niedziela, 23 marca 2014

swary.

pamiętam ten mechanizm jeszcze z torunia. kiedy toczy się kłótnia, dzwoni telefon, a głos, który chwilę wcześniej głosił pretensje, słodzi. pierwsze wspomnienia wstrętu przed taką dwulicowością tonacji. 

fu!

mówię cioci z Norwegii, że myślałam, że mamy tak samo. a teraz widzę, że nie. że jednak ja mam bardziej na szukanie w sobie rozwiązań, na przede wszystkim szukanie w sobie zgody i akceptacji, jeśli nie potrafię znaleźć zrozumienia. na jednak cierpliwość. bo wiem trochę, że ja też potrzebuję cierpliwości. że mi nie wszystko przechodzi przez gardło i często myślę "jeju, no, przecież tyle powiedziałam (tyle co nic?), to chyba już jasne było"... Ciocia z Norwegii o innym porównaniu, mówi, że myślała, że ja nieszczęśliwa. a ja co, ja znów miałam dobry weekend. i niezły tydzień. 

ha!

tego już nie mówię, ale w głowie mam to postanowienie, żeby nigdy-przenigdy-nie w ten sposób. Ty mówisz kiedyś i może jeszcze powiesz o oczyszczającej roli kłótni. a ja myślę o tym dwulicowym głosie. nie chcę zdradzać powiedzenia "Lubię cię" powiedzeniem nie na żarty czegoś gniewnego. z tej samej japy do tego samego ucha: za duża amplituda tonu. 

no!

plus: odnotowuję. miła niespodziewanka. gdybym zbierała dobre myśli do słoika na nowy rok zapisałabym: 

wraz z wiosną przyszła do mnie Buka. spodziewałam się wariatki. nie spodziewałam się gości. wracając do domu po trzeciej poczułam lato. i nawet szarość i deszcz następnego dnia nie zatarły tego, jak miło było poprzedniej nocy. 

back to work. no excuses. niech mi jutro wzejdzie słońce!

wtorek, 18 marca 2014

powierzchnia.

całkiem ostatnio gładka. tak jakbym na wszystko położyła grubą szybę i przemieszczała się po szkle. kiedy spojrzę na dół widzę wszystkie rzeczy, o które z zasady się potykam. ale po pierwsze: są za szybą, która jest równa i gładka. a po drugie: przecież często muszę patrzeć dokąd idę, więc nie mam czasu patrzeć w dół. 

na szybie spędza się czas, nie rozwiązuje problemy. na szybie prowadzi się small talki, nie rozmowy. na szybie kolejne dni szybko, bezboleśnie mijają i już mamy drugą połowę marca. 10 dni temu przestało nawet być mi przykro. 

teoria wyjaśnia część rzeczy spod szyby. albo może usprawiedliwia. trochę za bardzo. kiedy szyba zmienia się w lupę to wszystkie niestaranności i zaniedbania staja się dużo wyraźniejsze. nadal są za szybą. i mogę na nie popatrzeć i pomyśleć:

no, moje gratulacje. chujowo. 

niedziela, 9 marca 2014

liczba pierwsza.

powinnam gdzie indziej stawiać znaki, ale że matki boskie żartobliwe, podwójna aluzja do dzisiejszego dnia, trochę mnie powycinały, to mam ochotę tu coś nakreślić, chociaż sama właściwie nie wiem do końca co się stało.

może to na chwilę, a może to jest jakiś ważny moment, nie mam pojęcia. raczej na chwilę, ale to dziwne, bo prawdę mówiąc, a że tylko prawdę tu mówię, to po prostu mówiąc, strasznie dziwnie się czuję. w sensie zupełnie inaczej dziwnie niż zwykle.

w sensie nie jest mi smutno czy coś, nie, właśnie nie jest mi smutno czy przykro, czy jakoś negatywnie. myślę, że miło spędziłam weekend, jestem z niego zadowolona, właściwie od czwartku po niedzielę podobało mi się moje życie, co w kontekście jednej z poprzednich notek jest naprawdę postępem. i nawet dzisiaj miałam rano moment silniejszej emocji, bardzo ulotnej, ale czystej emocji. także no same propsy, nie powiem.

ale jednocześnie mam poczucie, jakby mi coś oprócz śrubki od noska odpadło wczoraj po drodze. nie wiem, naprawdę nie wiem czy to złudzenie, czy naprawdę coś zgubiłam. 

mówiąc tutaj: jeśli bym to zgubiła, co myślę, że mogłam była zgubić, to nie będę za tym płakać i nie będę tego szukać. byłabym o tonę lżejsza bez tego, taki drobiazg, a ciąży jak cholera.