czyli dopiero koło 11 godzę się z myślą, że cały dzień spędzę robiąc rzeczy, których albo nie chce robić, albo w stosunku do których bez trudu jestem w stanie podać inną rzecz, którą chcę robić bardziej. i oczywiście kieruje mnie to, środa, na myśl o tym byciu selbstwytresowanym do odruchu bezwarunkowej emocjonalności, przy czym najczęściej radości, w zeszłoroczne środy. Zeszłoroczne środy. To było to. Niby na 8:00 i niby do 20:00, ale ok. 11 to już była myśl, o a może pójdę poczekać na artes, a może dyżur, a może tak po prostu dzień dobry, czy coś. I potem to takie przejście przy palarni z nieco rozbawionym wzrokiem i przechyloną w przód odrobinę postawą i śledzenie tego przejścia zza szyby i takie przekorne dopalenia, bo nie dajmy się zwariować. Teraz ok. 11 jest raczej: spoko, za 10 godzin jest 21, przecież nikt mi nie zrobi krzywdy przez tenczas, nawet jeśli siedzę upupiona w za małej ławce między dwoma osobami to jeszcze nie jest powód do paniki i nie muszę się denerwować tym, że ich barki haczą o moje barki, widocznie moje barki muszę bardziej przechylić na ukos i nie będą wtedy haczyć, można się nie dotykać, przecież to nie jest problem, środa, środek, w środku dobrze, tylko między ludźmi siedzenie ssie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz