kiedy co pięć minut humor mam inny, tańczę na krześle na siedząco, co chwilę mam jakiś świetny pomysł, bez sensu sprawdzam pocztę, mam kolejny świetny pomysł bo już minęła chwila, instynkt, same dobre pomysły, jedna z niewielu definicji, których nie zapominam, dlaczego, energol, same dobre pomysły, ale zarazem straszny pierdolnik w głowie, bo już absolutnie nie wiem jakie mam zdanie na jakikolwiek temat, gorzej, co czuję, nie wiem już zupełnie co czuję, ale jest nadal ta jedna rzecz, której warto się trzymać:
nie lubię rodzynek.
i jeszcze nieskończony potok słów i żartów, moim zdaniem nienajgorszych, smsowych na przykład, mailowe tylko niedocenione, ale też
od kiedy mieszkam w śródmieściu
z prawdziwą polską widuję się na fejsie (wrzuca się na jednym zdjęciu, click follow)
i na święta (ja wpadam do niej albo ona przyjeżdża)
na co dzień wersja west-in, skyline, hochpolen,
wieżowce na deadline, metro raczej dead end,
prawdziwą polskę, no mówię, na zdjęciu, nie wiem co się tam święci,
ale czasem, nie... nie wiem, możliwe, dawno, naprawdę, rzadko...
na co dzień, wiesz, ja mieszkam w centrum i staram się nie stąpać
po białych pasach, moja polska jest jakby bardziej czerwona,
z prawdziwą, fioletową, zieloną, złotą, w purpurze...
jakie oni tam jeszcze mają barwy wojenne - z nią widuję się rzadko
wśród nas kobieca partyzantka miejskich matek boskich. opatrzność trzyma się przedmieścia.
w centrum wzrusza mnie łezka, która spływa bokiem (czerwona).
w tę prawdziwą polskę wierzyć mi się nie chce dopóki nie przechodzi pod nosem krucjata,
albo na fejsie nie zobaczę jej profilowego, z którego walla zalewa mi święcona woda.