dawno mnie tu nie było.
a tymczasem śnił mi się dom, który miał wiele wspólnego z Jagódką, której nie ma, wiedziałam o tych wszystkich mokradłach wokół, jeziorze i lesie. dom miał drabinę z góry na dół, którą uciekałam z Kaliną chyba przed ojcem, o czym wiedziała matka, która o dziwo w ogóle się nie zdenerwowała. niestety, naszą ucieczkę udaremnił primo, samochód, który nas ścigał na leśnej drodze, secundo, policja, która nagle się pojawiła nie wiadomo skąd i tertio fakt, że się obudziłam. niemniej bardzo dawno nie miałam takiego dziwnego snu. w ogóle snu. u.
poniektórzy olali, co niby mnie nie zraniło, ale od tygodnia ponad o tym myślę taka, meh. napisałam maila w tonie wyciągania ręki, ale ton pewnie będzie niezrozumiały, dlaczego miałby być.
czytam wspaniała książkę, dawno takiej wspaniałej książki nie czytałam - z kategorii nauka, a nie literatura piękna, bo o-u, yes, od Ali nadal nic takiego 'o mój boże, rzućcie wszystko i czytajcie'. oglądamy expanse, który zaczął mnie poruszać i cieszy coraz bardziej. i wkurw jakoś spłynął, wreszcie jakby trochę udało mi się od siebie odsunąć. może to po prostu okres przeminął, może dramat, może netflix, whatever was it: gratitude.
łapię się też na dziwnych okołoślubnych myślach w stylu o kogo bym zaprosiła na panieński? passa rozkmin zaproszeniowych nie mija. ogólnie passy nie mijają. dawno mnie nie było, a tak naprawdę nie zmieniło się wiele. jestem rozliczona za pierwszy rok, three more to go, jest tak jak zwykle ze studiami: chcąc nie chcąc wyglądam końca, jakby miał coś zmienić. nic się nie uczę.
ogólnie: dobrze. brawo ja.