będę mieć własne 10 metrów kwadratowych, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. na terenie eks-getta.
nie będę mieć mojej walizki, mojej antyramy (jej właściwie już nie mam), mojego kąta materac-biurko-regał-regał-szafa, mo-je-go... chyba czas stracić resztki poczucia wartości własnej i własnej wartości, i ważności. buddyjski mnich może mieć na własność 16 rzeczy. na pewno nie może mieć dwóch swoich kątów na świecie, nawet jeśli dzieli je 200 kilometrów. plotę bzdury. trzymając wątek - stracę tę przestrzeń, której zagospodarowanie w sposób, który mi odpowiada, zajęło jakieś mas o menos 12 lat. i nagle okaże się, że żeby żyć to nie potrzebuję nawet tych dwóch toreb, które zawiozę do nowego kąta. jedna już tam jest. trochę ubrań, ręczniki i śpiwór. słownik angielsko-polsko-angielski. druga - więcej ubrań, garnek, miska, kubek, talerz, ... jeszcze pojedzie. a chciałam, naprawdę chciałam zawieźć do nowego siebie nieco więcej starego siebie.
tak, boli. nie ekscytuje. zbyt uwiera mnie instynktowne przeczucie braku zrozumienia z ogółem braci s., aby mnie cieszyła myśl o bliższym z nią kontakcie. brać s. jest pozbawiona weltschmerzu, pełna jednotysięcznych, dekadencka - ale pozbawiona dekadentyzmu, brać s. bierzcie ją. no a i ona mnie pewnie nie weźmie.
bo gdybym mogła, to przeskoczyłabym najbliższe 5 lat. nadużywam cyfr w tej notce. zostałabym doktorantem. bo zbyt często zadaję sobie pytanie, czy warto żyć dla koloru i faktury nieba.
a kiedy w końcu dojdę do wniosku, że nie warto, to to nie będzie wina true love, a właściwie jego braku. ogólnie to nie będzie wina tego, że czegoś nie mam. że nie mieszkam w Los Angeles, że nie mam kasy nawet na bilet w jedną stronę, że nie mam płaszcza Burberry, chociaż to już mocno na siłę wymyślam, bo w sumie to go na pewno nie potrzebuję, a pewnie i nawet nie chcę, nawet nie tego, że nie wiem kim powinnam być, co robić, jak ogarnąć, że nie,... zapomniałam co chciałam. inne jęki i stęki jaka jestem biedna, bo czegoś tam nie mam. do rzeczy - to nie będzie ten problem. brak jest bolesny, ale w połączeniu z nadzieją, która umiera ostatnia, jest całkiem życiopowododajny. natomiast nadmiar... kurwa mać, ludzie, ile ja mam przygód, w takim życiu codziennym, z których nic tylko zrezygnować. z tych wszystkich mordodarć, darciomord, wykrzykłótni, innych japierdolnięć i zrezygnowanychpogodzeńzrzeczywistością. z tego nadmiaru, tak dziś myślę, nie gwarantuję, że i jutro, bierze się poczucie nasycenia dostępną rzeczywistością i możliwość łatwego zrezygnowania ze świata ogólnodostępnego.
panie, moje panie, i panowie - i ja się pytam, jak tu żyć, jak to wszystko takie, że nic tylko nie. i się tłucze ta myśl, że można by już se honorowo dać spokój - przecież mam świadectwo maturalne. niektórzy nawet dotąd nie dali rady.
i co ja mogę, tak realnie, co ja mogę w ten czas, który pozostał, zdziałać? ja, z tymi wszystkimi towarzyszącymi mi świrami? tymi co je mam na myśli, nie tymi fizycznie obecnymi. i - po co ja mam działać i próbować? jakby mi starczyło fantazji, to bym chociaż historyjkę z tego zrobiła jakąś symboliczną przypowieść najlepiej osadzoną w żydowskich realiach i zakończyła pytaniem o sens. ale po co skoro już 6 lat temu, bez może 12 dni, usłyszałam, że sensem życia jest poszukiwanie sensu życia. a wiecie co jest najgłupsze? że jeśli wymyślisz cokolwiek konkretniejszego, to okazuje się to tak naprawdę mniej sensowne, niż ten abstrakt.
a ponadto - czy naprawdę chciałabym mieszkać w Los Angeles? Podobno mają kartonowe domki, spłuczkę z domu na współrzędnych (6,0) słychać w domu leżącym na początku układu współrzędnych, podobno mają colę w wiadrach, podobno są karni, podobno... Żeby tak sprawdzić te podobieństwanieprawdopodobieństwa. I ta wizja, jak poduszkowynocnychlip budzi pół ulicy. Żart. Jasne, że gdyby już mieć ten swój kraton, pardon, karton, box, ogólnie papier-usa-papieros-papirusowąklatkę tam - co za debil by płakał.
Seguramente yo.
a kiedy w końcu dojdę do wniosku, że nie warto, to to nie będzie wina true love, a właściwie jego braku. ogólnie to nie będzie wina tego, że czegoś nie mam. że nie mieszkam w Los Angeles, że nie mam kasy nawet na bilet w jedną stronę, że nie mam płaszcza Burberry, chociaż to już mocno na siłę wymyślam, bo w sumie to go na pewno nie potrzebuję, a pewnie i nawet nie chcę, nawet nie tego, że nie wiem kim powinnam być, co robić, jak ogarnąć, że nie,... zapomniałam co chciałam. inne jęki i stęki jaka jestem biedna, bo czegoś tam nie mam. do rzeczy - to nie będzie ten problem. brak jest bolesny, ale w połączeniu z nadzieją, która umiera ostatnia, jest całkiem życiopowododajny. natomiast nadmiar... kurwa mać, ludzie, ile ja mam przygód, w takim życiu codziennym, z których nic tylko zrezygnować. z tych wszystkich mordodarć, darciomord, wykrzykłótni, innych japierdolnięć i zrezygnowanychpogodzeńzrzeczywistością. z tego nadmiaru, tak dziś myślę, nie gwarantuję, że i jutro, bierze się poczucie nasycenia dostępną rzeczywistością i możliwość łatwego zrezygnowania ze świata ogólnodostępnego.
panie, moje panie, i panowie - i ja się pytam, jak tu żyć, jak to wszystko takie, że nic tylko nie. i się tłucze ta myśl, że można by już se honorowo dać spokój - przecież mam świadectwo maturalne. niektórzy nawet dotąd nie dali rady.
i co ja mogę, tak realnie, co ja mogę w ten czas, który pozostał, zdziałać? ja, z tymi wszystkimi towarzyszącymi mi świrami? tymi co je mam na myśli, nie tymi fizycznie obecnymi. i - po co ja mam działać i próbować? jakby mi starczyło fantazji, to bym chociaż historyjkę z tego zrobiła jakąś symboliczną przypowieść najlepiej osadzoną w żydowskich realiach i zakończyła pytaniem o sens. ale po co skoro już 6 lat temu, bez może 12 dni, usłyszałam, że sensem życia jest poszukiwanie sensu życia. a wiecie co jest najgłupsze? że jeśli wymyślisz cokolwiek konkretniejszego, to okazuje się to tak naprawdę mniej sensowne, niż ten abstrakt.
a ponadto - czy naprawdę chciałabym mieszkać w Los Angeles? Podobno mają kartonowe domki, spłuczkę z domu na współrzędnych (6,0) słychać w domu leżącym na początku układu współrzędnych, podobno mają colę w wiadrach, podobno są karni, podobno... Żeby tak sprawdzić te podobieństwanieprawdopodobieństwa. I ta wizja, jak poduszkowynocnychlip budzi pół ulicy. Żart. Jasne, że gdyby już mieć ten swój kraton, pardon, karton, box, ogólnie papier-usa-papieros-papirusowąklatkę tam - co za debil by płakał.
Seguramente yo.
ogólnie nie mam siły na poważny komentarz bo miałam dzisiaj świetny dzień (bez cienia ironii) ale z drugiej strony po prostu już mam dosyć tego wszystkiego, więc tylko na razie:
OdpowiedzUsuń1.najchętniej zostałabym teraz czyjąś żoną. taką od dzieci i bycia panią domu i osobą towarzyszącą na imprezy. to nawet nie musi być true love, po prostu jak będę miała trzydzieści lat to czuję że prędzej umrę ze śmiechu niż przyjmę czyjeś oświadczyny itp.
2. boska notka, w ogóle myślę że obcowanie z białoszewskim Ci dużo dało, w sensie takim bardzo głębokiego pozytywnego doświadczenia, wiesz jak dla mnie normalnie romantyzm w 1 liceum
3. czas który pozostał - ;d
4. w Polsce też mamy colę w wiadrach, we wszystkich warszawskich klubach na przykład a ogólnopolsko w makdonaldach to po prostu rozpuszcza się w wodzie koncentrat coli ;d
5. moje życie straciło sens kiedy arkadiusz kierys zmienił zapach. a co najgorsze, zrobił to w tym momencie, kiedy ja zmieniłam zapach na damską wersję jego zapachu, tak więc cienko.
6. pożyczył mi za to swoje vademecum z historii na rok ;d
7. ogólnie chciałabym jakoś inteligentniej skomentować ale brakuje mi sił.
a i jeszcze chciałabym powiedzieć że masz koszmarnie małe litery na tym blogu
OdpowiedzUsuńW Warszawie prawie wszystko to teren byłego getta, przynajmniej napewno byłe getto, jeśli chcesz miec dobry tramwaj.
OdpowiedzUsuńBędziesz miała natomiast sto pięćdziesiąt innych kątów i kącików, zakątków, słodkich kątków itp. Zobaczysz. Chyba, że zadeklarujesz chęć przystąpienia do buddyjskiego zakonu, to nie obiecuję. W Warszawie dużo takich miejsc, które zaraz zaczniesz nazywać "swoimi". Zobaczysz. Zakochasz się w BUWie, zakochasz się w jakiejś kawiarni/barze mlecznym z najtańszymi pierogami na świecie, z przyjazną obsługą, z jakąś barmanką z obcego kraju. Zakochasz się w jakimś przejściu podziemnym tylko dlatego, że będzie tam napis głoszący jedną z Twoich zyciowych prawd.
To, że bedzie inaczej nie znaczy, że nie odnajdziesz jakiś elementów tego, co już masz. Plus inaczej nie znaczy gorzej. Teraz, to chyba nawet lepiej.
A jak się boisz tego, to weź tyle talerzy i ręczników, ile tylko się da. Ostatecznie nie jedziesz pod namiot, tylko na studia.
I to na najlepszy uniwersytet w kraju.
Dadzą Ci stypendium naukowe.
A płaszcze burberry są fajne, ale wyobraź sobie mieć taki płaszcz i stresować się brudnymi ławkami/siedzeniami w komunikacji miejskiej. Lepiej mieć zwykły płaszcz.
Przynajmniej teraz, bo kiedyś moze przyjdą te czasy, że Ty będziesz mieć płaszcz burberry, Martyna męża, a ja białą kuchnię- patrz, to są takie realne rzeczy.
A przedtem pojadę na Erazmusa i nauczę się francuskiego.
Co do LA- jeny, tam są osobne pasy dla samochodów z jednym kierowcą. I są zakorkowane. W Skandynawii są osobne pasy dla rowerów. W Holandii też.
W ogóle kocham Europę.
A najwięcej samobójstw jest w kraju o najwyższym wskaźniku dobrobytu (Finlandia).
Koniec komentarza. Kończy mi się okienko. Idę na WF.
Kocham Cię.
M.