kiedy mijam te regały zapełnione literaturą dociera do mnie, że proporcja między liczbą wydanych pozycji, które może i momentami są zabawne, może opowiadają całkiem śmieszną historię, ale właściwie niczego nie mówią o człowieku, o jego naturze, o uczuciach (emocje, głupcze) czy tam o czymś ważnym a literaturą, która o czymś ważnym mówi coś ważnego są mniej więcej takie jak między liczbą small talkowych rozmów, w czasie których lanie wody z gęby uprawiane jest z takim wdziękiem, że nawet owszem, powstają bańki mydlane świetnych żartów, a liczbą rozmów, które coś w Tobie zmieniają. proporcja? dysproporcja.
zastanów się ile miałaś w życiu takich naprawdę znaczących rozmów? nawet wliczając te po pijaku, których może i nie pamiętasz, ale swą autentycznością nadrabiają luki w przekazie, nie jest tego zbyt dużo.
ok, masz rację, te rozmowy mogą nic nie wnosić. mogą nic nie znaczyć, mimo swej wzniosłej tematyki i pięknych słów padających z gęb rozmówców. mimo tego brakuje mi takich rozmów. wkopywania się w głowę, szukania wszystkich możliwych interpretacji, nazywania najdelikatniejszych przeczuć, konstruowania teorii wokół swoich emocji. brakuje mi pytań, które ułatwiają werbalizację, nadają kierunek chaosowi i natłokowi wrażeń. w chuj brakuje mi psychoterapeuty?
może. nie wiem. nie chcę tak o tym myśleć, jako chorobie. chcę o tym myśleć jako o ludzkiej potrzebie. potrzebie, która sprawia, że W. potrafi podejść i powiedzieć "chodźasiaporozmawiamy".
zatem czuję się niewypowiedziana, niewypytana, niewyrozmawiana, niedoinformowana, nieinteresująca, niegodna uwagi, a moja potrzeba czuje się nieodwzajemniona. a im bardziej tak się czuje tym mniej chce mi się próbować to zmienić. nie chce mi się dobijać, dopraszać, domagać, dopominać. i przestaje mi się chcieć dopuszczać.
#karma #ironialosu #szeregświadomychwyborów #ludziesieniezmieniaja