"(...) na temat przyczyn słabości siostrzanej solidarności pisane są z punktu widzenia kobiety jako strony słabszej: manipulowanej, indoktrynowanej, zadręczanej i odrywanej od własnej autentycznej, siostrzanej natury. Taki obraz wojny kobiet uważam za odległy od placu boju tak mniej więcej, jak analizy sztabowców oddalone są od rzeczywistości widzianej oczyma szeregowca w okopach. Chciałam więc zapytać, dlaczego mianowicie na tę wojnę idziemy?
Po pierwsze – dosłownie: czemu idziemy na wojnę? Dlaczego wydłużamy sobie rzęsy, pokrywamy twarze warstwami lepkich substancji, do których zmywania trzeba używać rozpuszczalników, dorabiamy się stóp o dziwacznym kształcie, nosząc buty, których nie stworzyłaby najbardziej perwersyjna katowska wyobraźnia, dlaczego się wdzięczymy i robimy numery z mruganiem à la Myszka Minnie? „Ubieram się dla siebie?” „Lubię czuć się ładna?” Terefere, fałszywa świadomość. Zbroimy się, opancerzamy, kształcimy w rozmaitych sztukach walki – i idziemy na wojnę. Walczymy ze sobą nawzajem, wykorzystując wszelkie atuty i wszelkie możliwe blefy.
Po drugie – przenośnie: czemu na to idziemy? Skoro nam to nie pasuje, odczłowiecza nas, krzywdzi, męczy i odbiera naszym uczuciom względem innych kobiet autentyczność? (...) Zmusza nas do tego przemoc (fizyczna, ekonomiczna i symboliczna), zmuszają brutalne realia życia, które wszak nie my stworzyłyśmy: my jesteśmy niewinnymi ofiarami dyskryminacji płacowej, braku przedszkoli, patriarchalnych wyobrażeń naszych babć oraz byłych, teraźniejszych i potencjalnych partnerów (lub partnerek). To prawda – ale nie cała.
Uderzmy się dla odmiany we własne piersi, co skądinąd kobietę boli jak wiadomo bardziej i dlatego być może ten gest tak trudno jej przychodzi. Skoro kobiety prowadzą ze sobą wojnę, to zapewne któraś z nich wygrywa. Czy my aby nie chcemy wygrać? Odwieczny dylemat polityki rozbrojenia: a może by tak wyrzucić szminki, spalić po raz kolejny biustonosze i wytrząsnąć do zlewu kremy przeciwzmarszczkowe? Ile kobiet na to pójdzie? Drogie siostry, wojnę – zgodnie z naukami von Clausewitza – prowadzi się w celu zniszczenia wroga, nie po to, by się z nim (tak właśnie) bratać. Lubimy nasze kobiece tryumfy, lubimy błysk pożądania w cudzych oczach, nawet jeśli nic bardziej realnego z niego nie wynika, lubimy też błysk zazdrości, choćby oznaczał tylko kłopoty. Cenimy sobie nasze małe, taktyczne zwycięstwa, choć są one – jak zapewne słusznie dowodzą feminiści i feministki – owocami strategii pyrrusowej.
Piszę celowo o takim interakcyjnym mikrowymiarze wojny kobiet, bo na tym poziomie dopiero widać, że bój nie toczy się o rzeczy wymierne i zasadnicze. (...) walka o rzeczy wymierne i zasadnicze rozgrywa się zwykle na innych polach, według innych reguł, inną bronią, płeć miewa tam znaczenie drugorzędne. Walczymy o drobiazgi, nagradzające jak nic innego, niezastępowalne, nieodzowne. Gdyby było inaczej, kobiety, które osiągnęły sukces w nauce, sztuce, polityce czy biznesie, odrzucałyby z ulgą kobiece parafernalia wojenne i osuwałyby się w pokojową, siostrzaną autentyczność. Patrząc na moje znakomite przyjaciółki, koleżanki i nauczycielki nie mam jednak wrażenia, żeby powodzenie odbierało im wolę walki. Wręcz przeciwnie.
Tryumfujący pochód kobiecości kroczy naprzód po zgliszczach siostrzanej solidarności, napędzany nadzieją każdej małej dziewczynki, że kiedyś będzie królową balu, przedmiotem zazdrości wszystkich innych dziewczynek. Nie miałaś nigdy takiej nadziei? Jesteś pacyfistką? Siostry, namawiam – uderzmy się w piersi. Kostium pokutnicy bywa przecież niezwykle twarzowy."
To jak to było z tym inwestowaniem w spódniczki...