problem z brakiem celebracji. wieloaspektowe symptomy nieobchodzenia. w znaczeniu nie obchodzi mnie (kto? co?) a nie nie obchodzenia problemów, które się pojawiają po drodze, chociaż ich również nie obchodzę i to, że mnie to nie obchodzi jest częścią problemu.
of course ma to swoją zaletę, bo porażki mniej bolą (czy aby na pewno) kiedy się nie obchodzi sukcesów, czy czegoś co mogłoby być postrzegane jako sukces, ale to masowe odbieranie znaczenia wszystkiemu co się nie wiąże z relacjami międzyludzkimi (a przecież niekiedy i temu) przy jednoczesnym poświęcaniu czasu (w zamian za czas, który...?) coś mi odbiera.
wszystko poszło pod gilotynę znaczenia. od czasu do czasu jakiś randomowy wytwór wzbudzi we mnie nutkę emocji, którą prędzej czy później trzeba zdyskredytować jako niepotrzebne uniesienie. hej, pisanie pracy o Barbarze Skardze chociażby przez jakiś czas (minęło). praca o Kane. i od tamtej pory chyba nic z tej kategorii.
i to chyba nie do końca tak, że dlatego, że mnie gdzieś tam ktoś tam kiedyś za coś źle ocenił, a miałam do tego czegoś stosunek emocjonalny. to chyba trochę jest tak, że nie chcę rozmawiać o tych rzeczach jako o moich doświadczeniach (przy czym mogę jako o moich obserwacjach).
zapewne to wszystko sprowadza się do zdania, że po prostu chciałabym móc powiedzieć, że zrobiłam X i jestem z siebie dumna w związku ze zrobieniem tego oto X. żeby to poczucie mieć w sobie. żeby nie sprawdzać kto co o tym sądzi, tylko żeby wiedzieć, że to jest dobre.
żeby mnie coś obeszło.