bo o niczym innym nie mogę, kiedy jestem w domu pod kocem a i tak mi kostnieją dłonie.
seasonal depression, its official. dwa dni jakby miało być spoko i humorek, i w ogóle, a dzisiaj znowu to samo co ostatnio, co od świąt.
i tylko mi wpadło, że pisanie to głównie lek na samotność. i że bez niej nie ma pisania. albo niemal nie ma.
no i panika nieogaru. zimno i panika nieogaru. jak ludzie to robią, że się nie martwią.
sobota, 10 lutego 2018
sobota, 3 lutego 2018
trochę bezsensu.
no tak. bardzo performatywnie podobają mi się wersy: Tu stojím // Na všetko mám dosť síl (...) Nech všetci vedia vôkol že // Čo budem chcieť to dokážem. Es stimmt nicht, aber...
muszę to wszystko jakoś sensowniej podejść, bo niby ogarniam, ale wcale nie, priorytety źle ogarnięte, jakoś się wszystko rozłazi i w ogóle sama nie wiem, ale wiecznie jakies niezadowolenie tkwi z siebie we mnie. czuję się jak pod koniec magisterki, kiedy myślałam o sobie na licencjacie, że tyle czasu zmarnowałam i tak jakoś mało strategicznie wszystko rozegrałam, że nie umiem w ten system stypendialno-grantowo-publikacyjno-konferencyjno-feudalny. i znowu mam to poczucie, że minęło pół roku, a ja dosłownie niczego nie natrzaskałam, a powinnam. i że w ogóle jakis absurd w co ja się wpakowałam i że się do tego (no, no, klasyk nad klasyki) nie nadaję i nie spełniam własnych oczekiwań wobec doktorantów.
a może to po prostu zima i brak słońca, oczy szczypią od smogu i kiedy mama mówi 'mgła...' nie mam jej serca powiedzieć 'smog...'. w cape town w kwietniu zabraknie wody, w 2025 2/3 świata będą bez wody, holocaust jest dzisiaj i tam, i powinnam się zająć takimi problemami, a nie sobą, bo to i tak niczego nie wniesie i nie zmieni.
nowoczesność. zaorać.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)