czwartek, 22 września 2011

biało mi przed oczami.

mogłabym napisać repeat 2 września. ale pomnoże słowa. co miałam napisać: x-impresje:

że wtulam się w polskę. Że do niej trzeba dorosnąć. Że kupię sobie wino i papierosy, bo tak mi tu bogato. 

że konsumpcja sztuki, sztuka konsumpcji. muzea dosłownie zajebane, po brzegi, nie mieszczące się w ramach tłumy gapiów. Klienci galerii. Galerianie. Bo o ile nieco ponad wiek temu zwiedzaie przypominało bardziej pracę galerników, żmudne i wycieńczające poznawania, przebijanie się przez fale wiedzy wieków, to obecnie jesteśmy podobni do galerianek, szukających dóbr Veblena na rynku sztuki. Chcemy za niewielką opłatą mieć w cv wpis National Gallery, najlepiej poparty zakupem podstawek pod kubek albo magnesem na lodówkę ze sklepu wieńczącego trasę przez kulturę. 
potem, że przebijam się do domu przez tony bitej śmietany. wpierw ten prawosławny krzyż wzwyż po czym opad, zostaje dym. 

tak właśnie było. po czym byłam sobą przez trzy dni, taką jaką siebie pamiętam z czasów, kiedy zastanawiało mnie to, jaka jestem. teraz straciłam zainteresowanie sobą jako materią i nieustannie przesuwam termin, kiedy spróbuję się postarać je odzyskać. może od października.

piątek, 2 września 2011

nawet sobie nie mam nic do powiedzenia. 

tak to bywa, kiedy się nie czyta. 

jest mi tak, jakby już było po wszystkim...

ostygłam. cieszę się na zapas i/lub na pokaz. pożywam sobie według praw zobowiązań. poszłabym spać, ale mam jechać. pojadę. posiedziałabym na dupie, ale wolne. nie posiedzę. zarzekam się, że od października zżyję się bardziej z takim życiem, jakiego od siebie oczekuję. zrzeknę się go. wszystkie potencjalne działania nic nie zmienią, tak jak nic nie zmieniły działania faktyczne. bo tak naprawdę nie dzieje się nic.

no chyba, że jest się na fali uderzeniowej emocjonalnego rozkołysania, kiedy grymas odwraca świat. no ale nie mnie to dotyczy. o sobie bowiem nie mam nic do powiedzenia.