niedziela, 22 marca 2015

powtórzenie.

pisałam o tym setki razy (dwa albo trzy), ale za każdym razem kiedy Cię widzę to mnie to od nowa wkurwia (z góry przepraszam za sto tysięcy wulgaryzmów, które teraz polecą), że można tak zjebać. że można tak bardzo się odizolować, tak bardzo kogoś olać, tak bardzo zobczyć się wobec osoby, z którą się było tak (albo mi się wydawało), blisko, że można tak kogoś opuścić, tak bardzo zobojętnieć, pieprzyć tak bardzo o niczym, być tak bardzo zadowoloną z siebie, tak bardzo gardzić wszystkimi, tak bardzo odwrażliwić się na wszystko poza sobą i swoim mikrokosmosem, tak bardzo odciąć się od rzeczywistości, być tak bardzo ponad i z wyżyn swojej miłości oceniać niezwykle surowo wszystko i wszystkich, radzić post factum...

idę ze świadomością, że wcale nie chcę tego doświadczać, ale z poczuciem, że przecież tyle Pani zawdzięczam i taka byłaś dla mnie formacyjna, tak bardzo mi otworzyłaś Warszawę i świat, tyle dobrego dzięki Tobie, i że przecież powinnam zrozumieć, że masz prawo być taka teraz, ale nie. mam ochotę Ci palnąć w ucho, żebyś się opamiętała, żebyś tę swoją suwerenność utraconą chociaż w pewnym stopniu próbowała zachować, żebyś przestała być pakietem, żebyś wróciła na boga do siebie choć trochę. mam ochotę cię złapać za głowę, chociaż już chyba za późno. chociaż Tobie niczego nie brakuje, albo przynajmniej sprawiasz takie wrażenie. jak może czegoś brakować komuś, kto uważa, że jest najzajebistszy. 

ani się od Cię odciąć, ani się do Ciebie dobijać. i tylko kiedy długo przytulam Cię na do widzenia mam nadzieję, że rozumiesz o co mi chodzi. noone will wear my silver ring, therefore I will never again catch your attention even for a day or two. and i'd rather you stopped with this bullshiet promises of next adventure. there are adventures without you/ i am not the part of your adventure anymore. 

#smuteczek

czwartek, 12 marca 2015

wyparte szczęśliwe dzieciństwo.

scrollowanie facebookowej żałoby po Prachetcie uświadomiło mi jak mało we mnie zostało dzieciństwa [wbrew profilowym pozorom].

to ogólniejsza tendencja do zapominania o tym, co było dobre (wówczas kiedy było). oczywiście, jest pewna autoośmieszana nostalgia za happysadem czy pidżamą, są jakieś opowieści z tych jeszcze bardziej odległych czasów, ale tomy pochłaniane wówczas w ilościach, o których teraz mi się nie śni - zniknęły. nie wiem, czy płakałabym po Rawling. dzieciństwo odcinamy grubą kreską.

ale kiedy o nim myślę, to jakiś zimowy spacer z tatą po Mazurach, kiedyśmy przemokli od stóp przez brodzenie w zaspach. albo letni, kiedy przebieg przez pokrzywy całe nam łydki oparzył. i wycieczki z nim również rowerowe, przewrotki niezauważane w pogoni za oddalającym się góralem, którego nie tak łatwo dogonić na bmxie. mama mogła być tam też. 

i to wszystko co wówczas traktowane śmiertelnie poważnie zrobiło ze mnie przejmującego się kupieniem zawczasu chleba na dzień zamkniętych sklepów człowieka. człowieka niezdolnego do poważnej kłótni z rzucaniem rzeczami i ciężkimi słowami. człowieka, który w razie czego skłonny jest zniknąć, a nie się konfrontować. 

doświadczenia. a z książek ani Musierowicz, ani Rawling, ani Niziurski... może "Bracia Lwie Serce", może "Chłopcy z placu broni". formacyjna była relacja z rodzicami, nie książki. inaczej: formacyjna była relacja. i tak chyba właśnie zostało. 

dopiero potem był etap autorów formacyjnych - tylko po nich nie mam jak zapłakać. relacje racje sracje. co ja mam do tych ludzi, że tak dobrze mi się z nimi rozmawia. 

[jeszcze nie zdecydowałam, czy jestem obhażona. ale w sobotę, moja droga, to ja bym do buwu szła.]

poniedziałek, 9 marca 2015

urodziny emilem.

1. w kwestii stałych elementów mojego życia, to możliwe, że jest coś starszego niż niechęć do rodzynek. umiłowanie do koncentracji na nieosiągalnych wyobrażeniach o kimś, jako głównej sile napędowej zainteresowania światem w ogóle (brzmi fatalnie, jest jeszcze słabsze). anyway myślę, że niektóre elementy mojego alternatywnego świata w wersji 1995 można by spokojnie interpretować tym kluczem. potem było tylko gorzej. teraz odczuwam natężenie potrzeby tego typu bodźców. wykres przedstawiałby się zatem mniej więcej w ten sposób, że im mniej bodźców plusdobrych w kategorii relacja-na-której-wszystko-powinno-się-opierać-lub-brak-takowej, tym silniejsze zapatrzenie w stronę nierzeczywistych relacji z tworami wyobraźni nazywanych jedynie rzeczywistym imieniem i nazwiskiem, z ciałem zaczerpniętym z realnego świata i zbiorem pojedynczych obserwacji, których ilość jest jedynie luźno powiązana z intensywnością przeżyć powiązanych z tworem (#obiektmałea). 

2. if you needed somebody to write your biography - i should be the one.

3. urodziny należy czytać durkheimem. to taki fatalny dzień, kiedy twoje wygórowane wyobrażenia o tym jak powinien wyglądać skonfrontowane z rzeczywistością czynią rzeczywistość gorszą niż na co dzień (mazur, i beg you, nie użyj tego przykładu na zajęciach).

4. Vitalic był super. Sobota była naprawdę spoko. Właściwie niedziela między 12:00 a północą również była ok. Więc właściwie miałam  na pewno udany weekend i właściwie miałam udaną połowę urodzin. Co możliwe, nie jestem pewna, bo się nie znam na zdrowych relacjach, ale jest to prawdopodobne, że mniej więcej oddaje proporcje, w których związek powinien okupować one's life. Gdybym miała przedstawić wykres stosunku tych proporcji do udanych godzin minionego weekendu zarzuciłabym pomysł rysowania odwrotnie proporcjonalnego wykresu i zajęła się Emilem (metonimia). Szkoda, że Durkheim słabo się rymuje. Pałam do niego zaiste większą sympatią niż do #weberforever. Swoja drogą wyobraźmy sobie (wyobraźnia socjologiczna) taką demonstrację, na której krzyczano by hasła w stylu: "dość paranoi i społecznej anomii", "utopia partycypacji nie powstanie bez pracy", "gender jako fakt społeczny" [btw beka, top search pawła śpiewaka: 1) pochodzenia, 2) żona, 3) syn, 4) żih]. ciekawe czy... stop. nawet sobie tego nie wyobrażaj, vide pkt. 1.

(5. a może się spłakałem, bo kiedy zadzwoniła ciocia i zadzwonił dziadek, pomyślałam, że powinna zadzwonić babcia. referaty, prace, gówno. tyle mam przepracowane, zero, gówno. mam wręcz coraz mniej przepracowane, z każdym dniem nieprzepracowywania niczego, gówno, beckett, zasiedzenie do umierania, gówno!)

6. ale znajomych, przyjaciół, towarzyszy melanżu mam naprawdę zajebistych #DUŻOMIŁOŚCI (dziś dzień bez autocenzury).