zmęczenie zimą.
bo jak już założysz grube skary, wciśniesz na nie buty, wdziejesz kurtkę, komin i czapkę, to jeszcze maskę trzeba zapiąć, dopiero kiedy to wszystko gotowe a drzwi zamknięte, to można założyć rękawiczki, bo za grube, żeby w nich drzwi zamknąć. a to jest początek dopiero.
potem cały dzień trzeba się kitrać po wnętrzach, żeby nie przymarznąć, na ziemi nie siądziesz, od jarania palce marzną, ogólnie dość nieprzyjemna sprawa takie flanerowanie zimowe (dlatego i u nas nie było flanerów, proste).
podjedziesz po budynek, w którym masz się ogrzać, ale zanim, to znów, rękawiczki weg, zapiąć rower, zdjąć lampki, schować lampki, wejść, wyjść, założyć lampki, odpiąć rower, założyć rękawiczki, a w międzyczasie jeszcze cała akcja komin-czapka-maska.
to nie jest przyjemne. taka codzienność. codzienność w ogóle rzadko jest przyjemna (that's why i am so old, that's why we are so creepy), a taka to już naprawdę. i jeszcze torba ciężka, bo sesja, życie ciężkie.
Zizou wróć.
:* w ramach oswojenia rzezywistoscizimowej chcialam isc na narty(!). wyobrazilam sobie lans na stoku i udawanie supererasmusa.mialo mi tododac sil, ruch na swiezym powietrzu, te sprawy. i chuj. nie poszlam, leze chora. konkretnie.
OdpowiedzUsuńpozdrawiam sebastian