niedziela, 29 listopada 2015

bleib doch locker.

oder.

w odpowiednim świetle miłej łazienki mam bardzo błękitne dłonie o tej porze roku. trochę nie rozumiem jak to działa, że w nich płynie krew, wyglądają bardzo statycznie. potem zacznie się pora plamek krwi od popękanej skóry, póki co krew w rękach, nie na rękach, żadna ze mnie lady m.

myśl, do której zapewne wrócę jeszcze: absurd jako kategoria najlepiej definiująca człowieka. celowość, przy nieświadomości tej celowości, każdego fraktala natury - absurdalność naszych aktywności niezależna de facto od chęci. gwiazdozbiory są po to, żeby jaskółki wiedziały kiedy mogą przestać lecieć na południe, a przynajmniej tak ktoś kiedyś powiedział którymś studentom. wszelki nasz pseudoracjonalizm sprowadza się do absurdów [nieuprawnione uogólnienie, wiem].

miałam zrobić więcej, poszłam na spacer. widziałam centrum z perspektywy pogranicza woli i ochoty, warszawo, jakaś ty od niechcenia poetycka, jaram się. Twoja dzielnia taka francuska, moja ośka taka włoska, etymologie cudzoziemskie jak bardzo obcość u siebie, tak bardzo coraz bardziej. wracając to takie piękne widoki, te pasma wieżowców w tle, te ceglane pozostałości na pierwszym planie, te kamienice ostańce, te socrealistyczne, surrealistyczne domy słowa polskiego i inne ostrosłupowe daszki wyrastające na wysokość pierwszego piętra... absurd miasta. 

nie, nie czytałam ostatnio niczego pięknego. nie, nie napisałam nic, z czego byłabym zadowolona. nie, nie walczyłam o demokrację, nie pomagałam uchodźcom i ogólnie nic wielkiego. pilnowałam chwilę zapijaczonego mężczyzny na ulicy. ale bałam się go dotknąć. a może brzydziłam. oba. 

ale byłam dobra dla mamy i dobrze spędziłam z nią czas i jak zawsze wtedy głupio mi, że się na nią czasem denerwuję tak prostacko i prymitywnie. jeśli uda mi się zrobić dobre święta, to może faktycznie udało mi się #wyżejwyżejwyżejantropotechnika. test. sesja zimowa. 

luźno powiązane te wymysły, ale co robić, kiedy przymus zapisywania, a tylko tysiące małych rzeczy i piękne światło dzisiaj rano i miłe przewiewanie przez rękawy na spacerze i już nic nie będę miała do dodania, bo wszystko się zawiera siedmiu akapitach.

[edit] jeszcze jedno. ponoć Niemcy topią na nowy rok stal zamiast wosku i z jej kształtu wróżą. wiersz sam się pisze w duchu rozmyślań Aszkenazego o tym jak to z niemieckiej stali stopniałej kształcą się namioty i koce, a z wosku polskiego drzwi bez dziurki na klucz i o tempora, przyjaźniej się widzi tę stal skruszoną niż widma szabelki kreślącej po wodzie granice narodu, który nie istnieje, bo nie znajdziesz już nawet jednej nam wspólnej dla jego wyobrażenia cechy, skoro biało-czerwona flaga dla jednych autarkią, a dla innych bez sąsiedztwa gwieździstego nawet wieszać się jej nie winno #andersonjakandersenteżstrasznebajkipisze [/edit]

niedziela, 22 listopada 2015

9 lat później.

jak na to jak niewiele zapamiętuję z tego co czytam ten fragment pamiętam dość dobrze, chociaż trafił mnie pewnie z 9 lat temu i nie wracałam już do niego od tamtej pory. niemniej sam obraz Stempowskiego siedzącego na ławce z Aszkenazym, słuchające o końcu świata, który znamy, o wojnie, która przyjdzie, o wojnie, która nas trafi od zachodu i od wschodu, o tym jak to Warszawa będzie płonąć... uderzył, został w głowie i może to jego winą były buty przy łóżku i spanie w opakowaniu po części. 

i czy szkoda by mi było zachodu, nie wiem. 

"cofnąć się w czym?". legislacyjnie się cofnąć. zakazać tego, co nie jest zakazane, a czego można zakazać nie łamiąc prawa UE, a może i nawet łamiąc prawo UE, bo kto by się teraz przejmował UE. zmarnować sporo hajsu na bezmyślne rozdawnictwo albo odkręcanie zmian dla samego ich odkręcenia. zrobić nam na świecie renomę jeszcze większych buraków niż mamy w chwili obecnej. kiedy rzeczy niedziałające najlepiej zaczną działać jeszcze gorzej jeszcze trudniej będzie doprowadzić je do stanu, w którym mogłyby działać przynajmniej przyzwoicie. 

środa, 18 listopada 2015

braki w środkach

wyrazu

twarzy
do ściętej głowy

(bo jeśli to jej było marzenie,
to masz Ci jej los)

wyrazów
miłości

z werbalności w verb
z wtrąceniem
[strzelba u czechowa]
i z powrotem

odnajduję się w środku
stylistycznym: powtórzenie

(nie mylić z klasykiem,
klasyki w przełamy,
przełomy)

oswój sformułowań
neologizm -ak
eksklamacja -ak

z braków zatem li
niedobory polskiego
[asonans]

hej
[spóźniona apostrofa]

niedziela, 15 listopada 2015

po koloniach.

kiedy zasypiam nad pdfem, bo jesień taka nużąca, że spałby, a nie śpi, a przynajmniej nie spać się stara, przez głowę przenikają obrazki, jakieś mikrosekundy zapatrzeń. próbuję spojrzeć na "będziemy" spoza i wygląda najlepiej. spoglądam na "będziemy" z wewnątrz i jest jeszcze lepsze. dopisuje plusy za każde mówienie na bieżąco/niemal bieżąco.

__

i kiedy z "będziemy" patrzę na świat to tak bardzo nie mam na niego słów. nie mam zdań odpowiedzi dla mam, nie wiem co ma w głowie tat, nie mam siły tłumaczyć, że modlitwa za Paryż nie winna być powodem antyuchodźczego nastawienia. 

obraziłam się po trosze na hashtagi. 

__ 

i przecieka mi czas, i (u mnie) dobrze, (ogólnie) niedobrze, i to, że czas jako najważniejsza konsekwencja rewolucji przemysłowej, i to że wystarczyłoby dymnąć do Gruzji i już inaczej, i trzeźwiej spojrzeć na szkołę strach.