czwartek, 12 marca 2015

wyparte szczęśliwe dzieciństwo.

scrollowanie facebookowej żałoby po Prachetcie uświadomiło mi jak mało we mnie zostało dzieciństwa [wbrew profilowym pozorom].

to ogólniejsza tendencja do zapominania o tym, co było dobre (wówczas kiedy było). oczywiście, jest pewna autoośmieszana nostalgia za happysadem czy pidżamą, są jakieś opowieści z tych jeszcze bardziej odległych czasów, ale tomy pochłaniane wówczas w ilościach, o których teraz mi się nie śni - zniknęły. nie wiem, czy płakałabym po Rawling. dzieciństwo odcinamy grubą kreską.

ale kiedy o nim myślę, to jakiś zimowy spacer z tatą po Mazurach, kiedyśmy przemokli od stóp przez brodzenie w zaspach. albo letni, kiedy przebieg przez pokrzywy całe nam łydki oparzył. i wycieczki z nim również rowerowe, przewrotki niezauważane w pogoni za oddalającym się góralem, którego nie tak łatwo dogonić na bmxie. mama mogła być tam też. 

i to wszystko co wówczas traktowane śmiertelnie poważnie zrobiło ze mnie przejmującego się kupieniem zawczasu chleba na dzień zamkniętych sklepów człowieka. człowieka niezdolnego do poważnej kłótni z rzucaniem rzeczami i ciężkimi słowami. człowieka, który w razie czego skłonny jest zniknąć, a nie się konfrontować. 

doświadczenia. a z książek ani Musierowicz, ani Rawling, ani Niziurski... może "Bracia Lwie Serce", może "Chłopcy z placu broni". formacyjna była relacja z rodzicami, nie książki. inaczej: formacyjna była relacja. i tak chyba właśnie zostało. 

dopiero potem był etap autorów formacyjnych - tylko po nich nie mam jak zapłakać. relacje racje sracje. co ja mam do tych ludzi, że tak dobrze mi się z nimi rozmawia. 

[jeszcze nie zdecydowałam, czy jestem obhażona. ale w sobotę, moja droga, to ja bym do buwu szła.]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz