niedziela, 23 lutego 2014

weekend.

poczytałam. dużo. byłam na zewnątrz. trochę. napisałam recenzję. jedną.

to nie tak, że miałam zły weekend. to tylko tak, że to wcale nie jest takie piękne, kiedy się ma zawsze rację w swoich przewidywaniach.

i myślę sobie, że abstrahując, to mi się po prostu nie podoba taki sposób traktowania człowieka. bezkompromisowy terroryzm. z terrorystami się nie negocjuje. próbowałam.

nie warto.

poniedziałek, 17 lutego 2014

emytogenny facebook.

czyli humor miałam dobry, dopóki nie wpadłam na świetny pomysł obczajenia face'a i nie zachciało mi się rzygać. niemniej wcześniej humor miałam dobry.

wypad udany, nie powiem że nie. 

tak sobie myślę źle o sobie. że i am not enough. że brakuje mi obojętności. że brakuje mi może cierpliwości. że może za łatwo mnie wkurwić. przede wszystkim, że zbyt poważnie traktuję. że to dla mnie zbyt istotne. że mogłoby się coś zmienić, ale raczej nie zmienia się nic. że kiedy szukam przestrzeni dla kompromisu widzę tylko albo-albo. 

jestem niemalże ciągle zły. z przerwami. czyli może raczej jestem często zły. przy czym raczej na siebie, że czegoś chcę. 

sobota, 8 lutego 2014

coś jest nie tak.

totalnie.

chwila szczerości. nie tak miało być. ale, gorzej, nie tylko nie tak miało być, ale i nie wychodzi inaczej a lepiej. nie szaleję za poniedziałkami, za wtorkami, za środami, za czwartkami, piąteczki są znośniejsze, choć trudne, weekendy są różne. w tej niezachwycającej rutynie trafiają się odmienności, na przykład czwartek w tym tygodniu był bardzo udany, piątek też mi się podobał, ale już na przykład dzisiaj czuję się primo chodzącym not-enough, secundo natrętem (co w jakiś sposób wiąże się z piąteczkowym "no excuses", ale nie do końca), tertio to ten moment, kiedy uderza mnie nie-taczność, ergo dupy ta sobota nie urywa.

po pierwsze kwestia braku bazy, która wydaje mi się kluczowa dla zagadnienia. praca dla bazy usprawiedliwia pracę.

po drugie problem sprawdzania możliwości, które na razie sprowadza się do odrzucania możliwości.

po trzecie poczucie stąpania po niepewnym gruncie. jeśli nie baza, to chociaż poczucie stabilności gruntu. a czuję się bardziej jak w podchodach, w których chodzę jak głupia za strzałkami prowadzącymi do niekończących się niewykonalnych zadań.

po czwarte czuję jakbym nie nadążała - a zarazem wiem, że to wszystko za czym nie nadążam to bardzo ulotne koncepcje. erasmus srazmus, sregia, sraków z kategorii press it down. z kategorii po prostu nie nadążam to pustynia, przestrzeń, mikroskop, rosyjski, praca... Dziesięć koncepcji na spotkanie. Z jednej strony poczucie: dorośnij! Skup się, wybierz coś, do czego realizacji można konsekwentnie dążyć, określ się, to chętnie będę w tym uczestniczyć. Z drugiej strony: przepraszam, nie mam pustyni w kieszeni ani nie wygrałam w pokera, szkoda, że nie chcesz pojechać za miasto na spacer, bo mogłabyś poczuć trochę przestrzeni, ale skoro nie chcesz, a ja nie mam w kieszeni pustyni i nie wygrałam w pokera, to zawodzę.

po piąte chciałabym, żeby przytrafiło mi się coś tak po prostu miłego. miła niespodzianka. to dziecinne, wiem, ale naprawdę mam wrażenie jakbym się starała za trzech a powyższymi czterema punktami dostała non stop po dupie. mam nadzieję, że Tata już tu nie wchodzi, bo nie pozostaje mi napisać nic innego niż: chujowo.

po szóste to wszystko to hormony i biologiczne mechanizmy zachowań człowieka. regularne godziny snu, posiłków i wysiłek fizyczny rozwiązałby moje wszystkie powyższe problemy, bo tak naprawdę wszystko sprowadza się do tego, że najpierw śpię po 3-5 godzin, potem 10, najpierw nie jem przez 12, a potem w przeciągu 5 obfite śniadanie i ciepły obiad. pozostałe problemy są urojone i tak naprawdę jest przecież w porządku.