Pomijam dziś część fabularną. Jestem nieco pijana czerwonym winem. I opowiadam historię dzisiejszych uczuć. Już rano postanowiłam - bez muzyki. Żadnego zagłuszania. Słuchawki weg z uszu. Jadę. Nieco stresów, bo to inaczej być odpowiedzialną tylko za siebie, nie za co najmniej jeszcze jedną osobę. I byłam pierwsza szczęśliwa, realizując marzenie. I miałam jedyną książkę, którą ze sobą mam - Kobiety Virginii Woolf, do czytania na wyrywki w najelitarniejszym pociągu, jakim zdarzyło mi się jechać. Vita - Dora - Nessa - Virginia - Vita - Nessa - Ethel... I zamazałam ostatnie strony takimi myślami...
Po czym bezbrzeżny smutek, rodem z lutego 2010. I próba opracowania uczucia poprzez myśli - a to, że przecież nie można żyć ich życiem. A to, że ależ ono takie jego właśnie pełne. A to, że te myśli bezskuteczne. I uciekłam, zobaczyłam i uciekłam. Bo to dla mnie wszystko zbyt moje, to stanowi zagrożenie. I uciekam, przez pola, dosłownie, nagle niemalże następuję na zająca. I myślę - zając. Wilk i zając. Cóż za ironia. Wracając od wilków niemalże nastąpić na zająca. Że mam się uwspółcześnić? Urzeczywistnić? Zamiast czytać przeszłość z kart? Ale nadal smuta. I uciekam, bo już mogę z bucket listy odhaczyć.
Już lepiej oglądać film o Joe Strummerze, teksty 'niepalący nie powinni móc korzystać z tego, co stworzyli palacze' i 'to jest to co było dobre w punku. if you were ugly you were in' są przynamniej osadzone we współczesności. Mazur, nie, przestań jej w myślach bronić, taki z niej człowiek skurwiel jak i z ciebie, no właśnie, właśnie, że ona niby równie współczesna? Zauważ, że się przy niej uwsteczniasz! I co mi z tych wszystkich myśli? Że Anglia taka piękna i koherentna (i taka brudna ale nieskalana!). Że nieźle, bez tego naszego każdoepokowego najebania, że z tych planów 'jeszcze tu zamieszkam!' skoro każdy inni język niż polski mnie burzy, to niewiele. Że jestem wplątana i skazana na Polskę. Sama sobie to zrobiłam.
I na dodatek nie mam ognia. I tak bardzo chciałam wyjaśnić co dla mnie znaczy Virginia Woolf, Vanessa Bell, Lytton Strachey, Dora Carrington, Vita Sackville-West, Ottoline Morrell... That I could just jump into 1920's and I'd recognize every single detail as if I were born in 1882. That there's not much that I think of every day, but whole Bloomsbury group is one of these things. That it's more than just art, it's art of life as well. And always when I try to put it all down in words - they keep on revolving around reborness. It so love-hate relationship - I do adore her - but on the other hand I hate myself for this, somehow. For this moods when I read/watch/am anything connected to Her. Stop with this capitals, miss Mazur, stop it.
And the title. Quote by my Boss. And, well, have to admit - it's still connected to Her. Damn it. I każde z powyższych zdań wymaga rozwinięcia. I niekiedy myślę, że nigdy go nie dostanie i niekiedy myślę, że jeśli nigdy go nie dostanie, to zawsze będę sama, no one will wear my silver ring, bo albo pozwolić mi tym żyć, albo mnie z tego wyplącze, takam... into Monk's House.