ja wiem, że to się sprowadza do hormonów, ale czasem jak rzeczywistość, oczywista rzeczywistość, taka przecież zracjonalizowana do potęgi entej, znana na wylot, wysłuchana, wypowtarzana sobie, przepowiedziana tysiąckroć, bo przecież repetitio est mater studiorum, czepnie, czaśnie po czapie i powie jak to przecież jest, to mimo oczywistości tej rzeczywistości i teoretycznie wysokiego stopnia jej internalizacji, to boli.
zmęczony jak cholera, beznadziejny, bezradny, bezsporny, bez kitu i bez lipy, zwyczajnie zmęczony. a jeśli tak dalej będzie, to będzie coraz bardziej zmęczony. a będzie tak dalej. albo i jeszcze bardziej męcząco.
wróżę świetlaną przyszłość rozwojowi zmęczenia. komuś czeba.