niedziela, 30 października 2011

3:20

za to lubię wolne - za możliwość niedospania. siedzenia do nadrana. wczorajszodzisiejsze siedzenie do nadrana: tylko ja i moje hobby. google. 

także znalazłam coś o czym istnieniu wiedziałam, ale nigdy nie miałam wystarczającej motywacji, żeby sprawdzić. skoro jednak okazało się, że potencjalna motywacja sprawia, że wbiegam po schodach, wydłużam trasę, myślę o trzy tygodnie (a i trzy miesiące, prawie rok oraz prawie dwa lata) wprzód - uznałam ją za wystarczającą do sprawdzenia.

i słusznie. bo, co prawda, wpadłam w histeryczny nastrój pt. ryczę ze śmiechu, po czym ryczę z ryczenia, po czym znów ze śmiechu, po czym po prostu reirse, po czym w ogóle już nie wiem co robię, tylko google, czytam, myślę, szukam... w każdym razie zreinterpretowałam dotychczasowy determinizm, robiąc z niego amor fati. i przydając mu cechy postęu. 

bo nie mogę zaprzeczyć, że zataczam koła. ale mogę z tych kół ułożyć pawie oczko i płakać ze śmiechu radości, że tak świadomie przeskakuję na kolejny level. jestem dzisiaj pierwsza szczęśliwa. bo zamiast tragizmu poszukiwania ideału po prostu czuję, jak wiele jest na świecie ideałów. 

a najzabawniejsze jest to, że wiem, że gdybym była starsza i była tam wtedy, a nie moja ulubiona liczba lat później, to nie ma opcji - na pewno bym była pierwsza... nieszczęśliwa. II miejsce? to trzeba być nienormalnym. co najgorsze, to że nadal nic nie wiem, poza tym, co potęguje moją niewiedzę o pytania, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałam byłam.

tak bardzo bym chciała pocytować, ale nein, no way. i paradoksalnie, z każdą chwilą czuję się dojrzalsza i starsza. na przykład już zaraz się położę spać. to takie rozsądne. 

btw, strasznie się rzucam po tym blogu, jak mam pseudowolne i jestem tu sama. ale tak się cieszę, naprawdę, cieszę się, bo lubię te znane nieszczęścia.  zawsze mnie zaskakują.

piątek, 28 października 2011

nic się nie wydarzyło, końca świata nie było...

są takie cytaty, których nie można się pozbyć. posiłkując się jednym z moich ulubionych obcych mi języków, do którego próby zbliżenia od ośmiu prawie lat kończą się niepowodzeniem - Ohrwurm. na przykład często męczy mnie to zdanie - i to jest wiara warta krwi, twojej krwi z podciętych żył, idź i się zabij. koszmar, idę ulicą i melorecytuję. co ja właściwie chciałam?

chyba piszę, żeby się wdrożyć w pisanie, bo próbuję o-r-well-a (to nieco echlalialowo do o(h)rw...urma, nie?), ale mimo udanej burzy mózgu jakoś przepapierzenie nie idzie, moi Państwo, nie idzie. Dlaczego? O tym chciałam napisać. Bo o tym chciałabym mówić. Ale nie jest mi dane, więc piszę, (choć nie wyślę listu), mać, właśnie o to chodzi. że wysłałam i nie mogę się skupić, bo czekam na odpowiedź, nie będzie mi dana, nie będzie mi dana, niech będzie mi dana.

bo się zaczęło, mili państwo, o-ho, ho! pełną gębą, wystudiowane czekanie (na coś co może, co może nigdy nie przyjść) i nie przyszło, ale bardzo profesjonalnie grałam wczucie w lekturę, w intelektualny uśmiech wywołany pięknym fragmentem, w zaczytaną naukową pozę. bez widza, proszę państwa, bez wiedzy widza. i czekam. i nadal bez odpowiedzi. 

a potem poszłam, bo ja tak mam, że mnie jara iście mnie jara, intelektualizm, także żem poszła i żem posłuchała i ludzie, to był błąd. bo nagle się okazało, że powtarza coś, co powiedziała. no bez przesady, tyle cytatów na świecie, a ona powtarza? i się okazało, że nie wszyscy są na ty z piotrkiem sz. (to jest ta wyrafinowana aluzja, że jedynie ja, i to ja z dzisiaj, jestem dla siebie idealnym czytelnikiem, co za narcyzm, co za wsobność! ale gdyby ktoś był zainteresowany historią, to służę wyjaśnieniem), w ogóle służę. 

i takam dzisiejsza i tykam nakofeinowana, pukstukam w klawisze i jakoś tak bym nic nie robiła (a ja czekam i czekam, i czekam, i ciszę wplatam we włosy i na palce nawlekam, a ja leżę i leżę, i leżę, i nikomu nie ufam, i nikomu nie wierzę). Zaufanie. Niech to! (el o el, ale to Konradowskie!). 

nie-ch odpisze, bo nie napiszę! a tak ogólnie, to lubię zostawać na wszystkich zmarłych (kontaminacja) we wareszawije. i chyba jakbym teraz zaczęła o-r-well-a, to by mi wyszła sztuka. bynajmniej nie pracy naukowej.  bo ja bym tak bardzo dziś chciała z kimś porozmawiać (filozofia dialogu). jestem taka zawiedziona. nie-po-cieszona. indeed.

i spostrzeżenie, co wywiozłam z wijelkijej brytaniji - tykam wielką literą, zamiast państwować. czy ludzie zrozumieją?

piątek, 21 października 2011

Pani Doktor, pукописи не горят!

Z esemesów niewysłanych, w poszukiwaniu własnego idiomu:

Właśnie uderzyło mnie coś z zakresu korespondencji sztuk. Jest to w stosunkach - jako wartość dodana do zjawisk w państwach, coś uniknalnego, co powstaje tylko na płaszczyźnie wielouczestniczącej, jest w socjologii jako de facto przedmiot badań, czyli to co jest w zbiorowości, a czego nie mają jednostki. I jest to do przeniesienia na człowieka - co przeczy tezie, jakoby wszystko już było. W sensie tworzenia nowej jakości w samym procesie styku i warunkach w jakich zachodzi. Ecce wartość dodana.

Plus ciąg dalszy analizy dojrzewania, jako tego, co zaczynamy akceptować. Dojrzewanie jest zobojętnieniem na własną omylność i słabość. Mierzeniem się własną miarą.

Odzywa się we mnie umiłowanie prostych zasad takich w stylu prawa grawitacji przeniesionego na płaszczyznę psychologii. Chcociażby - if one could be with everyone it means that one cannot be with anyone. Of course everyone should be considered as symbolic category witch includes groups with more than the-one.

And when I say take care I mean it. And I wish to here it back, as a sign, that somebody cares. Cause my body's not working. It's expire date comes closer every day.

And, last but not least, I took the reality on my senses and it was just like virtual one. She talks the way she writes. Personal excursion: I write the way I think - still no way I could speak the way I think. Back to topic. She glows with words. She's looking for Him with her hands. She's playing. She's playing indeed. She checks her body. She knows rules of reinterpratating. She's able to laugh. This is really kind of discovery. Still unsatisfied, though the only disappointment there was my reaction. Or lack of proper reaction. But She (skipping to another Her, ukłon) gave me a reason why and I just wish it's not the right one - though I'm subconsciously sure it is. Because it's always like this. Because, though I've learned to write I with the capital letter, I'm so much the same. Same needs. And I'm so glad to get the abstraction-exceptional solutions. 

And word-game. natychMIASTOwy. Say what You want, it is fucking great to be in love with Warsaw.

piątek, 14 października 2011

pure borderline.

wynika z zakochania w życiu. z tej niestabiloności uczucia. podskoków, uskoków, zeskoków. a jako, że dziś podskok, to napiszę, żeby mieć świadectwo jednego z tych dni, kiedy uczucie kwitnie. 

bardzo przyjemnie jest poczuć się sobą taką, jaką się się pamięta. a zarazem nieco inną. z obsesji w podjaranie kontrolowane. z wzroku w deskę w wytrzymujące spojrzenie. z wierności przekonaniom w równomierne rozłożenie pomiędzy różnorakie przedmioty zainteresowania swojej platońskiej satysfakcji. kolekcja typów. trzymając się tego gościa na pe - idei. ideałów. a jako, że ideały są nudne - mistrzów w tworzonych na bieżąco kategoriach. świat jest pełen idei (to takie słowo w którym mieszczą się inicjały, należące do mojego prywatnego słownika, także znaczy więcej niż znaczy. jeszcze więcej). 

także myślę tak teraz i wyliczam sobie. mam poniedziałki, wtorki, czwartki. mam wtorki. mam piątki. mam weekendy. no i mam wyobrażenie, które uparcie usiłuję zweryfikować. nie lubię śród! ale będę się rozglądać, może po prostu środy jeszcze nie wypatrzyłam. zbyt wiele w tym dniu biegam, żeby się rozglądać. 

a tak btw, w ramach dzielenia się wiedzą: mówi się dwoje zajęć! 

w każdym razie żyję. i to całkiem dożywczo. po co łapać króliczka, skoro tak przyjemnie się go goni.