poniedziałek, 31 grudnia 2012

2012, czyli rok, który miał być ostatnim.

Nie mam na to weny, nie mam na to pomysłu, ale jakże by nie podsumować. No jakże by nie podsumować tego roku. Wypowiedzenie go od stycznia do dziś - może dać poczucie, że był lepszy, niż dziś o nim myślę.

1. W związku z związkiem - gratuluję sobie do dziś go zakończenia. Jestem z siebie nadal zadowolona, dobry wybór.

2. Gratuluję sobie czerwca, który był miesiącem pięknych wieczorów bez planu, przesiadywań w Piasko, meczyków. Czasu z Olą, czasu w nocnym buwie, czasu w towarzyskich spotkaniach, o których mi się dobrze myśli.

3. Gratuluję sobie i jestem z siebie zadowolona dwóch włosko-austriackich miesięcy, które były mi najlepszymi. Gratuluję sobie i jestem z siebie zadowolona kiedy pomyślę o tym, jak się tam czułam z sobą, jak się tam czułam z osobą, jak mi tam było oderwanie i do rzeczy. Konkret.

4. Gratuluję sobie i jestem z siebie zadowolona w zakresie wrześniowego wojażu, dokonałyśmy żeśmy fenomenalnego doświadczenia, z polotem były te loty, te Valencie, Barcelony, Saragossy i Bruksele, te Sangrie i ta rozmowa na plaży. Tak, to było dobre.

5. Nie gratuluję sobie i nie jestem z siebie zadowolona w zakresie gry. Przegrałam.

6. Nie jestem z siebie zadowolona. Nie jestem z siebie zadowolona. Nie jestem z siebie zadowolona.

piątek, 28 grudnia 2012

fiksacje.


zafiksowanie na idei na tak, zafiksowanie na idei na nie, egal, mechanizm ten sam, nie przetłumaczysz sobie, że tak jest na nie, a nie jest na tak. 

plus na plus: dni widzeń miejsc niegdyś ujrzanych. siedzę spokojnie oczy w litery, a nagle przed nimi Elephant  and Castle. Trzaskają widoki z 468, Croydon - Elephant and Castle właśnie, knajpa, do której zawsze chciałam wejść. Calceranica z S. 

te wszystkie słońca nad. te wszystkie widoki z. te przejścia przez. 

obojętne. nie działa. i tak jestem rozgniecione na chodniku mango z połamaną butem pestką, które mówi: "i feel super thanks for asking". bo "fruźki wolą optymistów". 

"try and touch me so I can scream at you not to touch me". ładna gówno prawda. 

poniedziałek, 24 grudnia 2012

klin.

hopsa. o kurwa, ubodło, ale ubodło, że tak, że kurde ani chwili bez, że ciągle z, z, z, więc hopsa, mam dość, wybieg. hopsa. 

Do przystani. Roland Barthes znający odpowiedzi na każde pytanie. dwie figury klucze: OBWAROWANIE ("ujmować w bezmyślny nawias szerokie przestrzenie depresji, które je rozdzielają" itp.) oraz DEKLARACJA ("kształt (...) komentowany bez końca"), fragmenty dyskursu, księgozbiór dydaktyczny, jestem przypadkiem wszechogarniającym. Zajebiście się zuniwersalizować, stać się jednym z wielu przypadków, zajebiście jest nabrać właściwej perspektywy - siły intelektu górują choć chwilę nad irracjonalnością.

Z przystani do domu (będzie jego zmieniona forma, będzie bez rozkmin konkretnych - słuchaj, słuchaj mnie i zadawaj mi pytania - będzie mi Olka brak). Do dwóch papierosów na wyjaśnienie dziewięciu miesięcy, jaka ja bywam zwięzła, gówno prawda, spoko, spoko, czas zamknąć japę, czas wreszcie zamknąć japę. 

I zwiew, zwiew do epicentrum problematyczności, klin, jaki to jest klin, do źródeł wszystkich dramatów, stawić czoła frontom atmosferycznym i innym oziębłościom. i położyć się na podłogę i zapalić na balkonie, żeby się zakotwiczyć w  Warszawskiej pewności i bezpieczeństwie. 


i tak ja wiem bardzo jak zrobię jak ja to zrobię. Jak tylko zachcę uciec, to ucieknę, na razie się stawiam, się stawiam w pozycjach, się stawiam pod ścianą, się stawiam, na razie do pionu. 

ale sobie pójdę, jak tylko mnie coś zachwieje. wygłoszę swoją kwestię i sobie pójdę, bo bo mam prawo do uciekania, mam prawo do uciekania. niech tylko zaistnieje sytuacja. a potem, potem już naprawdę zamknę japę. nic dobrego z tych wypowiedzeń i tak nie wynika. 


niedziela, 16 grudnia 2012

dwóch odbiorców wirtualnych idealnych, jeden nieświadom i moja odpowiedź na dzień, 5 dni przed końcem świata:

i chodzę taka niewypowiedziana, z tym wszystkim co mi (się) ciśnie na usta, z tym wszystkim co bym wykrzyczała, gdyby nie to, że nikt nie słucha. co bym wyszeptała, gdyby było ucho do wyszeptania się, co po prostu chciałabym zwerbalizować. chciałabym dostać właściwy czas, właściwą okazję, wypowiedzieć się - po czym porozmawiać w stylu rozmów, które zostają w pamięci. chciałabym, żeby znów ktoś mi zadał właściwe pytania, które naprowadzą mnie na drogę, która może nie była przez zapytywacza wytyczonym dla mnie szlakiem - ale którą wybrałam i - tam ta dam - nie żałuję. 

i przemieszczam się taka anarracyjna, nie mogąc się przez to uspójnić, zmieszana w jedno tylko z momentem, sytuacją, kontekstem, pozbawiona cech z kategorii 'ser', wszystko jest 'estar'. nie mogę się określić, bo staram się spełnić oczekiwanie pt. "hip-hip-hur..."-em, chórem i hurtem w grupie, byle w grupie. bo już nie wiem, znów już nie wiem, co ja jestem, a co bywam, co mi przechodnie, co zwrotne, ale jednak stałe, co tylko aktywowane ob(e)c(n)ością, co w tym wszystkim jest czymkolwiek, czego mogę się trzymać, żeby się trzymać, może kurwa jeszcze polubię rodzynki? czym ja jeszcze się zaskoczę? co mam zrobić, żeby uświadomić co mi się o sobie wydaje, a co mi się udaje udać, co mam zrobić w ogóle, skoro bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że po drugie i ja tego nie lubię, powinnam nie chcieć robić nic, a po pierwsze, to i tak nie ma nic do zrobienia. tylko to niewypowiedzenie się mnie tak strasznie rozprasza, to wszystko, co się pomyśli, co się pokotłuje, może zniknie, może pomęczy.

to jest to co mi miało minąć dzięki zaburzeniu jesiennego schematu wykrzyknik i jak ja mam się ogarnąć znak zapytania 

i tak mi w tym 'mam jedno życie, mam tylko jedno życie i co ja z nim robię?', i z tym 'przecież czuję, że to jest właśnie to, co powinnam robić, żeby się przydać' na płaszczyźnie społeczeństwo, i z tym 'przecież czuję, że to jest właśnie to, co powinnam robić, żeby nie mieć wątpliwości, że robię właśnie to, co powinnam robić z tym jednym życiem, które mam', kiedy widzę dwie linijki i wiem o nich więcej niż o całych księgach mądrych spoczywających na komodzie, na płaszczyźnie ja ze sobą, tak mi z tym chaotycznie, bo tylko konsekwencja mnie trzyma przy podjętych postanowieniach, konsekwencja, którą pomyślałam jako zaletę, jako nawet swoistą przewagę: a teraz mi się myśli jako najgorszy rodzaj zniewolenia, bo jest wewnętrzne. naprawdę: nikt mi nic nie każe, nikt. nic. to ja sobie nakazuję. bez przekonania, z poczucia konieczności domknięcia. ale co dalej?

to jest to, co miało mi minąć ponad trzy lata temu. miałam odkryć co mam robić, żeby wszyscy byli zadowoleni. a tu nic ani swojego języka nie znalazłam ani powołania ani nawet pracy, którą mogłabym rozkawałkować energią zderzeń z zdziwami codzienności i zachwytem nad byciem bytem

i ten sam mechanizm sprawia, że jestem zamknięta w pokoju z kluczem stojącym w przełyku niegotowa go wypluć niegotowa na zrezygnowanie z tego niedawania sobie prawa do przegadania, z tego wynajętego za miliony monet pokoju na godziny 

i chodzę taka właśnie, niepolepiona, rozplazmiona w twardym ścisku pięści, która nie umie się obejść owocem, za to całkiem nieźle smakiem, bo to była kwestia smaku i nic więcej. i chodzę taka właśnie, niewypowiedziana, na zajęcia, na zajmowanie się, na przystanek, z przystanku, i żyję tym rytmem ułożonym już w październiku, jakby nigdy nic, i tylko co dziesięć sekund się sama zapytuje na co ja właściwie czekam i co tak w sumie ja mam do wypowiedzenia. a już zwłaszcza, kiedy ktoś skutecznie dobrze dobranym słowem i wyabstrahowaniem z rzeczowników tych paru abstrakcji, których styk z rzeczywistością i dla mnie stanowić mógłby esencję: gdyby nie to, że jestem rozklejona.

bo dopóki tego tam, jak mu, końca świata nie będzie, to taka cecha trwania w rytmie, że zawsze niepozałatwiane sprawy, że ciągle nowe sytuacje, że zmienne wpadają, wypadają, że zamknięte narracje to utęsknienie, bo trzeba nam się odnosić do, osadzać w i ogólnie współdzielić/istnieć/trwać. także pięć dni i będzie wszystko jasne. nuda. każdy protagonista zasugerowany w całej tej historii przeżyje koniec świata samotnie. każdy inny, pominięte 7 miliardów z kawałkiem minus kilka - również. 

a jeśli go nie będzie, a przykro mi aż to przyznać, ale pewnie go nie będzie, to będzie trwać układ rozaproszeń wzajemnych do współprac na warunkach dostosowań. i jeszcze trochę, a stanę się przezroczysta przez ten kameleonizm. mogłabym powiedzieć mimikrę.

to setny post. jestem długopis i mam prawo się czasem wypisać, skoro już odbieram sobie prawo się wypowiedzieć. 

sobota, 8 grudnia 2012

what's for you won't pass you by.


bo nie może być inaczej. 

na wszystko zgoda. minął dysonans nomenklatury, wyrzuciłam go na 2xA4 i kiedy zapisałam swoją wersję, to zbladła mi w pamięci. 

na wszystko zgoda. bo większość nie w mojej mocy.

na wszystko zgoda. na moje nie trzymanie się postanowień tanecznych, na instynktowną potrzebę przełamywania przestrzennego, na wystawianie się na bęcki - zgoda.

na wszystko zgoda. na próby wytrącenia, na mimowolne wytrącenie - czy mi ktoś kiedyś wszczypał w zamek szyję, czy może potrzebowałam tylko pretekstu, żeby buchnąć, nie wiem, zgoda na załzawianie się.

na wszystko zgoda, na wszystko przeczekiwanie, na wszystko rozpiski, na wszystko ujęcie w słowach pomoże.

jak przyjemnie jest posiedzieć do rana nad książką, wstać po jedenastej i zająć się znów nauką. to taki dobry stan, kiedy jest we mnie wszystkiego akceptacja. nie mnie zmieniać. 


oparzenie numer dwa, dostrzegam paralele. pierwsze jeszcze nie zeszło, a już trzask-prask, bęcek drugi. na nie również zgoda. jeśli paralelne, to nie, że się podpuszczam, ale jako prometeusz jestem oswojona z igraniem z ogniem. 'only the one that hurts you can make you feel better', ha, na oparzenia kubeł zimnej wody na głowę.