faza mazur. już nie prymas, od dawna. już nie pe, chociaż akurat z pe nie mogę się jakoś rozstać. już nie aśka, aśka nadal gdzieś tam czeka na 15:00. nie johanna, której hurraoptymizm i hiperaktywność zostały left behind. znów jestem mazur i przyznaję, że mi dobrze z tym mazurzeniem.
wojaże zarówno pod względem relacji międzyludzkich jak i poznawania świata za udane uznaję oficjalnie informując, że od 1 października już naprawdę, na dłużej niż weekend to ja z tego miasta nie wyjeżdżam. bo jakby miło nie było w innych, jakby piękne nie były i jakby nie było "i zobaczył pan, że było dobre", to nie to, co tutaj. w tym jesiennym chłodzie, pod skapującym niebem, w tych skupionych wzdłuż linii prostych wyrysowujących topografię najistotniejszych dzielni budynkach. gdzie nic za darmo - ale i nic za euro.
wykorzystuję czas, który pozostał. one week to go. i w kierat. w rytm. w porządek i bezpieczeństwo. a za rok o tej porze będę na elbrusie.