niedziela, 13 marca 2011

notka fabularna.

jest wykładowcą. to taki nauczyciel, tyle, że większy dystans do skracania. był dzień kobiet. to takie święto, postkomunistyczne, kiedy można być miłym dla kobiet i nie potrzeba innego pretekstu. tak w skrócie i upraszczając. on jest w moim wieku. i zawsze po zajęciach czeka, aż wyjdzie z sali. na dzień kobiet czekał od października. żeby nie potrzebować innego pretekstu dla dania tulipana. banał. banał, tyle, że ja wiem, ile godzin myślał nad tym, czy tulipan, czy może jednak róża. czy może bukiet. a może jednak w ogóle nic. boże, dlaczego nie wiem, kiedy ma urodziny. a może coś innego, niż kwiat. nie, kwiat jest dobry. taki bezpodtekstowy. i mimo, że nie znam gościa, to zrobiło mi się go tak naprawdę, w głębi serca żal. i've been there, buddy.

i powiem Ci, koleś, że z jednej strony i do feel sorry for You, You're fucked up, but on the other hand there's nothing better than this. dzisiaj mogę to napisać bez wyrzutów sumienia. masz coś, co jest w swej istocie beznadziejne, ale zarazem w swej beznadziejności jest boskością. możesz czuć do woli, bez problemu poczucia niewystarczającej wzajemności w drugiej połowie równania. jesteś chodzącym znakiem większości. 

idealizuje. ale zarazem dziękuję, że dane mi jest tak bardzo odczuwać. bo, jak się okazuje, to nie jest standard. wypadam z wzniosłej tonacji w życie codzienne. zwrot. ...odczuwać. tak natężenie, namiętnie, pozarozumowo czuć. także, buddy, dawaj z tulipanami. z perspektywy - żałośnie wzniośle - niczego nie żałuję. 

pozdrawiam koleżkę oraz przedmiot opisu notki. BEZ kitu, powinnam wstawić o 15:00.  

niedziela, 6 marca 2011

piekło maksymalne.

not what was last summer not who was in the spring cause not what was last september and don't wear the same robes in may we know we shouldn't do it but we do it anyway we know we might regret it but it seemed ok but you don't pull strings cause a better man moving on to better things
 
jako, że jestem dziś głównie niewygodnym ciałem, dusza poszła już do piekła ('maksymalnie!') się przyzwyczajać, to przepełnia mnie dosłownie i w przenośni (tudzież nosi mnie!) pieprzony naturalizm (nie mylić z równie pieprzonym hedonizmem). jestem paskudnie wulgarna w myślach, bo wyklinam i przeklinam cały ten niewieści żywot, który nie zwiastuje (zwiastowanie, niepokalane poczęcie i w ogóle ironia chrześcijańska - nowe pojęcie!) nic dobrego, prócz sterty potencjalnych możliwości nie do wykorzystania (to mi się z czymś kojarzy, ale już sama nie pamiętam z czym). do rzeczy. w każdym razie skrajne rozbicie (rozpłynięcie), płacz bezpowodny z tak zwanym uśmiechem na ustach (grymasem), a to wszystko przez pieprzony naturalizm. 

słowo wyjaśnienia rozbicia dokonane, to teraz do rzeczy. cytat wiadomo, pomieszany, usunięte wszystkie pionowe kreski (to taka metafora na wielkie i), właśnie mi się skojarzyło - to liczenie dni przez Robinsona poprzez kreślenie pionowych kresek było jednoczesnym potwierdzaniem własnej podmiotowości, czaisztie to? Byłam w akademiku! Pierwszy raz od niemal jednej piątej wieku. A odnosi się (odnajduje się wątek cytatu) do charakteryzującego żywot mój podniebny (żeby tak do Radomia - Radom nową Moskwą, ale bez zmartwień, to wszystko można by racjonalnie wyjaśnić, Warszawa jest podradomiem), w każdym razie postępującej zgody na zmiany jako nic sprzecznego. wszystko się mieści w pustce mego infernoducha.

prawdę mówiąc chciałam tylko zapisać te wszystkie piękne słowa. podkreślę teraz sformułowania klucze. i co teraz. teraz, proszę Ciebie, wracam do martina, friedricha, michela i sørena. bo nieźle będzie dokonać żywota z kserówkami w ręku.