czwartek, 14 lutego 2013

puf.

na słownik zasługują pufy. anyway, nie o tym. w słowach okrężnych parę ziaren. fragmenty może nawet przemówią do pamięci. problem zacznie się tam gdzie zwykle czyli od nadmiaru 'zarazem'ów, 'jednocześnie'ów i tych wszystkich kolejnych 'stron'. odwiecznie ten biedny Fiedia, dziś jego dzień, pozdrawiamy za zdanie 'bo nadmiar świadomości proszę państwa to prawdziwa choroba'.

1. za niezdolność rewizji swych wizji. za niemożność przyjęcia treści ze źródła innego niż to uznane za niemalże objawione. za słomianość zapałów. za poczucie wyższości (maskujące? odgrywane? w mojej głowie?). za zafiksowanie na uniknięciu tego, w czym tkwi (moje odwieczne gratulacje). za niezdolność (brak chęci? potrzeby?) rzeczywistej zmiany. 

2. z drugiej strony: za przenoszenie (hej Sebastian!). za świadomość (a może wcale nie, może wcale nie). za granie kartą, która powinna być czarnym piotrusiem. za niemożność zwrócenia uwagi na uwagi. za to, że mimo wszystko jestem w tej materii o krok do przodu.

1. za to samopogarda, że 'really?'. 2. za to po prostu 'really?'. 

3. za wczorajszy moment zapatrzenia. za przebłysk, że napotykasz rzeczy (przez ciebie) niespotykane. że ani to, ani sio, to nie będzie tak (taaaak). więc zaczekanie niech będzie przeczekiwaniem. i najsilniej odczute to, że jest ta 1. (silna), 3. (fluktuacyjna) dysproporcja zgody na zainteresowanie się. 

entzauberung. bitte. 

sobota, 9 lutego 2013

standardowo.

sama się zaspottuje. standardowo. sobota. 9:00. niestandardowo podwójne,  nie podłużne. standardowo komputer (soboty zawsze były komputerowe). niestandardowo: obłożona książkami (naprawdę miałam powód przyjechać).

tak, jest parę rzeczy do zrobienia, trzeba było wracać. zresztą buw o tej porze roku akademickiego jest najpiękniejszy. prawie brak ludzi (przede mną dwa wolne podwójne, widział to kto jeszcze parę dni temu takie cuda?). prawie brak powodów do wychodzenia na przerwę (tylko ta kawa około 10:00, żeby w końcu złapać rozruch, bo początki zawsze są trudne). 


popatrzyłam. doszłam do jakiś niewymownych wniosków. nawet niektóre przybrały jakieś formy zdań. nawet może je zapamiętam, bo ta dziwność rozumiana jako brak zrozumienia dla motywacji to dużo bardziej uniwersalna kategoria niż kropka otwarta. a zgoda na brak zrozumienia z kolei byłaby kolejną wspólną (omijam bardzo dużo słów, jakby samo "wspólną" było wystarczającym do zrozumienia kluczem, jakby samo "niż" stanowiło wystarczająco wyraźne zasygnalizowanie tego co z czym ja w ogóle porównuję). 

no i tak, no właśnie, no... no tak... to ja sobie zostawię w głowie na jakąś lepszą okazję to wszystko co się spostrzegło. podobno mogę być z siebie zadowolona, także lepiej nic nie mówić, bo zawsze jest ryzyko, że (ja wiem jakie jest ryzyko, kiedy się wypowiada, więc nie muszę przecież dopisać tego zdania do końca). w każdym razie ok, sp-ok-o, oko, sp-ostrzeżenia, zobaczymy. 

piątek, 1 lutego 2013

cytat.

no excuses, cytat, wpadło w głowę, ok, damn right, niech tak będzie, na plus, na plus, kiedy ani nos, ani płuca nie są żadnym usprawiedliwieniem - na plus!

to jeszcze nie koniec, ale to chyba nigdy się nie kończy, bo wykreślanie wykonanego idzie w parze z dopisywaniem nowych wyzwań. to jeszcze nie koniec, ale teraz to już przyjemnie, z tym wszystkim co zostało na i z tylu głowy już spokojnie można się dać oderwać i być znów rozproszoną na wielowektorową życióweczkę, nie zaś całkowicie dać się zwariować temu co to-do (tu-du...du-du!).

więc, od którego nie zaczyna się zdania, kiedy wczoraj wróciłam, położyłam się na łóżku i poczytałam przysłaną przez mamę oli książkę o oswajaniu. trochę po prostu poleżałam, czekając na telefon. ruszyłam się po troszę, pojechałam to tu to tam, bez konkretnego celu, znajdując dziką radość i satysfakcję w samym jechaniu. potem wieczór spokojny, stonowany, analityczny, uroczy w swej niespodziewaności, a zarazem naturalnie wpisujący się w przestrzeń kuchenną. i kiedy rano nie mogłam ogarnąć jak wyłączyć budzik, to i tak nie było wstawanie na mus, lecz wstawanie z poczuciem "ile ja dziś mogę zrobić". i chociaż zgarniam opierdole, a rzeczywistość się do mnie nie uśmiecha, to przecież dziś pierwszy raz od trzech tygodni się pomalowałam, pierwszy raz od dwóch miesięcy jestem niezależna od rozkładu jazdy, a na dodatek  sebastian powiedział, że ten. no, że ten. nie no, nie napiszę tego, ale to miłe do usłyszenia. 

no excuses, to ładne hasło. there's so much to be done. let's do it. 

z przyjemnością.