sobota, 19 stycznia 2019

serialnie.

15 lat temu minus jeden dzień miał premierę the l word.

fakty - musiało to być ok 2007 jesienią, jakieś promo piątego sezonu na wyborczej, ojciec mi coś mimochodem wspomniał. poszukiwania, forum, linki, oglądanie w sekrecie na tym jednym domowym kompie (hardcore!) i totalne totalne przeżywanie powtórzone potem jedynie dwukrotnie (a i to chyba jednak z mniejszym przeżywaniem) przy sense8 i orange is the new black. jak zwykle - poczucie wspólnego mianownika.

bo dałam sobie wczoraj te cztery odcinki i here we are:
1) wspólna z sense8 utopijność ludzkiej jedności (ourchart no i wiadomo, homo sensorium);
2) wspólna z orange is the new black absolutna koncentracja na kobietach i chociaż orange is the new black absolutnie przoduje w poziomie skomplikowania bohaterek i tym ja bardzo są przekonujące, to tlw totalnie wykształciło pewien kod archetypiczności - niepełny, bo niepełny, wiadomo, że umiarkowanie emancypujący (głównie rich, thin and living in LA - no ale patrz punkt pierwszy. bardziej problematyczne - mostly white, ale zwróćmy uwagę na fakt, że jednak kwestia ta jest problematyzowana do pewnego stopnia), co samo w sobie nie było złe.

jest zima 2019, 11 lat po tym kiedy zaczęłam być z tlw na bieżąco. internet był wtedy inny. mój świat wtedy był gorszy niż ten, w którym teraz jestem - chociaż świat na ogół wydawał mi się wtedy mający potencjał bycia lepszym, niż teraz. w sensie (pkt 1) wiary w to, że gdzieś jest los angeles. i że tam, tam to miałabym tysiąc dziewczyn (parafrazując bodajże fucking amal z kolei). lucky me, że nie wiedząc, że tak być może, w pewnym stopniu warszawa stała się moim LA. 

kiedy natomiast one mówią (pewnie w 2004/2005) o tym, że kiedyś będzie 2015, to myślę sobie, o ziomki, 2015 to luz, ale potem będzie 2016, 2017, 2018 i tylko coraz gorzej. sweet sommer children, myślę sobie. a potem myślę sobie o legalizacji w usa i o repealing don't ask don't tell na przykład. i o oliari. i może mimo wszystko coś się zmieniło na niezłe przez te piętnaście lat. może.

oraz podoba mi się pewien poziom consistency przeżywania i odbierania bohaterek i ich relacji. wiedziałam co dobre, zanim wiedziałam co dobre. brawo ja. 

także pewnie dam sobie więcej. należy mi się. bo ja już nie mogę ciągle czytać i pracować. pracować i czytać. czytać. pracować. czytać do pracy. 


wtorek, 15 stycznia 2019

czekam na mędrca

który weźmie i poskłada to sensownie w słowa. bo z innych względów nie miałoby sensu otwieranie wyborczej kilka razy dziennie, oka, a nawet prowokacyjnie próba wkurwienia się po prostu jakimś przekazem z innej bańki. i jest jakiś cytat z czekaniem aż ktoś się pojawi i nada sens, który mi się zapomniał, ale właśnie gdybym go pamiętała, to go bym chciała zacytować.

facebook huczy, ale przekaz zaiste mało analityczny. wiem, że nic się nie zmieni, ale niemniej dobrze by było przeczytać jakiś sensowny tekst na temat tego, że nic się nie zmieni. tymczasem, może i w sumie dobrze, nie trafiam na takowe. no nic.

w jakiś sposób naprawdę mnie to ruszyło. primo, kruchość i śmiertelność bywa poruszająca. secundo, to, że nie widzę nigdzie przeprosin. ani z jednej, ani z drugiej strony. podczas gdy naprawdę powinno im wszystkim być wstyd. i tym, i tamtym, i wszystkim. tertio, że idąc w niedzielę poza domem byłam taka, kurde, nie mam przy sobie drobniejszego hajsu, mam tylko gruby hajs, wrzucić go czy go nie wrzucić do puszki? i pomyślałam sobie, że co ja się głupia zastanawiam, że nie zbiednieję od tego wrzucenia, a przecież kto jest taki, żeby nie chcieć dobrego sprzętu medycznego dla dzieci? i chociaż tak naprawdę może raz w życiu byłam na koncercie okołoorkiestrowym w świadomym życiu, i chociaż w sumie nie lubię tego 'siema siema' hop-do-przodyzmu, no to gdyby nie on, to niewiele by pewnie temu witrażyście wyszło, więc właśnie.

no więc gdzie jest granica sporu i mowy nienawiści and how not to go this way. mogę napisać jak można być takim chujem, czy powinnam skasować i napisać kto jest taki, żeby?