sobota, 30 października 2010

skończmy październik nim zacznie sie listopad.

a zatem sfabularyzowana wersja dni ostatnich (bez piątkosobotyniedzieli, wyrwanych z tego świata). nie no, bez przesady, sfabularyzowanych? żeby się lepiej czytało? nie ma opcji. wróć. rozsypanka słowna i niezrozumiały bełkot. tak. aluzje, których za parę miesięcy sama nie wychwycę - tak. detale, które nikogo, włącznie ze mną w wersji zaparomiesięcznej nie obchodzą. tak. seize the day. 

dwa razy odpowiedziałam na pytanie. the question niech nawet będzie. die frage. lepiej. die frage. it's easy. w piątek i we wtorek. wróć! we wtorek i w piątek. poniedziałekwtorekśrodarano zniknęły. środa popołudniowa wróciła sobotnim wieczorem. zresztą, była ze mną przez cały piątek. powoli, zwolnij, łap wątek. środa. bo ja po prostu nie umiem nie być nieszczęśliwa? taka wymówka. dobra w sumie, jak każda inna wymówka, ja tam wierzę wymówkom, są równie dobre, co powody. ale zaczęło się w zeszły piątek. bo po roku postanowiłam bardzo metaforycznie zainwestować w spódniczkę. tzn. w sumie nie było ani spódniczki, ani inwestycji. po czym w środę - jak nie wprost, ale to co chcę, jak? że środa, że plac, którym wracałam i myślałam, że piękny plac, że ludzie dobrzy, że ludzie intrygujący, że człowiek interesujący, że tak, tak, wiecie co ja wtedy myślę. że jakby coś, to bym mogła. ale nie mogę, bo zupełnie nie jakby coś. i tak myślałam do piątku. 

wszyscy szukamy prawie obcych na facebooku, nie? to takie normalne. wiecie, pamiętam czasy szukania ludzi, kiedy nikt nie miał fejsa i enki. po fotoblogach, przez cokolwiek w googlu... teraz to wszystko jakoś łatwiej przychodzi, mniejsze ryzyko pudła, w sumie gdyby kogoś na fejsie nie było, to możesz się zacząć zastanawiać, czy nie jest wytworem wyobraźni. w każdym razie mission accomplished. i wierci mi się to wszystko po głowie. i doceniłam usosa. i próbuję instynktownie, próbuję połaczyć szczegóły, które pozwala mi poznać, ale ogólnie, to tak, wszystko w porządku i nie, nie złamałam postanowienia.

po środzie czwartkowy katastrofizm. w sumie czwartek wieczorem teraz to już piątek. i ciąg dalszy piątku. muzeum narodowe, wstęp wolny, otwarte do 20.00. w sumie warto dla wyspiańskiego, dla wojtkiewicza, nieco weissa. czapskiego, wróblewskiego. ale wyspiański. pierwszy raz w życiu helenka nie wydała mi się tak bardzo brzydka. i jeszcze starożytności. piątek. praga piątkowa. kontynuacja środypopołudnia - znalazłam świątynie buddyjską. otoczoną wysokim, zardzewiałym płotem, żeby się upewnić, że to to, wystawiłam rękę uzbrojoną w nieśmiertelną nokię w celu uwiecznienia pagody ze strachem, że nawet nokia nieśmiertelna może nie przeżyć przetrwać bycia odgryzioną przez groźne psy, które na pewno buddyści tam trzymają, żeby chronić swoją buddyjską prywatność. piątek praga. wytwórnia wódek, zajezdnia tramwajowa, warszawskie bydgoskie. i potem właśnie dopiero było muzeo, a chronologia się poszła jebać. 

i dzisiaj. dzisiaj zakończyłam środę tątygodniową. miałam pojechać na lizbońską 2, ale wywiało mnie na... pragę? tak. śpiewaki orkiestrowe pomnik, budynek pożydowski, kościoły, zagłębia klubowe. po czym miałam pojechać na lizbońską 2, ale jestem panikara i nie chciałam po ciemni na chamowo bezludna. takto wróciłam na tę stronę wisły (w toruniu druga strona to ta strona, ale wolę ten tutejszy układ, bo gdy wracam, to na zachód, a przecież nie ma lepszego kierunku podróży niż na zachód, szczególnie pod wieczór). i zakończyłam środę odwiedzając plac dąbrowskiego (7), który okazał się być placem, którym szłam w środowieczorną porę myśląc o dobrze ludzkim, interesującości ludzkiej i takich tam euforycznych stanach uniesienia, że niby wszystko będzie dobrze. i znów mnie więc ta euforia ogarnęła, bo ja jestem capable of being the most and the least happy person in the world and one knows it not from today. zeuforyzowana biegłam do 171, znalazłam 157 i pojechałam na tarczyńską (11). wzruszyłam się pod tablicą z tymi wszystkimi lepami, żmudami i osmędeuszami. man! i did grew to love warsaw. 

wróciłam. a nawet:

no naprawdę 
naprawdę 
wróciłam.

to co było. co będzie. jutro idę na wykład, bo to moja ulubiona forma spędzania czasu (poza lataniem w kucki). do synagogi, albo gdzieś obok. tak, chcę. a wraz z początkiem listopada pojadę na powązki i cmentarz żydowski. lecz zanim, stworzę listę, co jeszcze chcę zobaczyć. numer jeden - lizbońska 2.  

i jeszcze, już naprawdę tylko jedno - w narodowym chopin w wykonaniu george sand, który wbiega po schodach skacząc po cztery stopnie na raz. warszawa w paryżu. 

czwartek, 21 października 2010

polskości.

trochę postmoderny. 

kino femina (E2, nie 171) - uniwersytet - nowy świat (w tym wypadku obojętne co, może być nawet na plac piłsudkiego, co normalnie jest absolutnie nie do przyjęcia) - hotel bristol (od następnego razu - plac zamkowy!) - biblioteka uniwersytecka (506 bodajże i nadal nie pamiętam który z niepośpiesznych) - rondo onz (dowolny tramwaj) - hala mirowska (pierwszy wagon, pierwsze drzwi!) - kino femina (E2 albo 171) - dh smyk / plac trzech krzyży (wolę dh smyk) - nowy świat (155) - mennica - kino femina - dh smyk / plac trzech krzyży (oczywiście - wolę dh smyk) - plac trzech krzyży (118 chyba. trasa przez powiśle. a powiśle... powiśle to miejsce, w którym mogłabym mieszkać) - biblioteka uniwersytecka - biblioteka uniwersytecka - rondo onz - hala mirowska - kino femina - uniwersytet - nowy świat - mennica - chłodna (ten jeden jedyny autobus, który stąd odjeżdża) - banacha szpital - banacha szpital (przystanek przy restauracji jeff's, amerykańskie żarcie, amerykański styl, ceny jak w dolarach) - chłodna - kino femina (tutaj może być wola ratusz, bo E2 i tak nie jeździ o tej porze. ogólnie o tej porze niewiele jeździ, a i tak rozkład pozostaje raczej pobożnym życzeniem, niż stanem faktycznym) - dh smyk - nowy świat - mennica - kino femina - biblioteka uniwersytecka - rondo onz - hala mirowska. 

czyli kiedy wychodzę z domu - wolę tymi z os. górczewska w stronę wilanów albo torwar. kiedy wracam wolę tak, żeby zrobić pętlę. czyli wyjść rano wyjściem przy cieciu i w lewo, a wrócić z naprzeciwka ciecia, z prawej. musiałabym chyba wyrysować. 

patenty, czyli czego nauczyłam się w warszawie:

...kiedy wsiadasz do tramwaju w stronę ronda onz - ostatni wagon, ostatnie drzwi to miejsce, w którym chcesz się znaleść.

....kiedy wsiadasz do tramwaju z ronda onz w stronę hali mirowskiej - pierwszy wagon, pierwsze drzwi - to miejsce, w którym chcesz się znaleść.

...autobus 155 nowy świat - mennica - ostatnie drzwi. 

...biedronka na grzybowskiej jest bliżej niż ta na tamka, po wielokroć bliżej, ale nie ma z niej dojazdu. z tamka, oprócz tego, że jest po drodze z punktu ksero 7 groszy za stronę, z ulotką 5 groszy za stronę z książki (mam chyba z 10 ulotek i żadnej nie wykorzystałam, bo nie kseruje z ksiażek) to wystarczy przejść przez 3 przejścia i - mam bezpośredni do domu! Biedronka stanowi również przykład sieci, która straciłaby na wzroście dochodów, bo jak wiemy, spada wtedy zapotrzebowanie na dobra niższego rzędu. zresztą - nie mają płatków owsianych. niepojęte.

...kiedy wchodzisz do buwu nawet nie kłopocz się uśmiechaniem, savoir-vivrem, kulturą... po prostu nie wkładaj czapki i szala do rękawa. i tak szatniary znajdą tysiące powodów, żeby ci pokazać, że nic nie znaczysz.

...z budynku nowy świat 67/69 (pod którym to numerem w usosie kryje się również budynek krakowskie przedmieście 1) na przystanek bliżej jest, kiedy wyjdziesz od tyłu.

...co do budynków. szkoła języków obcych - od razu w lewo za kioskiem. dalej w lewo, w górę i budynek po lewej - geografia. za kioskiem prosto - miejsce styku prawa i iesemu. palący: przed bramą główną, przy sjo, przy audimaxie, przy kiosku. palący ogólnie, nie tylko na kampusie: przed iesemem, przed buwem, przy wyjściu z centralnego na przystanki, przed każdym centrum handlowym. plus wszędzie indziej w gruncie rzeczy. a! ogromne skupisko na tyłach nowego świata 67/69 / krakowskiego przedmieścia 1. 

a jutro odpiszę na listy. korespondencja. 

z sytuacji - proszę panią o fajkę. nawiązuję kurtuazyjną pogawędkę. pyta mnie na czym jestem. mówię. na co ona: 'fajnie.' ja: 'fajnie? to dobrze.' ona: 'ja skończyłam terapię uzależnień'. to dopiero fajnie, nie?

z myśli - badając moje poprzednie inkarnacje - gdzieś w połowie XIX wieku - biedny student w petersburgu. nie wiem dlaczego, ale jakoś zbyt mocno mi bije serce na myśl o braku koszuli na zmianę, żeby nie było w tym czegoś paranormalnego.

z życia - głośnik w telefonie mi padł. surrealizm! odbieram, gadam, nasłuchuje-chuje-chuje (porachuje-chuje!) - nie ma nic po drugiej stronie. matrix! naprawdę. niewyobrażalne uczucie odczucie, odebrać telefon, widzieć, jak nabija sekundowe naliczanie, a tu nic! cisza.

i jeszcze o rutynie - bo zaczyna się pojawiać. poniedziałek i wtorek zbijają się w jeden długi ciąg pracy. tak jakbym 48 godzin się uczyła. środa rano zalicza się do poniedziałkowtorku. środa popołudnie - do weekendu, bo ogun wybrałam sobie idealny. chociaż chyba większość ogunów jest idealnych. czwartek i piątek są dobre, bo poza tym, że mam 3 godziny w porządku, 1,5 godziny 'prawdy', to mam jeszcze 4,5 godziny, które stanowią dobrą odpowiedź na pytanie co ja robię na stosunkach międzynarodowych. 

dziś dowiedziałam się, że z głodem na świecie, to nie jest tak źle. że znaleźli rozwiązanie. że znaleźli wędkę. z sh nie jest tak daleko od tego rozwiązania. a najgorsze (to jest moment kulminacyjny notki) - że znaleźli to rozwiązanie 5 lat temu. 

i na co te wszystkie łzy, żale heraklitowe, skoro od 5 lat wszystko jest na dobrej drodze do tego, żeby nie było tak źle? skoro już miliard ludzi, który żył za dolara dziennie, żyje za 1,2 dolara?! skoro 500 000 chińczyków stało się - słowo klucz - konsumentami! odpowiedzią na pytanie - dla kogo produkować! dziś cały świat noszę w lewej kieszeni mego uniesienia! 

i jeszcze jedno. noszę dwie różne skarpetki, K. mijam codziennie 'pod panem' kopernikiem, M. 

sobota, 16 października 2010

quiero decir una cosa.

si. quiero decir una cosa muy importante. es siempre como es ahora. la intriga se repite. soy en el entorno nuevo. no conozco nadie. no confio nadie. tampoco yo. porque soy indefinido. no tengo que ser yo, puedo crear la persona nueva. un papel es vacio, mi 'tabula' es 'rasa'. es cuando en escenario se presenta el. el es bastante inteligente y agradable. el conflicto empieza. tengo que escoger. entre comodo y sinceramente. la ultima vez escogia comodo y es era falta. ahora quiero ser honrada. he leido dalajlama, si?

entonces - me pregunto si ser honrada significar editar el retrato en facebook? o cuando me presento anadir a nombre los detalles sobre mi vision a la vida? o quiza es la sena especial para la gente que son... entendeis? una vez (a decir verdad - dos veces) tenia la pulsera de colores al arco iris para hacer todo mas facil. pero nada era mas facil. no importa - con la pulsera o sin pulsera - la gente piensan, luego charlan y en fin preguntan (despues pocos anos usualmente). 

hoy he oido alguien pronunciando tuyo nombre en alto voz. mi contrasena, en todos posibles significas. volviendo a lo que sentia antes. solo me quiera asegurar. unas palabras de tu me quedan sin habla. puedo pasar todo mi vida te echar de menos. por lo menos - lo suena bien.

solo para explicar - esa nota no cambia el hecho que nunca mas aventuras platonicas. como pueden leer arriba - tenia bastente para toda la vida. 

sobota, 9 października 2010

kotlety tęsknoty. longing chops.

it'd be hard to explain the difference. every single difference. drinking one coffee (per day). spending almost or more than two hours in buses and trams (per day). being in the library three hours (per day). asking for cigarettes in the street five or six times (per day). counting every single penny (sounds better than zloty) per rolls (per day). dividing days into hours and a halves instead of forty fives. and HSM no longer stands for High School Musical. and since Monday until Friday not having time to think about death. it is different.

but don't want to explain the difference. reading ones will see on their own, suppose. today's aim is to put into words something quiet new for me. a mianowicie the fact, that very important decision has been made. no more unhappy, platonic loves. all in all did spent more than one third of my life being unhappily in love. and now with eyes/plural I:

I do forgive myself all those loves. I do forgive myself all those crazy little things I did for these loves. I do forgive myself lilac's issues, fifteenth issues, pockets' issues, basement's issues, bike issues, angels' issues, mails' issues, dancing issues, mirror issues and all other kinds of issues. I do know that I could be on straight way to another issue, cause where there's a will, there's a way. but. man, I have been there before. not once. and it's high time to try not to make another circle. and, on the other hand - I dealt with last issues with issues. 'I hope we could still be friends. I'm friends with all of my boyfriends, my ex-boyfriends'. No hard feelings, it's understandable that they and me couldn't have worked out. Never ever. It just hadn't reason of existence, just like the permanent element of this equation doesn't have it neither.

that's for now. no more falling for anyone, no more crushes. it's not like I couldn't do it. as was said - straight (it looks funny in this context) way. I will work on developing compassion and empathy for all living creatures. Including all this wormy worms, insects, little cockroaches and other kinds of i-hope-it-wasn't-my-future-grand-son-the-insect-i-just-have-killed, which share my half-room with me. 

still i wonder about hundred feeter. i'd like to play a game. feminist or gay. 

sobota, 2 października 2010

pamiątki stolicy.

Czytaj pamiętnik ze stolicy. Nie mogłam sobie darować żarciku historycznoliterackiego. Bo przecież na filologii polskiej nie jestem tylko dlatego, żeby nie przestać czytać. Prawda to, czy nie, nieistotne. Dobrze brzmi.

Od niedzieli spałam w czterech różnych łóżkach, z czterema różnymi osobami, w czterech różnych dzielnicach – tego samego miasta. Jest piątek, dzisiaj nic nie muszę. Nigdzie mi się nie śpieszy – a gdybym wiedziała co lubię (To lubię!) spędziłabym dzień robiąc coś co lubię. Jednak na zewnątrz jest zimno, a ja jestem w moim nowym home, który mieści się – not/va bene na ulicy Chłodnej.

Co mnie przerasta. Póki co wymiar logistyczny przedsięwzięcia pt. ‘studia w stolicy’. Autobusy i tramwaje, bo stały się koniecznością, a nie zbytkiem. Jak to moja współlokatorka nazwała – to, że u nas wszystko jest na sznurkach. Bo ma rację. Tęsknię za solidnym wiekiem XIX, z jego wszystkimi wadami – był o wiele bardziej autentyczny niż nasze pozorne szczęści z fabryki na Tajwanie. Za ciężkimi meblami, których można używać przez cztery pokolenia. To, że mam Internet mocno limitowany. To, że pani dziekanatka zamknęła mi drzwi przed nosem – na domiar złego, na klucz. A najbardziej to, że nic nie przystaje – ni to do moich marzeń, ni do wyobrażeń, ni do odczuć, które miały się pojawić. Brak radosnej ekscytacji. Brak poczucia posiadania tysięcy możliwości. Brak wujka w ministerstwie. Wnioski.

Czas zacząć się czuć dobrze ze sobą. Czas skończyć z takimi fachowcami od siedmiu boleści. Czas przestać uzależniać swoje poczucie bezpieczeństwa od możliwości sprawdzenia dzień w dzień tych samych zakładek z grupy ‘everyday’s’. Czas również przestać wierzyć w cuda, bo mimo wszystko nadal ta wiara we mnie jest, co na tak długą metę, jaką bez wątpienia jest… Zadzwonił do mnie tata i puściłam wątek. Łap wątek, łap wątek! Tak, koniec wiary w cuda.

Puenta, podzielę się zwierzenio-szykiem rymowanką:
czy toruń to czy wsza wawa
tak czy siak nie ma true lawa