciebie kocham?". ten chłopiec, który chciał przełomu. który chciałby kochać wszystkich ludzi. ten chłopiec, wam może nie pasować, dla mnie jest ważny. zafiksowany na obdarowywaniu czymś, co nie jest potrzebne, na jakiś poświęceniach, których nikt od niego nie oczekuje. on jest w tym wszystkim ważny, bo on też jest cieniem. 

po trzecie ten brokat, który jest popiołem. 

po czwarte znów, nie umiemy się z tego wyrwać, eros/tanatos. i te zdania, które ujmują: "nie jesteśmy złym snem, który się przyśnił w tym świecie. my jesteśmy tym światem. i dobrze". takie moje: "nie oszukujmy się". nie oszukujmy się, wszyscy mamy z erosem problem. tylko, że to nie jest nic nowego, to od dawna wiadomo, że mamy z nim problem. w sumie, biorąc pod uwagę monolog o dziecięcej love-hate relationship, motyw z "jestem chłopcem i chodzę jak chłopiec", dialog o molestowaniu w dzieciństwie i spojrzeniu chińskiego ojca... to wszystko bardzo - nie, nie wierzę, że to piszę - no niestety, freudowskie. przesycone freudem.

po piąte możliwe, że dlatego, że nowy york nie warszawa. miało być pewnie, miejsce otwarte w dziele, czyli wyobraź sobie pierwszą część, więcej tego krzyczenia z drzwi, tego obrażania, wyzwisk - a zrobiło się psychoanalitycznie, amerykańsko. więc i trauma, zamiast naszej, lokalnej traumy, musiała się przeobrazić w traumę z 11/09. co my o niej możemy wiedzieć. 

po szóste w kwestii kabaretu uznaję dowcipność scen wybranych. 

po siódme wizualność wyrwała mnie z myśli o tym co mam do zrobienia i dlaczego nienawidzę być zależna od ludzi, z którymi trzeba współpracować, chociaż afryka wciągnęła mnie skuteczniej. dziś czułam się bardziej obserwatorem w loży szyderców, który łaskawie spogląda przychylnym okiem na scenę. filmowość i gra kamer niezwykła. bardzo to do mnie przemawia (i nie chcę sobie tego tłumaczyć krótkowzrocznością). szczególnie james i ujęcia z rączki. szczególnie scena doprowadzania do o. na czterech materacach. 

i bardzo lubię poniedziałka. 

a nie, jeszcze dwie rzeczy, techniczne:

1) chciałabym zobaczyć próbę albo przedstawienie, na którym mogłabym siedzieć obok warlikowskiego i zadawać mu na bieżąco pytania o motywacje stojące za takim a innym wyborem, dlaczego to, dlaczego tamto. 

2) chciałabym wiedzieć jakie to uczucie, grać u niego. czy to jest tak, że te role wydobywają z aktorów to co w nich jest, umożliwiają im ekspresję czegoś w nich drzemiącego, czy raczej to nie ma nic wspólnego z ich predyspozycjami. nie umiem dobrze ująć o co mi chodzi. o takie dogranie roli i aktora, na ile ona daje ujście emocjom w aktorze będącym. bo mam takie instynktowne przeczucie, że on to dobrze robi: dobrze wykorzystuje naturalne predyspozycje (powtórzenie) aktorów (kolejne powtórzenie), tworząc dla nich role, dając im do zagrania to, co zagrają dobrze.

i śmiesznie się czuję myśląc o tym, że od jakiegoś czasu oni sobie to ćwiczyli 10 minut drogi rowerem od nas : ) 

kurde no, podobało mi się. inaczej mi się podobało, spokojniej. że lubię poniedziałka już napisałam? (napisałem). wiem, że tak, ale muszę jeszcze raz, bo no, lubię poniedziałka.