jakoś powrót uderzył mnie po głowie tym, że chyba to jest ten moment, kiedy nam się wszystkim poprzewartościowywało. każdemu inaczej, ale wszystkim przyjaźń w hierarchi wartości gdzieś się obsunęła. podium różnie - związek-praca-ja, praca-ja-związek, ja-związek-praca, związek-ja-praca... ale przyjaźń poza podium. tak może mi się tylko wydawać, ale nie wydaje mi się, żeby mi się wydawało, chyba jednak to "ja", ten "związek" i ta "praca" jakoś podbili nasz czas i energię.
"ja" jakoś obok. to mnie linka hamulcowa rozstroi, to mnie coś ucieszy czy rozbawi, ale ogólnie jestem gdzieś obok "ja", jakiś pomysł, jakaś zgoda, niby moja, ale w sumie, to jestem tłoczkiem, który się uciska, zaciska, kurczy i napiętrza w dół, żeby tylko nie buchnąć, i tylko smutna piosenka o łampeczce przypomina, że jesień i tak idzie.
dużo myślimy o tej wojnie, która nam się wszystkim nasuwa na myśl, taka niby to możliwe, ale przecież nierealna. nasze czasy to nie czasy wojny, a nawet jeśli - to nie u nas, demokracje ze sobą nie walczą (jaka z nich niby demokracja?).
przede wszystkim "ja", to myślę, że mnie tak uderza, "związek" też jest jakąś formą ja (pomnożoną przez dwa, takie ja i ty, ja dla ciebie i ty dla mnie?), może jednak jakoś mnie to razi, skoro w ogóle to dostrzegam, zresztą moje związkowe ja też jest przecież dominantą planów na dziś, na jutro, na wakacje.
no oprócz tej linki. linka jest moim jutrem. linka ratunkowa.