piątek, 24 września 2010

bless.

les bienveillantes. man, jonathan, that really is fucking great name, it is. littell works as well quiet well. but jonathan. still, i'd rather call notmyboy marcel, but who knows if it ever happens, that i'll have notmyboy, and if it does - if it is me who'll choose his name. but today it hit me /hit me as hard as you can!/ again. this marcel thoughts. interbestnational name. 

back to the topic. postmodernism. sure. but, beside of all this awfully disgusting parts, reading of which almost make one vomit, this parts which make one think 'pierdolony naturalizm', plus besides of the story itself /but that's easy, everyone knows that the books like the most are this storyless ones/ - the rest - well, should specify what is exactly the rest: realism, fear, thought, that if mr jonathan made up a story like that - his mind is able to imagine things like these - so he'd probably be able to act like his heroes too - which makes... lost of the thread. keep the thread, keep it! 

know. well - the idea is - am used to thought, that if we don't want past to repeat - we should educate kids about it. make them understand what happened, that it was bad and that should not happen again. but - try to reverse it. maybe it's better when people don't know. maybe they won't figure out how to make all this bad stuff solo by themselves again. if my mr jonathan hadn't known anything about the second world war he might not have been able to imagine things like killing somebody by standing on brush /or however they call miotłę/ stick, which lies on somebody's throat. cause, in my opinion, from having this kind of imagination /not to mention all this shiet stories, which all together could make more than one fifth of mill treinta y ocho pages/ is not that far from being able to act itself. 

losing the thread again. so pick and choose - got another one, bingo. too much of freud, or maybe to simple freud. now knowing freud too well - felt him in every dreamy sentence. and - what was even more difficult to stand, as did make it through whole 'eichmann in jerusalem' evil-is-trivial-idea - too much about eichmann based on arendt. and don't one fucking dare to say that's not truth. but so well in general did like it honestly and glad to have read it yes.

enough about abstract. little showing off. was on that great party. that /spread my arms around the world/ great! well. did drink, didn't got drunk-killed-stoned-to-death. did have an opportunity to see so many lovely people. did manage to not spoil any moment by bad thoughts. and, this is difficult to say in diplomatic way, not to offend anybody - might have missed some people, sure did, but it was kind of positive missing. let's drink for this, who can't!

more of real life. packed my staff. almost. too much of it. rich in goods /kalka/ which is terrible. on the other hand - poor in goods, as don't have a fucking spoons on my own, which is annoying. maybe the lack of spoons is not the problem in itself, more this kind of feeling, that do depend on good will of my mother, who might be that generous to share her marvellous spoons with me, but - which is also possible - might be that emotional about her spoons, that she won't share her marvellous spoons with her daughter. happyend - finally she did share.

summary. me and torun will always mean the same. the only way to change myself is to change the environment. and... well, the truth is - should finally change and grow up. on the other hand - if growing up means worries, worries na zapas /ach ta etymologiczna rozkmina, dlaczego za-pas, skoro za, to raczej to co bylo, a nie to co będzie: <3/ in advance, fuck, my english certainly in not advanced, but at least worry in advance. always something. but who knows what me-in-different-city-means. somebody will see. the need to say 'hello' entering bus for sure. stomach ache on way there. possibility of shameless cigarettes-begging in the streets /makes me smoke less, makes people able to show they good heart and gives them good karma - win-win situation/.

porachujechuje kości.

niedziela, 19 września 2010

bez słów.


będę mieć własne 10 metrów kwadratowych, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. na terenie eks-getta. 

nie będę mieć mojej walizki, mojej antyramy (jej właściwie już nie mam), mojego kąta materac-biurko-regał-regał-szafa, mo-je-go... chyba czas stracić resztki poczucia wartości własnej i własnej wartości, i ważności. buddyjski mnich może mieć na własność 16 rzeczy. na pewno nie może mieć dwóch swoich kątów na świecie, nawet jeśli dzieli je 200 kilometrów. plotę bzdury. trzymając wątek - stracę tę przestrzeń, której zagospodarowanie w sposób, który mi odpowiada, zajęło jakieś mas o menos 12 lat. i nagle okaże się, że żeby żyć to nie potrzebuję nawet tych dwóch toreb, które zawiozę do nowego kąta. jedna już tam jest. trochę ubrań, ręczniki i śpiwór. słownik angielsko-polsko-angielski. druga - więcej ubrań, garnek, miska, kubek, talerz, ... jeszcze pojedzie. a chciałam, naprawdę chciałam zawieźć do nowego siebie nieco więcej starego siebie.

tak, boli. nie ekscytuje. zbyt uwiera mnie instynktowne przeczucie braku zrozumienia z ogółem braci s., aby mnie cieszyła myśl o bliższym z nią kontakcie. brać s. jest pozbawiona weltschmerzu, pełna jednotysięcznych, dekadencka - ale pozbawiona dekadentyzmu, brać s. bierzcie ją. no a i ona mnie pewnie nie weźmie. 

bo gdybym mogła, to przeskoczyłabym najbliższe 5 lat. nadużywam cyfr w tej notce. zostałabym doktorantem. bo zbyt często zadaję sobie pytanie, czy warto żyć dla koloru i faktury nieba. 

a kiedy w końcu dojdę do wniosku, że nie warto, to to nie będzie wina true love, a właściwie jego braku. ogólnie to nie będzie wina tego, że czegoś nie mam. że nie mieszkam w Los Angeles, że nie mam kasy nawet na bilet w jedną stronę, że nie mam płaszcza Burberry, chociaż to już mocno na siłę wymyślam, bo w sumie to go na pewno nie potrzebuję, a pewnie i nawet nie chcę, nawet nie tego, że nie wiem kim powinnam być, co robić, jak ogarnąć, że nie,... zapomniałam co chciałam. inne jęki i stęki jaka jestem biedna, bo czegoś tam nie mam. do rzeczy - to nie będzie ten problem. brak jest bolesny, ale w połączeniu z nadzieją, która umiera ostatnia, jest całkiem życiopowododajny. natomiast nadmiar... kurwa mać, ludzie, ile ja mam przygód, w takim życiu codziennym, z których nic tylko zrezygnować. z tych wszystkich mordodarć, darciomord, wykrzykłótni, innych japierdolnięć i zrezygnowanychpogodzeńzrzeczywistością. z tego nadmiaru, tak dziś myślę, nie gwarantuję, że i jutro, bierze się poczucie nasycenia dostępną rzeczywistością i możliwość łatwego zrezygnowania ze świata ogólnodostępnego.

panie, moje panie, i panowie - i ja się pytam, jak tu żyć, jak to wszystko takie, że nic tylko nie. i się tłucze ta myśl, że można by już se honorowo dać spokój  - przecież mam świadectwo maturalne. niektórzy nawet dotąd nie dali rady. 

i co ja mogę, tak realnie, co ja mogę w ten czas, który pozostał, zdziałać? ja, z tymi wszystkimi towarzyszącymi mi świrami? tymi co je mam na myśli, nie tymi fizycznie obecnymi. i - po co ja mam działać i próbować? jakby mi starczyło fantazji, to bym chociaż historyjkę z tego zrobiła jakąś symboliczną przypowieść najlepiej osadzoną w żydowskich realiach i zakończyła pytaniem o sens. ale po co skoro już 6 lat temu, bez może 12 dni, usłyszałam, że sensem życia jest poszukiwanie sensu życia. a wiecie co jest najgłupsze? że jeśli wymyślisz cokolwiek konkretniejszego, to okazuje się to tak naprawdę mniej sensowne, niż ten abstrakt. 

a ponadto - czy naprawdę chciałabym mieszkać w Los Angeles? Podobno mają kartonowe domki, spłuczkę z domu na współrzędnych (6,0) słychać w domu leżącym na początku układu współrzędnych, podobno mają colę w wiadrach, podobno są karni, podobno... Żeby tak sprawdzić te podobieństwanieprawdopodobieństwa. I ta wizja, jak poduszkowynocnychlip budzi pół ulicy. Żart. Jasne, że gdyby już mieć ten swój kraton, pardon, karton, box, ogólnie papier-usa-papieros-papirusowąklatkę tam - co za debil by płakał.

Seguramente yo. 

poniedziałek, 13 września 2010

jestem trzęsące się ręce.

nawet nie wiem czy się boję. strach jakoś inaczej się czuje. raczej po prostu nie wiem. do iksowej potęgi jestem nie wiem. nawet nie don't know, czy weiss nicht, czy no se, jestem bardzo polskie nie wiem. polskie idzie jesien. polskie chce czegoś innego, ale nie wiem (sic!) czego. 

więcej. głębiej. mocniej. poczuć coś prawdziwego. zamiast słyszeć. poczuć. w każdym razie nie wiem czy się boję. słyszę zbyt dużo. moja lewa ręka nie wie co czyni prawa. z wzajemnością. to co wiem - kanaliki łzowe mam hiperdrożne. ominęłam końcówkę lata. takimż sposobem jesień mnie obaliła na kolana. i słyszę, i się trzęsę, i nie wiem, i zadaję sobie pytania codzienne. czy może nie lepiej oddać organy zanim do końca wypalę płuca. kojąco działa myślenie o granicy lat, które chcę sobie dać. niepokojąco działa myśl, że obserwując jak stają się starsi nie starzejąc się mistrzowie - granicę przesuwam w górę i w górę.

dziś byłam w domu, który już nie jest moim domem. zostałam wygnana z ziemi egipskiej, domu niewoli. tyle, że mi ten dom niewoli był sposobem ucieczki od wolności. 

a prawda, chociaż nowe założenie jest takie, że pojęcie prawdy jest abstrakcyjne, jest taka, ale potraktujmy to jako frazeologizm, że nawet moja bezdomność jest problemem, który idealnie przysłania prawdziwy problem. bo bezdomność w stolicy jest niczym wobec bezdomności w życiu. czyż nie.

sobota, 11 września 2010

chlew powszedni.

powinnam zacząć od klęski w poszukiwaniu mieszkania. albo od następnej dwódniówki. albo od kolejnej dwódniówki, w krainie dzieciństwa, która musiała ustapić przez zmianami ostatnich lat. od pytania: a na którym jesteście roku? i od poczucia bycia wzgardzoną. i od poczucia, że mimo tego jest dokładnie tak jak powinno być. jak to było dawno.

mogłabym od razu zacząć od wniosków do których doprowadziły kilometry. od espero que es posible que 'zapomniałam o reinkarnacji' nie bez powodu. albo od tego, że zauważyłam podobieństwo między moją rodzicielką i panią dylewską. tudzież moją rodzicielką a kapralem - nami a maruderami. rodzicielką a liderem - nami a palatonem. tudzież między mną a nią - młodszym podchorążym, który nie może zdzierżyć niemożliwości rozkazywania kapralowi, który nie umie się posługiwać nowoczesnym rodzajem broni.

bo wiem, naprawdę wiem, że po wielokroć miałam rację. a musiałam ustąpić przez wiekiem. bo nie przez autorytetem indiscutible. to była ciężka praca nad swą pokorą. kontynuując pośrednio wątek - rodzina najbardziej pasuje do opisu wroga konstruowanego przez Jego Świętobliwość. paranoja. i pozostaje odwieczne pytanie: współczucie wywołuje płacz i ból - czyżby i one były dobre. i wracam do mitu stworzenia.

podróże o tyle kształcą, że uświadamiają ci jak wiele nie wiesz. nic, naprawdę nic ze szkoły nie wyniosłam na temat symboliki chrześcijańskiej, sztuki starożytnej, kultury etrusków czy bizancjum. inna zagwostka - co to za podróż, kiedy jedyny kontakt z miejscowymi opiera się na tym, że dają ci jedzenie - żeby chociaż za darmo, z dobrego serca - ale nie! oni chcą, żeby za nie płacić. prefiero CS o wymiany.

ale skąd u nich to wszystko takie piękne? a przynamniej esetyczne. obawiałam się kiczu, a tutaj niespodzianka - kicz mnie uderzył po powrocie. wraz z zimnem, niesympatycznymi kuchtami i drogami, które trzęsą. a tam się chodzi po dachach.

i teraz meritum: powrót: chlew powszedni. moje smutne i słowiańskie krainy. historia porwana i pocięta, z cierpieniem wpisanym w budynki i pogodę. moje miękkie zgłoski, których nie trzeba znaczyć, żeby je widzieć i czytać; które /ą, ę/ giną. moja bolesne doświadczenia stuleci, same klęski, żadnych tu łuków triumfalnych, moje przekleństwo i droga przez mękę. ten wysiłek, żeby uczynić kraj piękniejszym i bardziej atrakcyjnym - choć wiadomo, że nasi bracia z zachodu, e-u-r-o-p-e-j-c-z-y-c-y, i tak wybiorą tych tamtych rzymków. ten wysiłek, żeby ułatwić życie w krajach, które nie zostały stworzone dla ludzi. my, wiecznie walczący o światło /gotyk/, ciepło, pragnący ogarnąć wodę, lód i śnieg. my, wiecznie zagrożeni, a zarazem zbyt dumni, żeby się zjednoczyć i coś razem zbudować. my, którzy nigdy nie stworzyliśmy samodzielnie nic na miarę koloseum /no dicas licheń, niech to licho/ a których symbol stolicy stworzyli najeźdzcy. nawet na południu czy zachodzie nie wyzwolę się od ciebie, słowiański bałaganie. kraino ogromnych cmentarzy, kapliczek przydrożnych i wąskich, dziurawych szos, które zamiast być obudowane tunelami - mają w sąsiedztwie wiele krzyży i czarnych dziu... punktów. dużo o tych wszystkich krzyżach - pax cristiana/romana. oni są tacy rozsądni jeśli chodzi o tradycję. rozumni.

i jeszcze mi tak wpadło - 'orlando' jest nieco reinkarnacyjny w gruncie rzeczy.

sLOVEnia. i amsterdam. slowatch. emo no motion emotion. londom. ber-linia. war-szał. ve-ry-nice.
a pizzie, jak typowemu słowianowi, rymuje mi się tylko z piździe. pewien murarz na niezłej piździe wylądował w pizzie. i jeszcze jedno: PL jest taka nieciągła. urodziłam się po jesieni ludów, a mimo to kiedy myślę o PL w obecnym kształcie widzi mi się jako sztuczny twór, ukradzione niemcom ziemie, odebrane nam Lwów i Wilno, jedna wielka (dosłownie) pomyłka.
 
swoją drogą ciekawe ile jeszcze razy wypowiem na głos te myśli, które tu zapisałam. Raz - i dodam o telepatii. Dwa - i dożuję żumę. Trzy plus 'campo di fiori' i 'śmierć w wenecji'. Cztery - z musową wzmianką o mlekomatach. Pięć - z ponarzekaniem na kompaniję... I tak będę kręcić słowami aż powstaną anegdotki do wrzucania 'a propos'. I nadejdzie czas wyjechać.