sobota, 16 września 2017

tydzień nr 1.

chciałabym zrozumieć przynajmniej tyle, dlaczego tym razem ten powrót jest taki trudny: zbyt słabo pamiętam ciężar uprzednich powrotów, czy anarcholewacka radykalizacja postępuje i moje dotychczas tak niewyczerpane możliwości racjonalizacji zachowań rozsądnych nie dają rady? czy kręgosług boli mnie naprawdę, czy to jego wymiar moralny zatruwa lędźwia? czy może ostatni polski rok tak bardzo mnie polskością swą rozczarował, że trudniej jest wrócić i powiedzieć: hej, witaj Warszawo, jesteś piękna i cieszę się, że cię mam? 

myślę sobie o tych wszystkich tradycyjnych bohaterach, equals tych, którzy ratowali żydów, co zrobisz, takie wychowanie, taka historia, takie wzorce. myślę sobie, hej Z., masz rację, to nie byli ludzie, których teoretycznie było na to stać, to byli ludzie, którzy w praktyce z tym niewielkim zasobem, który mieli, zdecydowali się zrobić to co zrobili. zasadnicza różnica: w wojnie łatwiej jest chyba wszystkim ryzykować, bo chcąc nie chcąc z dnia na dzień możesz wszystko stracić, a kiedy kapitalizm trzyma się mocno, trudno jest powiedzieć, że możesz wszystko stracić, bo zawsze jest szansa, że kiedy będziesz chciał czy musiał wrócić, to już naprawdę nie będzie do czego, i tutaj ja mam o tyle rację, że takie poświęcenie nie do końca pomoże, tylko zwiększy o +1 liczbę osób pomocy potrzebujących. czyli jednak racjonalizacja jakoś tam idzie, tylko mało przekonująco i powoli.

anyway, it's hard to go on with everyday life when you feel world of unfairness on your sholders and you think, yes, it's also my faoult, this man could have been working in the factory which made my phone. or yes, this man could have lost his house in the african village, so i could have cheap food produced with a lil help of EU's subsidies. kiedy świat ci domem tak w nim się robi nieprzyjemnie, że niepogadasz. żaden to sense8, to strasznie namacalni 'wykluczeni' i 'głód'. 

poniedziałek, 11 września 2017

poza scenariuszem tradycyjnej wypowiedzi ---

na temat Serbii jest fakt, że przede wszystkim ten hype bycia wolontariuszem służy mi. 

fizycznie od czasu caldo no 1 nie czułam się tak dobrze, porządnie zmęczona, porządnie przypakowana i porządnie obojętna na jakiekolwiek mniejsze i większe bóle. 

psychicznie nie mam rozkmin autorefleksyjnych. no i brawo. a jeśli mam, to malutkie i nieszkodliwe, i nic mnie nie bothers.

a potem wracam i wszystko mnie bodzie, drażni i się muszę napinać, chociaż przynajmniej trochę wstałam dzielniej, paradoksalnie. być sobą wolontariuszową w sobie pracowej, też mi wyzwanie.

choć to wszystko kwestia sensownego ruchu. prawie wszystko. dużo staminy i serotoniny z pracy mięśni, niewiele satysfakcji i obniżenie staminy z pracy głowy. 

i martwię się o to wszystko. martwię się o mojego podkurwa, żeby nie przegiąć i się przypadkiem nie zdenerwować w końcu, bo czasem czuję, żem coraz tego bliżej. a tego nikt, ja też, bym nie chciała.