to spróbujmy uspójnić. zakładając, że jest we mnie to przekonanie o wysokim stopniu 'że coś już zostało tak naprawdę zdecydowane, a ja tylko muszę dożyć do tego momentu, w którym ta decyzja mi się ujawni', ale jednocześnie i słusznie zakładamy brak siły wyższej, to jedynym uzasadnieniem takiego scenariusza byłoby potraktowanie danych sytuacji jako zbiegu wielu niteczek, które same w sobie są jakoś determinowane samymi sobą (jak na przykład to, że z zasady mając egzamin w niedługim czasie, wykorzystuję na maksa - w miarę możliwości - ten czas na naukę do niego - mogłabym tego nie robić, ale z zasady to robię, default mode) - jeśli każda niteczka ma taki mode, to jednak w większości sytuacji większość czynników, o ile zostaną poprawnie określone i ich default mode poprawnie zdiagnozowany, można by mieć poczucie, że faktycznie coś już zostało tak naprawdę zdecydowane. warunek numer jeden, czyli Hayek, idealny przepływ informacji: zarazem klops numer 1. warunek numer dwa: poprawka na nieprzewidywalności, jak na przykład fakt, że wczoraj częściowo zamiast się uczyć robiłam coś innego. warunek nr 3: brak udziału czynników, których pojawienie się nie jest do przewidzenia, albo nie jest uwzględniane, bo prawdopodobieństwo jest tak niskie, że jest to nieracjonalne, czyli np. moja obsesja zapalenia wyrostka robaczkowego. z tych wszystkich powodów house of cards częściowo np. jest możliwy. ogólnie jednak trzeba dużo optymizmu, żeby stwierdzić, że ludzie bywają zaskakujący i wyłamują się ze swoich default modów (not really, no). stąd też konkluzja, że należy zajmować się różnymi rzeczami, żeby jednocześnie funkcjonować w różnych habitusach i mylić własne zapisane ścieżki.
i a propos: a ja już naprawdę chciałabym przygodę wakacyjną. przypominają mi się jakieś takie malownicze lokalizacje: spacer wzdłuż autostrady, jakaś pustka za Sarajewem, jakiś przejazd przez Belgrad, jakaś ulica w Stambule, jakaś droga przez Włochy do Słoweni. niesione przez to wyczekiwane słońce wbijają mi się w głowę bolesnymi ukłuciami, przypominającymi o pewnym poziomie wolności, którego od dawna nie czułam i za którym naprawdę tęsknię. nie chodzi o nicnierobienie. chodzi o przemieszczanie się przez kolejne granice, o zmianę krajobrazu w polu widzenia, o śniadania pod namiotem i jakąś taką autostopową/podróżniczą kreatywność w znajdowaniu rozwiązań. żeby własne mylić ścieżki i trochę zaskoczyć.