po pierwsze:
chłopiec w wannie. mówi. mówi, przekręcam, mówi mniej więcej tak: "gdzie ty jesteś? jestem w domu, czekam na ciebie, gdzie ty jesteś?!" i jest w tym tyle bólu. i mówi: "nie brakowało mi ciebie. nie bardziej niż przez całe życie". i taka w tym samotność codzienna. dobrze ubrane w słowa to jak niemożliwym jest bycie razem. takie platońskie połączenie. związki jak te cienie, co one mają w sobie z ich idei.
po drugie:
ten również chłopiec. i krzyk rozpaczającego nad tym: "czy ty nie widzisz jak ja ciebie kocham?". ten chłopiec, który chciał przełomu. który chciałby kochać wszystkich ludzi. ten chłopiec, wam może nie pasować, dla mnie jest ważny. zafiksowany na obdarowywaniu czymś, co nie jest potrzebne, na jakiś poświęceniach, których nikt od niego nie oczekuje. on jest w tym wszystkim ważny, bo on też jest cieniem.
po trzecie ten brokat, który jest popiołem.
po czwarte znów, nie umiemy się z tego wyrwać, eros/tanatos. i te zdania, które ujmują: "nie jesteśmy złym snem, który się przyśnił w tym świecie. my jesteśmy tym światem. i dobrze". takie moje: "nie oszukujmy się". nie oszukujmy się, wszyscy mamy z erosem problem. tylko, że to nie jest nic nowego, to od dawna wiadomo, że mamy z nim problem. w sumie, biorąc pod uwagę monolog o dziecięcej love-hate relationship, motyw z "jestem chłopcem i chodzę jak chłopiec", dialog o molestowaniu w dzieciństwie i spojrzeniu chińskiego ojca... to wszystko bardzo - nie, nie wierzę, że to piszę - no niestety, freudowskie. przesycone freudem.
po piąte możliwe, że dlatego, że nowy york nie warszawa. miało być pewnie, miejsce otwarte w dziele, czyli wyobraź sobie pierwszą część, więcej tego krzyczenia z drzwi, tego obrażania, wyzwisk - a zrobiło się psychoanalitycznie, amerykańsko. więc i trauma, zamiast naszej, lokalnej traumy, musiała się przeobrazić w traumę z 11/09. co my o niej możemy wiedzieć.
po szóste w kwestii kabaretu uznaję dowcipność scen wybranych.
po siódme wizualność wyrwała mnie z myśli o tym co mam do zrobienia i dlaczego nienawidzę być zależna od ludzi, z którymi trzeba współpracować, chociaż afryka wciągnęła mnie skuteczniej. dziś czułam się bardziej obserwatorem w loży szyderców, który łaskawie spogląda przychylnym okiem na scenę. filmowość i gra kamer niezwykła. bardzo to do mnie przemawia (i nie chcę sobie tego tłumaczyć krótkowzrocznością). szczególnie james i ujęcia z rączki. szczególnie scena doprowadzania do o. na czterech materacach.
i bardzo lubię poniedziałka.
a nie, jeszcze dwie rzeczy, techniczne:
1) chciałabym zobaczyć próbę albo przedstawienie, na którym mogłabym siedzieć obok warlikowskiego i zadawać mu na bieżąco pytania o motywacje stojące za takim a innym wyborem, dlaczego to, dlaczego tamto.
2) chciałabym wiedzieć jakie to uczucie, grać u niego. czy to jest tak, że te role wydobywają z aktorów to co w nich jest, umożliwiają im ekspresję czegoś w nich drzemiącego, czy raczej to nie ma nic wspólnego z ich predyspozycjami. nie umiem dobrze ująć o co mi chodzi. o takie dogranie roli i aktora, na ile ona daje ujście emocjom w aktorze będącym. bo mam takie instynktowne przeczucie, że on to dobrze robi: dobrze wykorzystuje naturalne predyspozycje (powtórzenie) aktorów (kolejne powtórzenie), tworząc dla nich role, dając im do zagrania to, co zagrają dobrze.
i śmiesznie się czuję myśląc o tym, że od jakiegoś czasu oni sobie to ćwiczyli 10 minut drogi rowerem od nas : )
kurde no, podobało mi się. inaczej mi się podobało, spokojniej. że lubię poniedziałka już napisałam? (napisałem). wiem, że tak, ale muszę jeszcze raz, bo no, lubię poniedziałka.