wtorek, 24 stycznia 2012

paraantynormalne.

kiwam z powagą głową, mówię masz rację, bo obiektywnie, to tak, masz rację. ale z jakiegoś powodu nie napiszę dziś o tym co się udało, co się nie (wystarczająco dobrze) udało (1:2), tylko właśnie o tym, co sprawia, że kiedy kiwam z powagą głową i mówię, że masz rację to wchodzę w rolę społeczną, której anty-odgrywaniem  zajmowałam się długi czas i którą nadal z przyjemnością odgrywam, aczkolwiek epizodycznie.

istnieje bowiem folder ze skarbami, takimi jak 'i jeszcze przyjaciele. mam nadzieję, że dołączę do tego zacnego grona.', z jakiegoś powodu mój pełnoletni prezent jest zeszytem (następuje długa lista przesłanek udowadniających prawdziwość teorii obalającej prawdziwą teorię, których, wzorem tłumaczki Iliady, nie wymienię). w każdym razie: źródło frustracji, źródło rozpaczy, źródło (...), ale i źródło niezakłóconej pełni szczęścia.

bo mimo dysproporcji i ryzyka związanego ze skracaniem dystansu bywają takie chwile, kiedy wszystkie te zagrania spotykają się z odpowiedzią. to trochę tak, jakby (wracając do metafory piłeczek) na kilkaset nieudanych serwów trafiał się jeden, który kończy się efektowną wymianą.

i dlatego dzisiejsze 1:2 jest 1>2. bo wygrać z systemem, wydobyć z niego człowieka - to jest coś, za co się wygrywa na punkty.

środa, 18 stycznia 2012

typologia dni.

bywają dni zajebiste, wiadomo, bywają. bywają dni codzienne, no jasne, takich jest najwięcej. i bywają takie dni, kiedy od rana do... no właśnie, to jest przedmiotem zainteresowania notki, do kiedy? świat bije one po pysku, każdym kolejnym pacnięciem mówiąc: ogarnij się, jesteś pyłkiem, to, że w ciebie napierdalam i tak nic nie znaczy.

zaczyna się niewinnie, pozory normalności. nie spierdoli autobus, dotrzesz na czas. po czym trzask - nie było potrzeby docierania. to na -1, ale bez przesady z bolesnością. po czym się zawiedziesz na sobie - jesteś na -2. Po czym objawisz pełnię swej niezgrabności i nieskoordynowanych ruchów - -3. Stajesz przed obliczem czegoś ponad twoje umiejętności - -4. Czekasz na coś, co może nigdy nie przyjść - -5. Spotykasz się z niesprawiedliwością, bo tylko tobie przydarza się tak, że kiedy raz, jedyny raz, zdarzy ci się nie przeczytać - okazuje się, że wszyscy-2 nie przeczytali: -6. Rezygnujesz, masz dość, jedyne, czego chcesz, to następnego dnia, nowej szansy na ułożenie. Wracasz do siebie, do swojego łóżka, komputera, chcesz spełnić swoje święte obowiązki doczytania, żeby uniknąć powtórzenia sytuacji. I wtedy dzwoni Tata. 


Tata. O którym myślałam wracając na piechotę (punkty minusowe zaczęły się jednak naliczać już o 1:30, kiedy okazało się, że kalkulacje odnośnie rozkładu jazdy nocnych były miskalkulacjami i trzeba się było przejść) 3,7 kilometra w mrozie. Myślałam o tym ile to wyniosłam z domu rodzinnego, jacy to oni mądrzy, rozważni, uczciwi ... (litania) ... wieżo z kości słoniowej ... 


Także dzwoni Tata. I czyni z -6 -7. Bo wiadomo, zapomniałam o impulsywności i przenoszeniu konfliktów na linii ognia na spokojne fronty. Rozumiem, jasne, że go rozumiem, sama jestem w tej, za przeproszeniem i pozwoleniem zacytuję Martę, dupie, od >20 lat, nawet nie i've been there, po prostu i am there. Ale nadal, co -7, to -7. Także dzień ma jeszcze 116 minut, żeby mi czymś przewalić. 

I niech bije. Niech bije sobie nawet w tarabany ('ale co to jest tarabana?'), niech trzaska i plaska w te wszystkie sferostrefy. Bo to, co wyniosłam z domu rodzinnego to też parę dobrych cytatów. I wiem, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy 

środa, 11 stycznia 2012

'Czemu idziesz na tę wojnę?'

To jest bardzo rozbudowany cytat. Właściwie cały tekst. Właściwie - cała prawda. Przypis / bibliografia / źródło.


"(...) na temat przyczyn słabości siostrzanej solidarności pisane są z punktu widzenia kobiety jako strony słabszej: manipulowanej, indoktrynowanej, zadręczanej i odrywanej od własnej autentycznej, siostrzanej natury. Taki obraz wojny kobiet uważam za odległy od placu boju tak mniej więcej, jak analizy sztabowców oddalone są od rzeczywistości widzianej oczyma szeregowca w okopach. Chciałam więc zapytać, dlaczego mianowicie na tę wojnę idziemy?

Po pierwsze – dosłownie: czemu idziemy na wojnę? Dlaczego wydłużamy sobie rzęsy, pokrywamy twarze warstwami lepkich substancji, do których zmywania trzeba używać rozpuszczalników, dorabiamy się stóp o dziwacznym kształcie, nosząc buty, których nie stworzyłaby najbardziej perwersyjna katowska wyobraźnia, dlaczego się wdzięczymy i robimy numery z mruganiem à la Myszka Minnie? „Ubieram się dla siebie?” „Lubię czuć się ładna?” Terefere, fałszywa świadomość. Zbroimy się, opancerzamy, kształcimy w rozmaitych sztukach walki – i idziemy na wojnę. Walczymy ze sobą nawzajem, wykorzystując wszelkie atuty i wszelkie możliwe blefy.

Po drugie – przenośnie: czemu na to idziemy? Skoro nam to nie pasuje, odczłowiecza nas, krzywdzi, męczy i odbiera naszym uczuciom względem innych kobiet autentyczność? (...) Zmusza nas do tego przemoc (fizyczna, ekonomiczna i symboliczna), zmuszają brutalne realia życia, które wszak nie my stworzyłyśmy: my jesteśmy niewinnymi ofiarami dyskryminacji płacowej, braku przedszkoli, patriarchalnych wyobrażeń naszych babć oraz byłych, teraźniejszych i potencjalnych partnerów (lub partnerek). To prawda – ale nie cała.

Uderzmy się dla odmiany we własne piersi, co skądinąd kobietę boli jak wiadomo bardziej i dlatego być może ten gest tak trudno jej przychodzi. Skoro kobiety prowadzą ze sobą wojnę, to zapewne któraś z nich wygrywa. Czy my aby nie chcemy wygrać? Odwieczny dylemat polityki rozbrojenia: a może by tak wyrzucić szminki, spalić po raz kolejny biustonosze i wytrząsnąć do zlewu kremy przeciwzmarszczkowe? Ile kobiet na to pójdzie? Drogie siostry, wojnę – zgodnie z naukami von Clausewitza – prowadzi się w celu zniszczenia wroga, nie po to, by się z nim (tak właśnie) bratać. Lubimy nasze kobiece tryumfy, lubimy błysk pożądania w cudzych oczach, nawet jeśli nic bardziej realnego z niego nie wynika, lubimy też błysk zazdrości, choćby oznaczał tylko kłopoty. Cenimy sobie nasze małe, taktyczne zwycięstwa, choć są one – jak zapewne słusznie dowodzą feminiści i feministki – owocami strategii pyrrusowej.

Piszę celowo o takim interakcyjnym mikrowymiarze wojny kobiet, bo na tym poziomie dopiero widać, że bój nie toczy się o rzeczy wymierne i zasadnicze. (...) walka o rzeczy wymierne i zasadnicze rozgrywa się zwykle na innych polach, według innych reguł, inną bronią, płeć miewa tam znaczenie drugorzędne. Walczymy o drobiazgi, nagradzające jak nic innego, niezastępowalne, nieodzowne. Gdyby było inaczej, kobiety, które osiągnęły sukces w nauce, sztuce, polityce czy biznesie, odrzucałyby z ulgą kobiece parafernalia wojenne i osuwałyby się w pokojową, siostrzaną autentyczność. Patrząc na moje znakomite przyjaciółki, koleżanki i nauczycielki nie mam jednak wrażenia, żeby powodzenie odbierało im wolę walki. Wręcz przeciwnie.

Tryumfujący pochód kobiecości kroczy naprzód po zgliszczach siostrzanej solidarności, napędzany nadzieją każdej małej dziewczynki, że kiedyś będzie królową balu, przedmiotem zazdrości wszystkich innych dziewczynek. Nie miałaś nigdy takiej nadziei? Jesteś pacyfistką? Siostry, namawiam – uderzmy się w piersi. Kostium pokutnicy bywa przecież niezwykle twarzowy."

To jak to było z tym inwestowaniem w spódniczki... 

poniedziałek, 9 stycznia 2012

konstrukt teoretyczno-abstrakcyjny rodem z autobusu nr 190.

czyli myśl matka, że imię 44 zostało nadane nie przez przypadek. i myśli pochodne - jest powołaniem, misją. Że JB (vide) to nie tylko tęsknota za prostotą lecz etyka pluralizmu, chrześcijański immanentny potencjał (byłaby taką dobrą katoliczką!), moralne wezwanie do przepychu agape. Termin komplementarno-opozycyjny (przeskok od syntezy do tezy, cóż za malwersacje intelektualne) staje się errosem, błędem systemu, nie indywidualnym celem, lecz narzuconym instrumentem. Konstrukcja podmiotowości u-oparta na egzogenicznych de-stabilizatorach - czyli kłaniają się w pas studia nad stadiami Sørena - tyle, że zapośredniczonymi - agon z przypadkowością indywiduacji.

i tak to by wyglądało, gdyby nie istniała alternatywa dla wychodzenia z załamania świata przez włączenie się do zewnętrzności. i tak to nie wygląda, bo powołana została przywołana alternatywa - autarkiczna i jej racja wspierana przez wyzna-nie 'lubię mówić o swoich emocjach'. Bardziej konsekwentna i umożliwiająca odżegnanie się od permanentnej, wymuszonej dyskontynuacji. skąd wniosek o wyższości bycia alternatywnym wobec własnej jaźni-odzwierciedlonej. akt stworzenia, zgodnie z Słuchowym Potencjałem Wywołanym Z Pnia Mózgu, rozpoczął się bowiem od destrukcji tego, co nie było wystarczająco dobre. 

czwartek, 5 stycznia 2012

lust zu fabulieren już zużyte, a tak to miało być ochrzczone.

znamy znaczek negacji ~? Znamy. Skoro uwspólniłam kod, przecież nie wszyscy mieli obowiązkową maturę podstawową z matmy tudzież szczęście przejścia przez maglowanie logiczne na studiach (muszę nadrobić), mogę przystąpić do cytowania i opisu przeżyć wewnętrznych podmiotu, tym razem nie za pomocą przemilczeń, lecz poprzez posłużenie się właśnie znakiem ~: 


like to keep some things to myself   can never leave the past behind  done with graceless heart ⇒ ~ can see no way  ready to hope.


[edit] and it hits me that it hurts me that you won't like my friends. even worse due to my invisibility to friends of my friends. [/edit]

niedziela, 1 stycznia 2012

onirism, czyli ta zabawa nie jest dla dziewczynek.

przez przeważającą część mojego życia nie zapamiętuję snów. trochę mi żal z tego powodu, ale nie do końca - dlaczego? dlatego, że kiedy już zapamiętam, to jest tak jak dzisiaj - myśli nieuczesane i niewie-mość jak obrócić (ol)śnienie w żart, kiedy empirycznie moguję poczuć sprawczość myśli sennych - a kiedy sam(a)nie zdziwiam ich antysymbolicznością, jak można tak wprost takie nieuświadomione, nienazwane? straszek przed głową, bo ona umie łączyć niebo z szyją, które w szyje wpada poprzez głowę, głowa często lubi być niczyją (mówi: lubię kiedy mówię, lubię głowić się i lubię lubić, lubię łudzić się i łudzę ludzi, że odcinam się by ich nie nudzić).

skróciłam czasoprzestrzeń rozbijając barierę wyobrażenia za pomocą dowodu, potwierdziło się moje przekonanie o zaufaniu i wspólnocie getta, miałam poczucie bycia we właściwym miejscu we właściwym czasie oraz opuszczenia go w idealnej chwili - więc póki co 12,5 godziny 2012 pod znakiem lękowego stanu stoickiej afirmacji istnienia w jego najpełniejszej, wyrzmiętej formie.

i czego nie będzie, żebym mieć oparcie - nie będzie papci, nie będzie piżam, nie będzie kawy jeśli-w-ogóle-to-z-mlekiem, nie będzie innych lęków niż przed wymy(s)w-ła-sny-mi i, dygresja:

[idea czarnego punktu, który w miarę rozwoju sytuacji, tudzież socjologii, zmienia swoje znaczenie, w każdym razie pozostaje tym stałym i wspólnym elementem - przewartościować, rozbić - jako własny i wyjątkowy element składowy, dodając do tego przesunięcie odcinka przecinającego okrąg obrazujący moje-ja i społeczne-ja aby zwiększyć pole powierzchni mojego ja]

i na dygresję: <ok>. mój core, przewartościowany, pozostaje heart-corem.