chciałabym zrozumieć przynajmniej tyle, dlaczego tym razem ten powrót jest taki trudny: zbyt słabo pamiętam ciężar uprzednich powrotów, czy anarcholewacka radykalizacja postępuje i moje dotychczas tak niewyczerpane możliwości racjonalizacji zachowań rozsądnych nie dają rady? czy kręgosług boli mnie naprawdę, czy to jego wymiar moralny zatruwa lędźwia? czy może ostatni polski rok tak bardzo mnie polskością swą rozczarował, że trudniej jest wrócić i powiedzieć: hej, witaj Warszawo, jesteś piękna i cieszę się, że cię mam?
myślę sobie o tych wszystkich tradycyjnych bohaterach, equals tych, którzy ratowali żydów, co zrobisz, takie wychowanie, taka historia, takie wzorce. myślę sobie, hej Z., masz rację, to nie byli ludzie, których teoretycznie było na to stać, to byli ludzie, którzy w praktyce z tym niewielkim zasobem, który mieli, zdecydowali się zrobić to co zrobili. zasadnicza różnica: w wojnie łatwiej jest chyba wszystkim ryzykować, bo chcąc nie chcąc z dnia na dzień możesz wszystko stracić, a kiedy kapitalizm trzyma się mocno, trudno jest powiedzieć, że możesz wszystko stracić, bo zawsze jest szansa, że kiedy będziesz chciał czy musiał wrócić, to już naprawdę nie będzie do czego, i tutaj ja mam o tyle rację, że takie poświęcenie nie do końca pomoże, tylko zwiększy o +1 liczbę osób pomocy potrzebujących. czyli jednak racjonalizacja jakoś tam idzie, tylko mało przekonująco i powoli.
anyway, it's hard to go on with everyday life when you feel world of unfairness on your sholders and you think, yes, it's also my faoult, this man could have been working in the factory which made my phone. or yes, this man could have lost his house in the african village, so i could have cheap food produced with a lil help of EU's subsidies. kiedy świat ci domem tak w nim się robi nieprzyjemnie, że niepogadasz. żaden to sense8, to strasznie namacalni 'wykluczeni' i 'głód'.