za to lubię wolne - za możliwość niedospania. siedzenia do nadrana. wczorajszodzisiejsze siedzenie do nadrana: tylko ja i moje hobby. google.
także znalazłam coś o czym istnieniu wiedziałam, ale nigdy nie miałam wystarczającej motywacji, żeby sprawdzić. skoro jednak okazało się, że potencjalna motywacja sprawia, że wbiegam po schodach, wydłużam trasę, myślę o trzy tygodnie (a i trzy miesiące, prawie rok oraz prawie dwa lata) wprzód - uznałam ją za wystarczającą do sprawdzenia.
i słusznie. bo, co prawda, wpadłam w histeryczny nastrój pt. ryczę ze śmiechu, po czym ryczę z ryczenia, po czym znów ze śmiechu, po czym po prostu reirse, po czym w ogóle już nie wiem co robię, tylko google, czytam, myślę, szukam... w każdym razie zreinterpretowałam dotychczasowy determinizm, robiąc z niego amor fati. i przydając mu cechy postęu.
bo nie mogę zaprzeczyć, że zataczam koła. ale mogę z tych kół ułożyć pawie oczko i płakać ze śmiechu radości, że tak świadomie przeskakuję na kolejny level. jestem dzisiaj pierwsza szczęśliwa. bo zamiast tragizmu poszukiwania ideału po prostu czuję, jak wiele jest na świecie ideałów.
a najzabawniejsze jest to, że wiem, że gdybym była starsza i była tam wtedy, a nie moja ulubiona liczba lat później, to nie ma opcji - na pewno bym była pierwsza... nieszczęśliwa. II miejsce? to trzeba być nienormalnym. co najgorsze, to że nadal nic nie wiem, poza tym, co potęguje moją niewiedzę o pytania, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałam byłam.
tak bardzo bym chciała pocytować, ale nein, no way. i paradoksalnie, z każdą chwilą czuję się dojrzalsza i starsza. na przykład już zaraz się położę spać. to takie rozsądne.
btw, strasznie się rzucam po tym blogu, jak mam pseudowolne i jestem tu sama. ale tak się cieszę, naprawdę, cieszę się, bo lubię te znane nieszczęścia. zawsze mnie zaskakują.