sobota, 30 lipca 2011

'You don't want gay love. You want female love.'

Pomijam dziś część fabularną. Jestem nieco pijana czerwonym winem. I opowiadam historię dzisiejszych uczuć. Już rano postanowiłam - bez muzyki. Żadnego zagłuszania. Słuchawki weg z uszu. Jadę. Nieco stresów, bo to inaczej być odpowiedzialną tylko za siebie, nie za co najmniej jeszcze jedną osobę. I byłam pierwsza szczęśliwa, realizując marzenie. I miałam jedyną książkę, którą ze sobą mam - Kobiety Virginii Woolf, do czytania na wyrywki w najelitarniejszym pociągu, jakim zdarzyło mi się jechać. Vita - Dora - Nessa - Virginia - Vita - Nessa - Ethel... I zamazałam ostatnie strony takimi myślami...

Po czym bezbrzeżny smutek, rodem z lutego 2010. I próba opracowania uczucia poprzez myśli - a to, że przecież nie można żyć ich życiem. A to, że ależ ono takie jego właśnie pełne. A to, że te myśli bezskuteczne. I uciekłam, zobaczyłam i uciekłam. Bo to dla mnie wszystko zbyt moje, to stanowi zagrożenie. I uciekam, przez pola, dosłownie, nagle niemalże następuję na zająca. I myślę - zając. Wilk i zając. Cóż za ironia. Wracając od wilków niemalże nastąpić na zająca. Że mam się uwspółcześnić? Urzeczywistnić? Zamiast czytać przeszłość z kart? Ale nadal smuta. I uciekam, bo już mogę z bucket listy odhaczyć. 

Już lepiej oglądać film o Joe Strummerze, teksty 'niepalący nie powinni móc korzystać z tego, co stworzyli palacze' i 'to jest to co było dobre w punku. if you were ugly you were in' są przynamniej osadzone we współczesności. Mazur, nie, przestań jej w myślach bronić, taki z niej człowiek skurwiel jak i z ciebie, no właśnie, właśnie, że ona niby równie współczesna? Zauważ, że się przy niej uwsteczniasz! I co mi z tych wszystkich myśli? Że Anglia taka piękna i koherentna (i taka brudna ale nieskalana!). Że nieźle, bez tego naszego każdoepokowego najebania, że z tych planów 'jeszcze tu zamieszkam!' skoro każdy inni język niż polski mnie burzy, to niewiele. Że jestem wplątana i skazana na Polskę. Sama sobie to zrobiłam. 

I na dodatek nie mam ognia. I tak bardzo chciałam wyjaśnić co dla mnie znaczy Virginia Woolf, Vanessa Bell, Lytton Strachey, Dora Carrington, Vita Sackville-West, Ottoline Morrell... That I could just jump into 1920's and I'd recognize every single detail as if I were born in 1882. That there's not much that I think of every day, but whole Bloomsbury group is one of these things. That it's more than just art, it's art of life as well. And always when I try to put it all down in words - they keep on revolving around reborness. It so love-hate relationship - I do adore her - but on the other hand I hate myself for this, somehow. For this moods when I read/watch/am anything connected to Her. Stop with this capitals, miss Mazur, stop it.

And the title. Quote by my Boss. And, well, have to admit - it's still connected to Her. Damn it. I każde z powyższych zdań wymaga rozwinięcia. I niekiedy myślę, że nigdy go nie dostanie i niekiedy myślę, że jeśli nigdy go nie dostanie, to zawsze będę sama, no one will wear my silver ring, bo albo pozwolić mi tym żyć, albo mnie z tego wyplącze, takam... into Monk's House. 

poniedziałek, 25 lipca 2011

to nie tak.

i ja się się pytam - jak mam realizować plan, jak w momencie wsiąścia do autobusu mam ochotę na co innego, niż plan przewidywał? także co robiłam przez ten tydzień miniony...

wpierw przekonalam się, że jeśli chodzi o malarstwo, to nie dojrzewam. idę, patrzę, no w porządku, no pięknie, ale ja się pytam, gdzie holendrzy? są! oto oni. oto te scenki, obrazki z życia codziennego, te pijackie imprezy na podwórkach, te portrety, na których nic się nie dzieje, ale są tak ascetycznie genialne, że głowa mała. a ponad to, lubię to, klik: razdwatrzy. następnie szybka decyzja - british museum. ale tam jakoś smutno. już mnie złapało to, co zdiagnozowałam dwa dni później (spoiler!).

także czwartek kenwood house, charming, otoczony ogrodem, parkiem, nad wodą, nieduży, niby w mieście, ale zupełnie jakby osobno. po czym tate modern. i znów mnie to dopadło! 

i piątek, kiedy okryłam o co chodzi. po muzeowaniu samotnym i umiarkowanie szczęśliwym stwierdziłam, że dość, że szarpnę się, że a co mi tam, że mi wolno, że koniec z i-didn't-deserve attitude - i poszłam do maka. i to było to. bo widzicie moi państwo, to nie jest tak, że coś nie styka na linii ja-świat - po prostu czasem nie dostarczam sobie wystarczającej ilości  kawy. 

a dzień później poznałam mojego nowego bossa i jego rodzinę, robiąc z lasu ogród. z - dla mnie - średnim rezultatem, ale boss zadowolony. po czym uwieńczyłam weekend rodzinnym spacerem nad morzem i pierwszym w życiu fish&chips, które z miejsca wylądowało w pierwszej dziesiątce moich ulubionych potraw. i morze, takie dzikie, w porównaniu z naszym. 
 
jaki morał z tej zfabularyzowanej historii? nie byłam w somerset, bo plan był - poniedziałek, 10:00-14:00, kiedy jest za darmo. a o tej porze zaznajamiałam się z moją robotą. dobra robota. cieszym sa. niech wyjdzie, zaklinam. dość podgórek. 24 gone. 37 left. 

wtorek, 19 lipca 2011

plan sześciodniowy.

nadszedł moment, w którym bezskuteczność działań, które podejmuję, tudzież ich efekty odwrotne do zamierzonych wprawiły mnie w stan, w którym z pełnym przekonaniem stwierdzam (wrzuciłabym w status na fb, ale mam Tatę w znajomych, a tu raczej nikt nie zajrzy, zresztą, wiadomka, kreacja autora, ja przecież nie przeklinam):

rozkurwię to miasto za 17 funtów z kawałkiem (koszt tygodniowej ostrygi klik!)

także mam plan. 6 muzeów, 6 dni, bilet na autobusy, także każdą podróż rozpoczynam 2,5 godzinnym docieraniem do mojego prywatnego centrum miasta (Elephant & Castle, mogłam wybrać coś z ładniejszą nazwą?). Plan: National Gallery, Kenwood House (ponoć Vermeer. ponoć jest w tym piekielnym mieście jeszcze jeden, ale ponoć bilet kosztuje 8 funtów. może jakbym zarabiała - haha?!), Tate Modern, V&A, Tate Britain, British Museum. I gdzieś po drodze jeszcze dwa domy.

A jeśli zarobię - wtedy drugi Vermeer (ale to w sierpniu, jeśli zacznę zarabiać) oraz ostatni dom (ale to w sierpniu, jeśli zacznę zarabiać). Także - mam plan. I w głowie mi jakoś spokojniej. Tylko cały czas ta myśl: I just wish it had been Emma Watson. I nieustannie inna myśl: when You're gone I don't feel like talking at all. I bezustannie ta myśl o kostusze, wiadomo, takie wieści nie wypadają drugim uchem. Tymbardziej, że tak bardzo chciałam się jej wypłakać, bo, wiadomo, prawdziwy dorosły to jednak coś. Pomódlcie się Ci, którzy umiecie jakoś konstruktywniej, niż ja. Pokręciłam wątkami. Wątami do absolutu (powinnam mieć religię na fb: absolutyzm).

Grunt, że mam plan. A po planie - wracajmy wszyscy na swoje miejsca, wyznaczone pozycje, przyjąć postawę godną ostatniego żula menela studenta i przestać widzieć ją tylko oczami wyobraźni, a zobaczyć na żywo, aczkolwiek zmartwiałą w bezruchu, pełną jednak naszych ruchów palców przewracających strony (do kogo ta apostrofa?)... 

I dziś przeszło mi przez myśl, że letnia sesja była moim najszczęśliwszym okresem w tym roku. It's official. Jestem nienormalna. 

Wiadomość dla Mamy Gosh: widziałam dziś pola lawendy. Plantację całą. Można zwiedzać, jest kawiarenka, można się sztachnąć zapachem fioletowych pól.  

Do widzenia Państwu, idę na walkę z miastem / rozwijać moją pasję do komunikacji publicznej /  pisać wiersze o tym, że się wypisałam, bo już długopiszę, wracam za tydzień i opowiem, czy da się. 

piątek, 15 lipca 2011

cytując wolfganga isera...



5 lat temu, proszę Państwa, z miłości do, napisałam: 
 

Zgodnie ze spostrzeżeniem Isera, który stwierdza, że spadek określoności jest odwrotnie proporcjonalny do udziału czytelnika w spełnieniu dzieła (im więcej miejsc pustych, tym silniejszy wpływ na utwór może wywrzeć odbiorca) (...), a recepcja skrajnie zdeterminowana prywatnymi doświadczeniami i subiektywnymi preferencjami czytelniczymi. Iser uważa, że nieokreśloność może zostać przez czytelnika oswojona – nazywa ten proces „normalizacją”[1] – dopasowywaniem znanych odbiorcy elementów do „miejsc pustych”.

[1] W. Iser, Apelatywna struktura tekstów. Nieokreśloność jako warunek oddziaływania prozy literackiej, przeł. M. Łukaszewicz, „Pamiętnik Literacki” 1980, z. 1., s. 264.


'miejsca puste'. Dzisiaj reinterpretacja. Upraszczając - kiedy nic nie piszę - to także coś znaczy. Co prawda chciałam napisać coś w tym stylu:

 ...i na zmianę obiecuję sobie - "nie będę mieć dzieci" i pytam się się "a jeśli moje dziecko nie będzie chciało chodzić - nie będę go kochać? jeśli moje dziecko będzie zwyczajnie tępe - nie będę go kochać?" - i cały czas myślę "zwariuję, jeśli mój syn nie będzie gejem" i odliczam to marnowanie czasu na dorastanie - jak można nie umieć czytać...

ale już wcale nie mam ochoty na takie rozkminy. W ogóle nie mam ochoty na rozkminy. W ogóle nie mam ochoty. Dzisiaj same uproszczenia. Uproszczę - można mówić non stop lub nie mówić w ogóle. 'LUB' nie 'ALBO' - można oba. Także widzicie Państwo, dzisiaj widnieją tu miejsca puste. 
 

wtorek, 5 lipca 2011

in-gland, o ile istnieje takie słowo jak gland.

Tak. Istnieje. Oznacza: gruczoł. Także w gruczole. Mogłabym dorobić ideologię, ale mam długą historię do opisania, a sił mi braknie, także...

Jest taka dzielnica, nazywa się Clapham. Jest tam duży park, w którym miałam spędzić miły, przyjemny dzień, po tym, jak bezskutecznie przejdę wszystkie knajpy, sklepy, stacje i inne takie, zadajac pytanie o robotę. Ale, jako, że jestem córeczką mojej mamusi, wiadomo, na widok informacji, przy ścieżce rowerowej: 30 min. - London, The City, zatrzęsło mną. 30 minutes. Rower - 30 km/h? Nie więcej. 15 km? Można? Można. Włączyłam muzykę, zaczęłam śpiewać nie-do-końca pod nosem - i idę. Na marginesie dziękuję Marcie Ż. za zeszyt z Londynem - plan z niego wyrwany był do godziny 10.19 dziś moim jedynym planem tego ogromnego miasta. Idę z pół godziny - znak: 25 minutes do The City. Myślę - słabo. Przyśpieszam. Cisnę niemiłosiernie - a, czy wspominałam o tym, że już wczoraj zrobiłam koło 13 kilometrów - chodząc za pracą? Nie pewnie. Także idę, idę - nagle widzę ten budynek z czołówki Hotelu Babilon. Wiadomo, taką rakietę-wibrator. THE GHERKIN (znalezione w googlu poprzez hasło: building in London, like cucumber ^^). Myślę - o, to zupełnie jak PKiN - myślisz, że już jesteś blisko, a tu nie, few hours walk. Do rzeczy. W końcu doszłam, przeszłam przez rzekę, podeszłam pod katedrę (4,9 mili do tego momentu), do informacja, stara zagrywka: I'd like to get the map of London, but I don't have any money. Po czym: may You check for me addresses of Virginia Woolf? Jak mogłam nie pamiętać tego Bloomsbury - nie wiem. Zdarza się. I ruszyłam. 2,7 mili - patrzę - znam ten czerwony piasek. Co tam się piętrzy z przodu? Niemożliwe? Prawie przeoczyłam Buckingham Palace - gdyby nie to, że akurat była zmiana warty i mi zablokowali przejście - minęłabym bez zatrzymania. A tak, to musiałam przystanąć. Nic - idę dalej. Miało być blisko już. Bo kto by pomyślał, że między Hyde Park Corner a Hyde Park Gate 22 jest 3,3 mili. 

Puste miejsce, bo i tak nikt by nie zrozumiał istoty przeżycia metafizycznego w postaci dotknięcia okucia furtki do tego domu. 

Potem się poddałam. Człowiek jest słaby. 3,8 mili trasy powrotnej, Piccadilly Circus, jakieś metro, jakieś przesiadki. Ostatecznie Clapham i - bezskuteczne szukanie roboty. Ale co poczułam, to moje. A do Bloomsbury wrócę. I cieszę się, że już widziałam wszystkie "sztampy". Co by to było jakbym do tych 23,65 kilometra musiała dodać parlament, Big Bena, Westminster Abbey i nie wiadomo co jeszcze. Także - co tu dużo mówić - jestem bezrobotna.