Tak. Istnieje. Oznacza: gruczoł. Także w gruczole. Mogłabym dorobić ideologię, ale mam długą historię do opisania, a sił mi braknie, także...
Jest taka dzielnica, nazywa się Clapham. Jest tam duży park, w którym miałam spędzić miły, przyjemny dzień, po tym, jak bezskutecznie przejdę wszystkie knajpy, sklepy, stacje i inne takie, zadajac pytanie o robotę. Ale, jako, że jestem córeczką mojej mamusi, wiadomo, na widok informacji, przy ścieżce rowerowej: 30 min. - London, The City, zatrzęsło mną. 30 minutes. Rower - 30 km/h? Nie więcej. 15 km? Można? Można. Włączyłam muzykę, zaczęłam śpiewać nie-do-końca pod nosem - i idę. Na marginesie dziękuję Marcie Ż. za zeszyt z Londynem - plan z niego wyrwany był do godziny 10.19 dziś moim jedynym planem tego ogromnego miasta. Idę z pół godziny - znak: 25 minutes do The City. Myślę - słabo. Przyśpieszam. Cisnę niemiłosiernie - a, czy wspominałam o tym, że już wczoraj zrobiłam koło 13 kilometrów - chodząc za pracą? Nie pewnie. Także idę, idę - nagle widzę ten budynek z czołówki Hotelu Babilon. Wiadomo, taką rakietę-wibrator. THE GHERKIN (znalezione w googlu poprzez hasło: building in London, like cucumber ^^). Myślę - o, to zupełnie jak PKiN - myślisz, że już jesteś blisko, a tu nie, few hours walk. Do rzeczy. W końcu doszłam, przeszłam przez rzekę, podeszłam pod katedrę (4,9 mili do tego momentu), do informacja, stara zagrywka: I'd like to get the map of London, but I don't have any money. Po czym: may You check for me addresses of Virginia Woolf? Jak mogłam nie pamiętać tego Bloomsbury - nie wiem. Zdarza się. I ruszyłam. 2,7 mili - patrzę - znam ten czerwony piasek. Co tam się piętrzy z przodu? Niemożliwe? Prawie przeoczyłam Buckingham Palace - gdyby nie to, że akurat była zmiana warty i mi zablokowali przejście - minęłabym bez zatrzymania. A tak, to musiałam przystanąć. Nic - idę dalej. Miało być blisko już. Bo kto by pomyślał, że między Hyde Park Corner a Hyde Park Gate 22 jest 3,3 mili.
Puste miejsce, bo i tak nikt by nie zrozumiał istoty przeżycia metafizycznego w postaci dotknięcia okucia furtki do tego domu.
Potem się poddałam. Człowiek jest słaby. 3,8 mili trasy powrotnej, Piccadilly Circus, jakieś metro, jakieś przesiadki. Ostatecznie Clapham i - bezskuteczne szukanie roboty. Ale co poczułam, to moje. A do Bloomsbury wrócę. I cieszę się, że już widziałam wszystkie "sztampy". Co by to było jakbym do tych 23,65 kilometra musiała dodać parlament, Big Bena, Westminster Abbey i nie wiadomo co jeszcze. Także - co tu dużo mówić - jestem bezrobotna.
CLAPHAM JUNCTION to stacja, gdzie się wysiada do mojej cioci!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuń(która żyje, ale mnie nie kocha).
A park, o którym mówisz, przeszukaliśmy sto razy pytając random old ladies with a dog: "are you Amy?" (bo wiemy, że jest stara i że ma psa, że jak nie ma jej w domu to pewnie jest na spacerze z psem. nawet raz widzieliśmy tego psa u niej w domu, ale jej nie było, albo- tak jak mówiłam- nie kocha nas i ma wysrane na gości).
BOŻE DZIEWCZYNO NIE WIERZĘ, ŻE DOSZŁAŚ PIESZO Z CLAPHAM DO CITY!!!!!!!!!!!!!!!!! Ja po spacerze z City do Mayfair byłam z siebie dumna, albo z SOHO do Hyde Parku, A TY PRZESZŁAŚ WIĘCEJ, NIŻ JA W LONDYNIE W TYDZIEŃ!
spytaj w Science Museum i w ogóle w tych wszystkich muzeach, czy nie mają jakiś vacancies,bo oni napewno mają dużo pracy latem i potrzebują.
Ej, laska. Zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że Ci nie dałam jednego z miliona moich planów Londynu.
Ej, wiesz, co Ci powiem?
I LOVE LONDON
I trzymam kciuki za szybkie znalezienie pracy :*
a w ogóle: wyświetlił mi się w moich ulubionych na blogu tytuł notki i pomyślałam: "TRZEBA NAPISAĆ, że istnieje takie słowo jak gland!"
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Biolchem Lady