i wszystkie wspomnienia gdzieś się zapodziały. trochę mam ochotę powyrzucać rzeczy, trochę mam ochotę zrobić coś na pełną szpulę.
ale po kolei, co tam ten 2016 - u mnie, nie gdziekolwiek indziej:
1) dwukrotna wyprawa do Salonik, zbiórka książek i $, dużo zobaczone i piękni ludzie poznani. Mnóstwo aspektów można by krytykować, ale uważam, że to na plus i na dobro;
2) plama, poznanie ziomków Niemców i dobry tam czas;
3) Londyn po raz trzeci, dobry Londyn;
4) dni wczesnolipcowe konferencyjne, udane jako to mało które, kontenta;
5) bardzo udany reset wrześniowy na urodzinach do wieczora dnia następnego, ze wschodem słońca chyba tylko raz ten jeden zaprawdę widzianym w dniach późnoletnich;
6) Poczdam również niezgorszy, z dobrych doświadczeń;
7) dzielność i przyjemności z dorosłego życia na pełnej za przeproszeniem kurwie i uczciwość w kategoriach orientacyjnych ze zrozumieniem się spotykająca;
8) z niemieckim roczne zacne przygody, z których radości wiele, a co;
pozalistowne: H&M. Za komunikację, za wyprawy, za czas wspólny i za wszystko.
Braki tegoroczne: wzruszeń literackich i teatralnych niewiele, ale i szans mało na nie sobie danych. Mało słów w linijki złożonych o innym niż paranaukowy charakterze. Niewiele spokoju we mnie, wręcz odwrotnie, i tu już 2017: jakowyś niepokój i niechęć do rozmów.
Falowo to wpada i wypada, wpierw jakiś syfem tym zatkania, wylania gorzkich żalów kompulsywne i pełne we stron kilka, a teraz poczucie, że nie ma co w ogóle o czymkolwiek gadać, że ścichać się trzeba i zamknąć najlepiej. Ułożyć się w czynności równo zaplanowane i wykonane, a nie tak że niby dziś to i owo, a potem dzień przepływa i nadal z niego nic. I mieć czas na słowa, ale nie to o sobie dla siebie, tylko te z siebie dla innych. Tym zdaniem kończę i z opóźnieniem 2017 uznaję za otwarty.