a zatem sfabularyzowana wersja dni ostatnich (bez piątkosobotyniedzieli, wyrwanych z tego świata). nie no, bez przesady, sfabularyzowanych? żeby się lepiej czytało? nie ma opcji. wróć. rozsypanka słowna i niezrozumiały bełkot. tak. aluzje, których za parę miesięcy sama nie wychwycę - tak. detale, które nikogo, włącznie ze mną w wersji zaparomiesięcznej nie obchodzą. tak. seize the day.
dwa razy odpowiedziałam na pytanie. the question niech nawet będzie. die frage. lepiej. die frage. it's easy. w piątek i we wtorek. wróć! we wtorek i w piątek. poniedziałekwtorekśrodarano zniknęły. środa popołudniowa wróciła sobotnim wieczorem. zresztą, była ze mną przez cały piątek. powoli, zwolnij, łap wątek. środa. bo ja po prostu nie umiem nie być nieszczęśliwa? taka wymówka. dobra w sumie, jak każda inna wymówka, ja tam wierzę wymówkom, są równie dobre, co powody. ale zaczęło się w zeszły piątek. bo po roku postanowiłam bardzo metaforycznie zainwestować w spódniczkę. tzn. w sumie nie było ani spódniczki, ani inwestycji. po czym w środę - jak nie wprost, ale to co chcę, jak? że środa, że plac, którym wracałam i myślałam, że piękny plac, że ludzie dobrzy, że ludzie intrygujący, że człowiek interesujący, że tak, tak, wiecie co ja wtedy myślę. że jakby coś, to bym mogła. ale nie mogę, bo zupełnie nie jakby coś. i tak myślałam do piątku.
wszyscy szukamy prawie obcych na facebooku, nie? to takie normalne. wiecie, pamiętam czasy szukania ludzi, kiedy nikt nie miał fejsa i enki. po fotoblogach, przez cokolwiek w googlu... teraz to wszystko jakoś łatwiej przychodzi, mniejsze ryzyko pudła, w sumie gdyby kogoś na fejsie nie było, to możesz się zacząć zastanawiać, czy nie jest wytworem wyobraźni. w każdym razie mission accomplished. i wierci mi się to wszystko po głowie. i doceniłam usosa. i próbuję instynktownie, próbuję połaczyć szczegóły, które pozwala mi poznać, ale ogólnie, to tak, wszystko w porządku i nie, nie złamałam postanowienia.
po środzie czwartkowy katastrofizm. w sumie czwartek wieczorem teraz to już piątek. i ciąg dalszy piątku. muzeum narodowe, wstęp wolny, otwarte do 20.00. w sumie warto dla wyspiańskiego, dla wojtkiewicza, nieco weissa. czapskiego, wróblewskiego. ale wyspiański. pierwszy raz w życiu helenka nie wydała mi się tak bardzo brzydka. i jeszcze starożytności. piątek. praga piątkowa. kontynuacja środypopołudnia - znalazłam świątynie buddyjską. otoczoną wysokim, zardzewiałym płotem, żeby się upewnić, że to to, wystawiłam rękę uzbrojoną w nieśmiertelną nokię w celu uwiecznienia pagody ze strachem, że nawet nokia nieśmiertelna może nie przeżyć przetrwać bycia odgryzioną przez groźne psy, które na pewno buddyści tam trzymają, żeby chronić swoją buddyjską prywatność. piątek praga. wytwórnia wódek, zajezdnia tramwajowa, warszawskie bydgoskie. i potem właśnie dopiero było muzeo, a chronologia się poszła jebać.
i dzisiaj. dzisiaj zakończyłam środę tątygodniową. miałam pojechać na lizbońską 2, ale wywiało mnie na... pragę? tak. śpiewaki orkiestrowe pomnik, budynek pożydowski, kościoły, zagłębia klubowe. po czym miałam pojechać na lizbońską 2, ale jestem panikara i nie chciałam po ciemni na chamowo bezludna. takto wróciłam na tę stronę wisły (w toruniu druga strona to ta strona, ale wolę ten tutejszy układ, bo gdy wracam, to na zachód, a przecież nie ma lepszego kierunku podróży niż na zachód, szczególnie pod wieczór). i zakończyłam środę odwiedzając plac dąbrowskiego (7), który okazał się być placem, którym szłam w środowieczorną porę myśląc o dobrze ludzkim, interesującości ludzkiej i takich tam euforycznych stanach uniesienia, że niby wszystko będzie dobrze. i znów mnie więc ta euforia ogarnęła, bo ja jestem capable of being the most and the least happy person in the world and one knows it not from today. zeuforyzowana biegłam do 171, znalazłam 157 i pojechałam na tarczyńską (11). wzruszyłam się pod tablicą z tymi wszystkimi lepami, żmudami i osmędeuszami. man! i did grew to love warsaw.
wróciłam. a nawet:
no naprawdę
naprawdę
wróciłam.
to co było. co będzie. jutro idę na wykład, bo to moja ulubiona forma spędzania czasu (poza lataniem w kucki). do synagogi, albo gdzieś obok. tak, chcę. a wraz z początkiem listopada pojadę na powązki i cmentarz żydowski. lecz zanim, stworzę listę, co jeszcze chcę zobaczyć. numer jeden - lizbońska 2.
i jeszcze, już naprawdę tylko jedno - w narodowym chopin w wykonaniu george sand, który wbiega po schodach skacząc po cztery stopnie na raz. warszawa w paryżu.