pamiętam ten mechanizm jeszcze z torunia. kiedy toczy się kłótnia, dzwoni telefon, a głos, który chwilę wcześniej głosił pretensje, słodzi. pierwsze wspomnienia wstrętu przed taką dwulicowością tonacji.
fu!
mówię cioci z Norwegii, że myślałam, że mamy tak samo. a teraz widzę, że nie. że jednak ja mam bardziej na szukanie w sobie rozwiązań, na przede wszystkim szukanie w sobie zgody i akceptacji, jeśli nie potrafię znaleźć zrozumienia. na jednak cierpliwość. bo wiem trochę, że ja też potrzebuję cierpliwości. że mi nie wszystko przechodzi przez gardło i często myślę "jeju, no, przecież tyle powiedziałam (tyle co nic?), to chyba już jasne było"... Ciocia z Norwegii o innym porównaniu, mówi, że myślała, że ja nieszczęśliwa. a ja co, ja znów miałam dobry weekend. i niezły tydzień.
ha!
tego już nie mówię, ale w głowie mam to postanowienie, żeby nigdy-przenigdy-nie w ten sposób. Ty mówisz kiedyś i może jeszcze powiesz o oczyszczającej roli kłótni. a ja myślę o tym dwulicowym głosie. nie chcę zdradzać powiedzenia "Lubię cię" powiedzeniem nie na żarty czegoś gniewnego. z tej samej japy do tego samego ucha: za duża amplituda tonu.
no!
plus: odnotowuję. miła niespodziewanka. gdybym zbierała dobre myśli do słoika na nowy rok zapisałabym:
wraz z wiosną przyszła do mnie Buka. spodziewałam się wariatki. nie spodziewałam się gości. wracając do domu po trzeciej poczułam lato. i nawet szarość i deszcz następnego dnia nie zatarły tego, jak miło było poprzedniej nocy.
back to work. no excuses. niech mi jutro wzejdzie słońce!